„Przyjaciele Moskale”

Ze szklanek paruje gorąca, dobrze naciągnięta herbata, gospodyni z uprzejmym śmiechem przeprasza, że z czajnika a nie z samowara („niestety, nie jesteśmy w Moskwie, ani w Petersburgu”), jest miło i zacisznie (Rosjanin powiedziałby: „ujutno”), rozmowa, zręcznie prowadzona przez amfitrionów, płynnie przechodzi z tematu na temat; więc jakieś, pokrywające się wzajem wspomnienia z Kaukazu, więc wiersze Aleksandra Błoka („Pamięta pan „Snieżnuju Diewu”?”), a potem nieco ironii na temat kraju, w którym przebywamy, lekkie aluzje polityczne, przypomnienie wspólnych znajomych i znowu uprzejmie natarczywe:

– Izwolitie jeszcze stakanczik czaju?

Powoli jednak rozmowa spływa coraz żwawiej do korytka politycznego, i – Bogiem a prawdą – nie ma powodu protestować, przecież taki właśnie był cel spotkania. Słowa są wciąż owinięte w najwdzięczniej ufryzowaną bawełnę, nie próżno mam do czynienia z rzadkimi już okazami inteligencji rosyjskiej w najlepszym wydaniu, coś w rodzaju miłego przekładańca Hercena z Turgieniewym, ale raz po raz z tej miękkiej przędzy wybłyskują ostrza jakże dobrze znanych argumentów i sformułowań. Piękne szare oczy przyglądają mi się z uwagą, gruby warkocz – „rusaja kosa” – oplata kształtną głowę… może tak właśnie wyglądałaby w starszym wieku, gdyby nie była zmarła przedwcześnie na gruźlicę, panna Marusia Baszkircewa, ta sama urocza Rosjaneczka, która, gdy ją paryski konkurent opuścił dla innej, czuła się znieważona nie przez sam fakt zdrady, ale przez to że wybrał na jej miejsce „kowarnuju Polku”!

Tym razem przecież nie ma mowy o żadnej polskiej „kowarnosti”, przeciwnie, komplement idzie za komplementem, aż zaczynam czuć się jak indyk, opychany kluskami przed zarżnięciem. Ach, zapewne, popełniano ciężkie błędy w przeszłości, ale któż ich nie popełniał, a w ogóle z tym rosyjskim imperializmem, to wielka przesada; czyż Rosja cesarska myślała kiedykolwiek na serio o ekspansji europejskiej? – nie istniał żaden moskiewski imperializm, istnieje tylko imperializm sowiecki; a pamięta pan – tu lekkie, żartobliwie – liryczne intermedium – że Błok swemu „bałatnomu czortiku” kazał modlić się „daże za rimskawo papu”?; to ciężki błąd dążyć do rozbicia Rosji, gdyż każdy, kto zechce prowadzić wojnę nie z systemem bolszewickim, lecz z narodem rosyjskim, skończy tak samo jak Napoleon i Hitler; oczywiście, Polska to co innego, może jeszcze Finlandia, ale Ukraina. A zresztą ilu ich jest, tych „mazepińców”; – co zaś do przyszłych granic polskich na wschodzie, to przecież najważniejszą sprawą jest pokonanie Stalina, a później „sami razbieriomsia”.

Nie mam wielkiej chęci oponować – bo i po co?, wolę sprowadzić rozmowę na tematy literackie, a przy tym dawno nie piłem tak doskonałej herbaty i nie ma sensu odpłacać gospodarzom za ich gościnność brzydkim atakiem na „niedielimuju”. Łapię się na tym, nie po raz pierwszy zapewne i nie ostatni, że czuję się doskonale w tej atmosferze słowiańskiej wylewności, solidnie otamowanej wielką ogładą towarzyską i -przedrewolucyjnego jeszcze pochodzenia – kultura moich rozmówców. Co tu wiele gadać, rosyjski inteligent w dobrym gatunku reprezentuje poziom nie często spotykany na Zachodzie, i nie próżno nie tylko Żeromski ale i sam Conrad tak chętnie przestawali w towarzystwie Rosjan. Rozgrzeszam więc samego siebie z tych herbacianych nastrojów i ani mi się śni zakłócać miły nastrój „posiagatielstwom” na całość imperium.

A w lewej kieszeni marynarki, na słowiańskim serduszku, które czule wezbrało pod wpływem „russkoj miedlitielnoj rieczi”, leży sobie spokojnie list z Oxfordu, od „docenta moskowskawo uniewiersitieta”, Wiktora B. List, pisany po rosyjsku, ale z częstymi wtrętami w języku polskim, obrabia mnie na perłowo, jak mawiali jejscy marynarze, „tudy, siudy i obratno, triżdy i na pieriekriest, wdol i wpopieriok”. „Bohaterski i szlachetny naród polski, ale jego syn, Józef Łobodowski, jest ubóstwem i maluczką w zagadnieniach nacjonalno – politycznych”. Po takim obiecującym wstępie idzie cały zasadniczy wykład na temat tego, co Puszkin już przed stuleciem określił jako „domasznij staryj spor Sławian mieżdu soboju”. „Pan nazywa Moskali imperialistami, zapominając, że zanim Rosjanie przyszli do Warszawy, hetman Żółkiewski i Struś już byli na Kremlu. To nie my, ale polski król Zygmunt był pierwszym i największym imperialistą! Któż więc był winien: Minin i książę Pożarskij, czy Zygmunt III? Kto ponosi winę za nieporozumienia dziejowe: Rosjanie czy Polacy?”.

* * *

Po powrocie do domu, opity świetną herbatą i napełniony „russkim duchom”, raz jeszcze odczytałem sobie ten list o „nieporozumieniu dziejowym”. I zaraz opadły mnie wspomnienia dzieciństwa, jakże pasujące i do Baszkircewej, i do moich miłych amfitrionów, i do docenta z Oxfordu z jego powoływaniem się na „imperializm” Zygmunta III i hetmana Żółkiewskiego.

Jest rok 1919. Mam lat dziesięć i właśnie zaczynam chodzić do pierwszej klasy „Pierwoj Jejskoj Kłassiczeskoj Gimnazji”. Wśród uczniów nie brak przedstawicieli mniejszości narodowych, czyli według rosyjskiego imperialnego żargonu, „inorodcew”, w postaci Greków, Ormian, Gruzinów, Tatarów – a na dodatek ja jako jedyny reprezentant „Priwislinskawo Kraja”. Od razu nastąpił podział na dwa wrogie obozy, przy czym nasza międzynarodowa gromadka trzymała się wcale dzielnie w zaciekłych walkach, które – jako że czasy szły ciężkie i szczeniaki brały wzór ze starszych – staczane były nie tylko na pięści i proce, ale często na kije, a nawet na cegły, służące jak średniowieczna mizerykordia, do dobijania powalonego wroga. Niejednokrotnie przychodziłem z gimnazjum podrapany i posiniaczony, a nazajutrz powtarzało się to samo. Szczególnie prześladowano mnie z racji religii katolickiej, i wystarczyło wyjść w czasie dużej pauzy na podwórko, by chór, złożony nie tylko z „paralelcew”, ale i z „osnowczat”, zaczął wydziwiać szyderczo: „Ka-tooo-lik, katoo-lik na…ał na stolik!”.

Wraz z Ormiaszką Ałtunjancem, którego również dotyczyła owa bojowa pieśń, byliśmy w głębokiej rozpaczy, i długo biedziłem się nad ułożeniem odpowiedzi, aż pewnego dnia pękła nade mną „bania z natchnieniem” i krwawa zniewaga została jeszcze krwawiej pomszczona. Gdy na podwórku ponownie zabrzmiał antykatolicki refren, polsko – ormiańskie duo ku oburzeniu imperialnej nacji a przy głośnym aplauzie gromadki mahometan, którzy też dostawali za swoje, odpowiedziało z głębokim przekonaniem: „Prawosławnyj uwidał, podskacził i wsio sożrał!”.

Przyszedłem do domu w mundurku bez guzików i z dokładnie podbitymi ślepiami, ale z poczuciem odniesionego tryumfu.

Ksenofobia moich rosyjskich kolegów podsycana była, zresztą najzupełniej nieświadomie, przez nauczyciela „słowiesnosti”, Daniła Iwanowicza, który często wstydził całą klasę:

– Jedyny Polak, a lepiej pisze wypracowania od was wszystkich.

Danił Iwanowicz lubił mnie i wyróżniał na każdym kroku, natomiast inspektor i jednocześnie wykładowca geografii, ubóstwiany przez całą sztubę, Wiktor Afanasjewicz, znienawidził mnie od pierwszej chwili. Brałem to początkowo na mój osobisty rachunek, nie domyślając się, że chodzi po prostu o narodowość. Pamiętam dobrze, że gdy na początku zimy matka przyszła na jakąś wywiadówkę mocno zakatarzona, inspektor odezwał się do niej jadowicie:

– A wam by, sudarynia, obratno w Priwislinskij Kraj. Wy priwykli k nieżnomu warszawskamu wozduchu, russkaja zima nie dla was…

Wiktor Afanasjewicz mocno popijał i często przychodził do gimnazjum pod gazem. Kiedyś, spóźniony o kilka minut na pierwszą lekcję, biegnąc co tchu z wypchanym tornistrem na plecach, wpadłem na niego w bramie.

– Czto, opozdał? – tchnął mi w twarz kłębami pary i ostrym wyziewem spirytusu.

Duże płaty śniegu topniały na rudawych wąsikach i w klin przystrzyżonej bródce.

– Kak tam Rieczpospolitaja? A? Co, zachciało się wam na Kremlu rozkazywać? A my waszych Chadkiewiczow i Żałkiewskich – w szeju! Kto pabiedił: kiczliwyj Lach ili wiernyj Ross?! Tak będzie z wami i teraz, grobokopatieli!

Trzymając mnie mocno lewą ręką za kark, wskazującym palcem prawej pogroził tuż koło nosa.

– A ty chitriec! Isz kak, słowiesnost’ choroszo izuczajet. A wsio taki wam nie sdobrowat’!

Był to już grudzień 1919, biały front na Donie chwiał się i trzeszczał we wszystkich spojeniach, w lutym wybuchło powstanie miejscowych bolszewików, krwawo stłumione przez oddział „markowców”, a w miesiąc później przyszła ostateczna katastrofa armii Denikina, Budionnyj zajął miasto, i „Jejskaja Kłassiczeskaja Gimnazja” skończyła się raz na zawsze. Po raz ostatni spotkałem Wiktora Afanasjewicza w drugiej połowie maja, gdy wszyscy żyliśmy pod wrażeniem błyskawicznej ofensywy polskiej na Ukrainie. Poleciałem, jak co dnia, na róg Taganrogskiej i Tyfliskiej ulicy, gdzie na zaimprowizowanym ekranie wyświetlano najnowsze wiadomości z frontu i kolorowe karykatury Majakowskiego. Gdy przeciskałem się przez tłum, czyjaś twarda ręka chwyciła mnie za ramię. Wiktor Afanasjewicz był mocno zbiedzony i postarzały, dawno nie strzyżone wąsiki jeżyły się rudą szczeciną, na szyi zamiast zwykłej sztywnej „maniszki” plątała się jakaś podejrzanej czystości chustka. Znów, jak wtedy, tchnął z bliska odorem samogonu i machorki.

– Nu, czto? – dowolny? Żałkiewski wam się przypomniał? Snowa brosiłaś polskoje woronjó na rossijskawo trupa!

Zgarbił się jeszcze bardziej, zaniedbana bródka nastroszyła się śmiesznym klinem.

– Nu, idi, idi, – odepchnął mnie rozczapierzonymi palcami dłoni, – polskij pan!

Tłum stał w milczeniu dokoła ekranu, z megafonu grzmiały schrypłe słowa propagandowego przemówienia. Ze ściennego plakatu patrzył spasiony wieprz w kontuszu i konfederatce, z rozdziawionego pyska zwisał mu pergamin z napisem: „Granice z 1772 roku”. Gdzieś daleko buchały armatnie wystrzały, to wranglowska kanonierka ostrzeliwała port i nadbrzeża.

Nie wiem, co wtedy robił i gdzie przebywał mój uprzejmy korespondent z Oxfordu, którego oburzony list przywołał mi w pamięci tamte zamierzchłe sprawy. Na grobie Wiktora Afanasjewicza, który zapił się na śmierć jeszcze tegoż lata, dawno trawa wyrosła na jejskim cmentarzu. „Zaniesło tiebia śniegom, Rassija!” – skarżą się od trzydziestu lat emigranckie chóry po knajpach całego świata. A ja, czytając epistołę pana docenta Wiktora B., miałem przed sobą rude wąsiki, zaczerwienione oczka i wygrażającą przed nosem żylastą dłoń.

– A my waszich Chadkiewiczow i Żałkiewskich w szeju!

* * *

Bezpośrednio po przybyciu do Paryża pamiętną jesienią 1939 przeczytałem w jednym z emigracyjnych czasopism rosyjskich artykuł, napisany pod wrażeniem klęski wrześniowej i będący swoistą próbą podsumowania polsko – rosyjskich doświadczeń historycznych. Autorka podkreślała z całą uczciwością wrogi i krzywdzący stosunek literatury swego kraju do Polski, nie zapominając ani o „polacziszkach” Dostojewskiego, ani o korespondencji Fieta-Szenszyna z Tołstojem, „Odzie na wzięcie Warszawy” Tiutczewa, obelżywych inwektywach Niekrasowa, szowinistycznych gestach Puszkina, oskarżeniach słowianofilów i lekceważącym w najlepszym razie stosunku „zapadnikow” – i na zakończenie stwierdzała, że sam Hercen i kilka wierszy Błoka czy Sołoguba, to raczej wyjątki, nic nie ważące na szali. Ale w tym obrachunku, który zaczął się w tak szlachetnym tonie, publicystka rosyjska doszła do wniosku, że właściwie wojna 1920 roku i granica ryska były dostatecznym wyrównaniem polskich krzywd historycznych, wobec czego nic nie stoi na przeszkodzie rozpoczęciu nowej epoki w stosunkach polsko-rosyjskich. Ale i to pod warunkiem, że przyszła Polska nie wychyli się poza Bug i San, gdyż to byłoby nowym zamachem na Rosję. Natomiast z Polską, „etnograficzeski celnoj”, wszystko ułoży się jak najlepiej.

Odtąd miałem częsty, choć nieregularny kontakt z rosyjską prasą emigracyjną i nigdzie nie znalazłem ani jednej próby odważnego rozrachunku z przeszłością, ani w stosunku do swych sąsiadów, ani – co dużo gorsze – w stosunku do samych siebie. Nigdzie żadnej zasadniczej rewizji historii narodowej. Tak bardzo skłonni do kajania się osobistego, Rosjanie wykazują jednomyślną niezłomność i stałość poglądów, gdy tylko wchodzi w grę ich egoizm narodowy.

Kontakty prywatne potwierdzają taką ocenę. Zetknąłem się w okresie ostatnich kilku lat z licznymi Rosjanami, o bardzo szerokim rozpięciu pochodzenia, umysłowości i kultury. I zawsze powtarzało się to samo. Niezależnie od wieku, środowiska, poglądu na świat i przekonań politycznych, racje historyczne imperium rosyjskiego w ich najszerszym zasięgu były groźnym tabu, „nieprikosnowiennoj” świętością, w stosunku do której nawet dyskusja staje się niedopuszczalna. Jakże tu marzyć w podobnych warunkach o rewizji przeszłości, bez której nigdy stosunki polsko-rosyjskie nie ulegną odprężeniu ani uregulowaniu! Ale tu znów staje się konieczny mały spacer po literaturze rosyjskiej.

* * *

Poeci (każda pliszka swój ogon chwali) wiedzą mniej od zawodowych historyków, ale instynkt historyczny nigdy ich nie zawodzi. Oczywiście, wyłączywszy takich, co wyżywają się wyłącznie w biologii: „Albo obojgu trawa, albo obojgu tuwim”. Złota horda mongolska straszyła po nocach wielkich poetów rosyjskich. „Grattez le Russe, vous trouverez un Tartare… „Eh, Rassieja moja, Rassieja, azijatskaja storona!” – wołał w rozpaczy Jesienin w „Kabackoj Moskwie”. Największy zaś z liryków rosyjskich, choć przeważnie nieświadomy tego co pisał („czarodziejskim fletem, na którym diabeł wygrywa swoje melodie” – nazwał go kiedyś Małaniuk), obdarzony tytułem Aleksandra II poezji rosyjskiej, archanielski i demoniczny Błok, spotykał Batyja za każdym rogiem pseudoklasycznej stolicy. Ale znowuż zakończyło się na rozpaczliwym zawodzeniu, na bezsilnym wygrażaniu pięściami, na „izstuplennych woplach”, prowadzących nieuchronnie do kapitulacji. Umiał Błok w chwili jasnowidzenia pisać, że już czas mu „razłuczitsia, razkajatsia, wolnomu siercu na czto twoja t’ma…”, aby zaraz potem zakryć przerażone oczy połą starego tatarskiego kaftana i zawołać: „No, i takoj, moja Rossija, ty mnie doroże czużdych stran!”.

Wyjątki poważnego wyłomu w tej regule nie uczynią. Aleksiej Tołstoj – autor „Księcia Srebrnego”, nie późniejszy trubadur stalinowski tego samego imienia – widział historyczną tragedię Rosji w moskiewsko-tatarskich tradycjach, którym świadomie przeciwstawiał się, choć i jego ponosiły niekiedy „uchabnyje” tony literackiej skuratowszczyzny. Widział zbawienie Rosji w całkowitej tych tradycji przebudowie, w nawróceniu od Złotej Hordy do Złotego Kijowa, od Iwanów do Jarosławów, od opryczniny do książęcej drużyny, od Sołowja-razbojnika do Askolda i Dira. Zmiej-Gorynycz ze starych bylin stał się dla niego symbolem moskiewskiej, zarażonej Azją, cuchnącej szafotem przeszłości. Ale, jak powiedziałem, był to jeden z nielicznych wyjątków. Pisarze rosyjscy umieli co najwyżej uciekać przed „hipnotyzerskim spojrzeniem Zmieja – Gorynycza do Nicei, gdzie „diekabrskij wozduch sogriet pozdnich rozdychanjem”, błądzić lunatycznie po Montparnasse’ie i zapadać w ciężki sen w cieniu lwów sw. Marka. A po powrocie do ponurej ojczyzny znów im „tołstomordieńkaja Katia zaprokidywałaś licom”, znów fałszywy Chrystus wędrował pod śnieżną zamiecią na czele dwunastu pół-bohaterów, pół-bandytów.

W interesującej książce Władimira Weidle, wydanej po francusku p.t. „La Russie absente et presente”, historiozof rosyjski wyraźnie oddziela Rosję moskiewską od Rosji petersburskiej, przy czym katastrofę tego długiego okresu przypisuje „pęknięciu”, które zjawiło się w życiu narodu w drugiej połowie ubiegłego stulecia. Istniała w Rosji petersburskiej kultura ludowa – „pozioma” i inteligencka – „pionowa”. Te dwie linie rozwojowe nigdy się ze sobą nie przecięły – i stąd katastrofa, którą Samarin przepowiadał, Czaadajew przyzywał, Hercen chciał odwrócić, a Pieczorin witał z radością. Inteligencja nie zdała egzaminu, gwałtowny nurt nihilistyczny porwał ją za sobą i zepchnął na dno. Ale Weidle nie dostrzega, że intelektualiści „petersburscy” właśnie dlatego nie wytrzymali próby dziejowej, że zabrakło im odwagi, koniecznej do przeprowadzenia tego co w języku rosyjskim nazywa się „pierieocenkoj cennostiej” -przewartościowaniem wartości. Chcieli kierować żywiołami, wzbierającymi od dołu, ani utożsamiając się z nimi, jak to próbował po ciemku Dostojewskij, ani też nie narzucając im bohaterskiej wizji nowej, antymoskiewskiej Rosji.

To dlatego Europejczyk, „wolnolubiec”, Puszkin mógł idealizować Piotra Wielkiego. Dlatego też nawet wielki Aleksander Błok, któremu w górnej młodości car – założyciel przywidywał się w trupiej i złowrogiej postaci – „… biełoj noczju oba, miertwiec i gorod – zaodno…” -ugiął się i skapitulował przed cieniem Jeźdźca Miedzianego. To dlatego zachodnioeuropejski polor – „jewropiejskij łosk” – u najbardziej wartościowych przedstawicieli rosyjskiej inteligencji szedł w parze z kultem wszystkich imperialnych glorii, nie wyłączając żadnego z Prochwostów-Zalichwatskich, żadnego Potiomkina, żadnego Suworowa, żadnego Paskiewicza. To zupełnie tak jakby anarchista hiszpański uwielbiał w cichości ducha Torquemadę, bo ten przyczynił się do politycznej potęgi jego ojczyzny, a paryski komunard siadł w kucki pod kolumną Vendóme. Mógł sobie utużurkowany i deklarację praw człowieka recytujący z pamięci liberał rosyjski sto razy odżegnywać się od takich wyczynów, jak rzeź Pragi, ale na widok oleodruku z tryumfalnym wjazdem Suworowa do Warszawy miły dreszczyk niezmiennie przebiegał mu po wzruszonym kręgosłupie. I po dziś dzień nic się pod tym względem nie zmieniło.

* * *

A teraz tylekroć omawiana sprawa stosunku literatury rosyjskiej do Polski. Nie chodzi mi o żadne wywieszanie łzami zroszonych chusteczek na sąsiedzkim balkonie i dopominanie się o krzywdy. Powinno nas interesować zupełnie co innego, a mianowicie przyczyny ideowe tej wrogości, którą w nieuświadomionym kształcie znajdziemy nawet u pisarzy, deklarujących się sympatykami polskiego narodu. Taki ks. Wiaziemskij potrafił krytykować Puszkina za szowinistyczną odę „Oszczercom Rosji”, ale w czasie powstania listopadowego podzielał całkowicie hurrapatriotyczne poglądy Denisa Dawydowa i na literackim przyjęciu w Ostafjewie zabronił tańczyć mazura.

Ale mniejsza o to, czy w r. 1831 tańczono po moskiewskich dworach szlacheckich mazura czy kamarinskawo. Oto Hercen, szlachetny przyjaciel Polski z lat powstania styczniowego, który za swoją postawę zapłacił utratą popularności nawet wśród wolnomyślnych żywiołów swego czasu. Z jakąż ironią i niechęcią odzywa się o katolickości, o „łacinnictwie” Polaków. A więc co? – a więc przyjaznym gestom towarzyszyło energiczne odrzucanie najistotniejszych cech polskiej osobowości narodowej. Wyobrażam sobie Hercena, kokietującego jakąś dziewicę: „Owszem, ja bardzo współczuję pani nieszczęściu, ale nos ma pani krzywy, nogi w kabłąk i w ogóle budzi pani we mnie najwyższy wstręt!”. Tak to wyglądał stosunek do nas u najbardziej patentowanego przyjaciela. W gruncie rzeczy prawie to samo co u Tiutczewa, który, nie kryjąc złego humoru pod korcem, wręcz oświadczał, że Polska jest Judaszem Słowiańszczyzny, gdyż poszła po światło do Rzymu, zamiast do Bizancjum. Osobiście byłem zawsze zwolennikiem jasnych sytuacji i dlatego wolę brutalną otwartość Tiutczewa od pseudoprzyjacielskich floritur Hercena, który, współczując polskiej walce, ani rusz nie był w stanie zrozumieć istotnego, historycznego tej walki znaczenia.

Cały liberalizm rosyjski szedł nieuchronnie po tej samej linii. Zgodnie z reprezentowaną ideologią musiał potępiać zachowanie się rządu carskiego w podbitym kraju, ale na tym wszystko się skończyło. Krąg historii i kultury polskiej pozostawał dla tych szlachetnych orędowników wolności zamknięty na siedem spustów, polskie racje narodowe – obce, dziwne i budzące instynktowną niechęć. Ta postawa rozszerzała się zresztą w ogóle na cały Zachód, reprezentujący „łatinskuju jerieś” w takiej czy innej postaci. A każdy okres kokieterii w hercenowsko-turgieniewskim stylu kończył się wzgardliwym stęknięciem Dostojewskiego: „Eh, wy Kłod Biernardy!”, albo splunięciem Niekrasowa na wieczne miasto z wysokości kopuły Świętego Piotra.

Wrogi stosunek Rosji do Polski, to nie tyle spór terytorialny, nie tyle parcie rozdętego imperialistycznym apetytem kolosa, ile zasadnicza niechęć do świata niezrozumiałej i obcej kultury. Kanclerz Zamoyski, zabiegający drogę skazańcowi ze słowami: „Samuelu, przebacz!” to w perspektywie gotycko – renesansowego Krakowa szczyt humanizmu i chrześcijańskiej pokory; z perspektywy bizantyńsko – suzdalskiej Moskwy – okaz mięczaka, „mlagkotieławo biełaruczki”.

* * *

Te wszystkie rzeczy i wiele innych mógłbym powiedzieć moim miłym amfitrionom rosyjskim, co tak gościnnie częstowali mnie herbatą, gdybym był stawił się na następne spotkanie. Wydało mi się jednak że rozmowy te do niczego nie prowadzą, skoro stanowiska są niemożliwe do uzgodnienia. Z ludźmi, którzy twierdzą, że przed rewolucją bolszewicką nie istniał imperializm rosyjski, którzy akceptują tradycję idącą od Iwana Kality poprzez Groźnego, Piotra, Mikołajów i Aleksandrów, którzy nie czują żadnej potrzeby przeprowadzenia generalnego rachunku sumienia za siebie, za naród i jego historię, dyskusje są bezcelowe. I nie w tym rzecz, gdy się patrzy na te sprawy w najszerszej perspektywie, czy Rosja zostanie rozbita, czy nie, gdyż imperium, nawet odepchnięte od Bałtyku i pozbawione krajów basenu pontyjsko-kaspijskiego, nadal pozostanie kolosem, którego przyszłe konwulsje będą w stanie wstrząsnąć posadami świata.

Z rewolucji październikowej Rosja wyszła pozbawiona tego europejskiego pokostu, który w XIX w. zaledwie zaczął przenikać do górnych warstw społeczeństwa. Powróz, którym była przywiązana do katowskiego pniaka Iwana Groźnego i Maluty Skuratowa, zacisnął się jeszcze mocniej. Wpływy azjatycko-mongolskie wzrosły nawet w przekroju etnograficznym. I nigdy jeszcze mesjaniczna wiara w zniszczenie, w kres zachodniej kultury nie miała tak namiętnego, żywiołowego odzewu. Czegóż pragną, do czego dążą emigranci i niewozwraszczeńcy, od Kierenskiego przez Sołoniewicza aż po Krawczenkę? Zlikwidowania zatrutych owoców siedmiowiekowej tradycji czy leczenia drzewa od korzeni? Obluźnienia powroza czy zniszczenia go raz na zawsze? Tym ludziom wydaje się, że wystarczy powywieszać Politbiuro, rozpędzić na cztery wiatry M.G.B., zwołać jakieś mniej lub bardziej demokratyczną Dumę i dalej dekorować portrety Piotrów, Mikołajów, Suworowych i innych świętych historycznych. Ilekroć zaczyna się mowa o narodowej przeszłości, Rosjanie zachowują się jak tchórzliwe dzieci, które na spowiedzi przyznają się do stłuczenia talerza i wykradzenia cukru ze spiżarni, ale boją się przyznać do brzydkich nałogów, bo to by pociągnęło za sobą trudny obowiązek ich przezwyciężenia.

W pierwszym ćwierćwieczu XX w., w twórczości Błoka, Miereżkowskiego, jeszcze kilku innych, zanosiło się na generalną spowiedź, ale potem odżył szowinizm i mesjanizm, w kraju pomalowany na czerwono, na emigracji – na biało. A tymczasem „tri ugodnika: Otriepjew, Stieńka i Pugacz”, spacerują po krainie i coraz śmielej grożą całemu światu. Obłąkany zaś Eugeniusz rosyjskiej myśli i rosyjskiej literatury ucieka w przerażeniu przed Jeźdźcem Miedzianym, nie mając siły spojrzeć mu wprost w oczy i strącić w przepaść „kaskady tyraństwa”.

Od czasu do czasu przysiada się do stołu szlachetny, ucywilizowany Rosjanin, aby wytłumaczyć z całą dobrą wiarą, że jego ojczyzna jest tak samo w niewoli komunistycznej, jak każdy inny kraj za żelazną kurtyną, że naród zachował cały swój zacny charakter i tylko czeka na zrzucenie nowoczesnego „tatarskiego iga”. Ten naród, o którym już Dostojewskij pisał, że nie potrzebuje niczego się uczyć i na nikim wzorować, ponieważ rosyjski chłop przy „całej swej ignorancji i nędzy”, wychowany w bezprawiu i nawet odrzucający samą ideę prawa, „nosi w sobie Chrystusa”. No, tak! „Z nas jak z drewna: równie dobrze ikonę zrobisz, jak i kłonicę” – mawiano na wsi moskiewskiej. Tylko że ikony zaniesiono do muzeum bezbożniczego, a kłonicą wali po łbie nowoczesna oprycznina. I jeśli ta rewolucja, która ma odrobić bolszewizm, ograniczy się do powieszenia ikony na „krasnom miestie” i odebrania kłonicy z rąk Berji, licząc na to, że reszta zrobi się sama, boć przecie naród „jest z natury dobry”, znowu będziemy mieli „pokorną wspólnotę z ludem” à la Dostojewskij, która cesarską rodzinę zaprowadziła do jekatirienburskiej piwnicy, a niedobitki naiwnych inteligentów na emigrancki bruk Paryża.

A „kowarnych Polaczyszek” kosztowała morze krwi, katyński cmentarz, zburzoną Warszawę i Konstantina Rakassowskawo w mundurze polskiego marszałka, uzupełniając w tak radykalny sposób „historyczne nieporozumienie”!

Józef Łobodowski.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close