Rok japoński w przyrodzie i obyczaju
LATO*

Lato zaczyna się w Japonii w postaci niezbyt ponętnej, gdyż prawie punktualnie 11 czerwca przypada początek monsunowej pory deszczowej. Na miesiąc otwierają się upusty niebieskie, robiąc wrażenie wstępnej fazy biblijnego potopu.

Mimo to ulica japońska w tym mokrym okresie przedstawia obraz malowniczy, nieraz odtwarzany przez mistrzów kolorowego drzeworytu. Wdzięcznym bowiem tematem malarskim jest „amagasa”, czyli duży parasol z natłuszczonego papieru, rozpiętego na gęstych bambusowych żeberkach, jakim jeszcze do dzisiaj wielu chętniej się posługuje niż zachodniego typu – „nietoperzem”. Gładka papierowa tarcza miewa zwykle różnobarwny rysunek w postaci szerokich pierścieni, spirali albo motywów kwiatowych; trzymana pod światło daje efekt prawdziwie witrażowy i stanowi niewątpliwie owoc artystycznego rękodzieła.

Gdy miną deszcze, zaczynają się upały. Duże usługi oddaje wtedy znakomity japoński wynalazek, zwany „yukata. Jest to lekkie bawełniane kimono – zwykle białe z modrym rysunkiem, który ukazuje całe bogactwo japońskiej sztuki stosowanej. W jednym roku modnym wzorem jest np. ważka lub motyl, w następnym gołąb albo ryba, motywy pisma lub wachlarze – wszystko to zazwyczaj wplecione w pasy poziome lub pionowe, w ornament kwiatowy lub geometryczny. Pomysłowość rysowników jest niewyczerpana.

Drugim, obok „yukaty”, niezłym sposobem na zwalczanie upału jest wachlarz, zarówno składany o ogólnie znanej postaci („suehiro”), jak i t.zw. „utiwa”. Jest to czworokątny lub owalny płat papieru, sztywno naklejony na wątku z rozszczepionego pręta bambusu, którego koniec służy za uchwyt. Również wachlarze składane robione są głównie z papieru, oba zaś rodzaje są zwykle zdobione rysunkiem, nieraz odręcznym. Odmiana „suehiro” stanowi poza tym ulubiony symbol szczęścia i pomyślności; dlatego też jest on nieodłączny od japońskiego uroczystego stroju, zwłaszcza weselnego, i niezbędny w ręku tancerzy i śpiewaków.

Już znakomita pisarka XI w., dama dworu Sei Syonagon, wypowiedziała się mądrze a krótko, że „piękno lata występuje w jego nocy, szczególnie wtenczas kiedy świeci miesiąc”. Japońska noc letnia – „natsu no yo” – jest najlepszym wyrazem tego pojęcia, które tubylcy nazwali „ryomi”. Znaczy to dosłownie „chłód”, lub może lepiej „istota chłodu”, ale to tylko nieudolny skrót bogactwa treści, które składa się na wyraz „ryomi”.

Pisarz japoński Akimoto twierdzi że „ryomi” „przywodzi na myśl urocze oczy i brwi pięknej kobiety, delikatny dźwięk poruszanego wiatrem dzwonka, lekkie barwy „yukaty” i wszelkie rzeczy, które są rozkosznie przyjemne w lecie”. Moim zaś zdaniem, chcąc dobrze pojąć nastrój „ryomi”, trzeba by chyba samemu ubrać się we wzorzyste „yukata”, usiąść na jedwabnej poduszce w japońskiej izbie o otwartej na ogródek ścianie, i – w łagodnym świetle papierowego lampionu z miasta Gifu, chłodząc się ozdobnym wachlarzem – popijać zieloną herbatę lub złocistą „sake”, przy wtórze koncertu owadów.

Jakby streszczeniem uroku tego japońskiego „Snu nocy letniej” jest obchodzona w 7-ym dniu 7-go miesiąca poetyczna uroczystość zwana „Tanabata”, oparta na pięknej chińskiej legendzie, dotyczącej dwóch konstelacji przedzielonych Rzeką Niebieską (jak tam się nazywa nasza „mleczna droga”). Jedna z nich, trzy gwiazdy w rzędzie, – to Kengyu albo Hikobosi, czyli Pasterz; druga zaś, również z trzech gwiazd złożona, nazywa się Syoku-zyo lub Tanabata i wyobraża Prządkę. Legenda przedstawia smętne koleje miłości pary gwiaździstych kochanków, którym Władca Nieboskłonu pozwolił spotykać się co roku tylko raz jeden, w tę jedną lipcową noc.

Już w znanej antologii poetyckiej „Manyosyu”, pochodzącej z IX w., znajdujemy wiele utworów, opiewających niebiańską miłość Prządki i Pasterza. Później gwiezdny ten mit był powszechnie święcony w epoce Tokugawa (XVII-XIX w.), ale przed ostatnią wojną zwyczaj ów utrzymał się jeszcze głównie w zacisznych okręgach wiejskich, łącząc się z różnymi wróżbami z zakresu rolnictwa i jedwabnictwa.

Wkrótce po „Tanabata-matsari” nadchodzi bodaj najpopularniejsza uroczystość japońska. Jest to „Urabon” – w skrócie „O-bon” – czyli święto umarłych. Te japońskie Zaduszki nastrojem swym zupełnie odbiegają od naszych i przypominają raczej polską Wielkanoc lub Zielone Świątki. Sama uroczystość „Urabon” oparta jest wprawdzie na wierzeniach buddyjskich, ale w Japonii przyswoiła ona sobie wiele rysów narodowych, pochodzących z zamierzchłych czasów.

Podstawą obchodu „O-bon” jest wiara że w określonym czasie duchy zmarłych przybywają w odwiedziny do swych rodzin, aby po kilku dniach znów wrócić w zaświaty. Tak więc wieczorem 13 lipca, skoro tylko zapadnie mrok, po wsiach przed wejściem do każdej chaty zapalają się ognie powitalne – „mukae-bi” – które mają duchom wskazać drogę. Niewidzialnych przybyszów oczekuje najlepsza izba czysto uprzątnięta, a przed ołtarzykiem domowym zastawione są owoce i przysmaki, z niezbędnym ciastem ryżowym „moti”. Przed tabliczkami, na których wypisane są pośmiertne imiona zmarłych, ustawicznie pali się kadzidło. Domownicy tak się zachowują, jakby obecność duchów była oczywista: goszczą ich jadłem i napojem oraz bawią rozmową. Trwa to do wieczora 15-go; duchom podaje się na ostatek kulki ryżu, a powrotną drogę oświetlają im „okuri-bi” – ognie pożegnalne.

W ten sposób zarówno pierwszego jak ostatniego wieczoru wieś japońska przedstawia malowniczy widok, kiedy pagórki i gaje usiane są rojami migotliwych ogników, będących wyrazem uczuć, jakie łączą świat żywych ze światem zmarłych. Nie trudno w powyższych zwyczajach dostrzec pokrewność z naszymi Zaduszkami, szczególnie zaś z obrzędem Dziadów. Jednakże „O-bon” posiada pewien rys znamienny a zupełnie odbiegający od naszych w tym zakresie wyobrażeń: jest to „Bon Odori” czyli zaduszkowe tany.

Japończycy uważają że mglisty byt w charakterze bezcielesnego ducha nie jest zbyt ciekawy i że zmarli przodkowie radzi by się nieco rozerwać przy tej jedynej w roku okazji. Toteż po wsiach i miastach co wieczór zbiera się ludność na majdanach, polanach i placach, i zaczyna się zabawa. Na podwyższeniu, ozdobionym białymi i czerwonymi lampionami, zasiada kapela, w której prym wiedzie bęben i dzwon. Przy dźwiękach prostej melodii o ostrym rytmie, publiczność, ubrana zwykle w jednako wzorzyste „yukata”, zatacza wokoło grajków taneczny krąg. Wszyscy poruszają się gęsiego w pląsach, polegających na rytmicznych ruchach nóg i rąk, do przodu i do tyłu, z poklaskiwaniem w dłonie.

Wielce znamienne dla dni i nocy japońskiego lata jest przygrywanie różnego rodzaju „nakimusi” czyli śpiewających owadów. W programie dziennym najbardziej aktywna i hałaśliwa jest wielka cykada „semi”, której metaliczny głos przypomina grę na pile.

Właściwą jednak porą popisu owadzich skrzypków jest noc. Gdy tylko zapadnie zmrok, odzywa się smętne granie świerszcza „higurasi”, który zasłużenie zajął swe miejsce w poezji, wtórując zwykle tęsknemu wyczekiwaniu u wrót. Ale w miarę jak nadchodzi noc, przyłączają się do gry inne owady o dźwięcznych nazwach: „suzumusi”, „kirigirisu”, „kusahibari”.

Ciekawy jest też w letni wieczór widok kramików, gdzie sprzedaje się śpiewające owady w maleńkich bambusowych klateczkach. Tak uwięziony „nakimusi” żywiony jest listkami warzyw lub płatkami ogórka, po to aby zawieszony na werandzie lub w ogródku stanowił dla człowieka nie tylko rozrywkę, ale i nieodzowny czynnik „ryomi” – istoty chłodu.

Obraz japońskiego lata nie byłby pełny, gdyby nie objaśnić pewnego mimochodem już wspomnianego sprzętu. Mam na myśli „tyotin”, t.zn. lampion, bądź zwisający spod dachu, bądź też stojący w izbie. Te różnego kształtu latarnie są zrobione z matowego papieru, a źródłem ich światła jest zwykle świeca. Szczególnie wykwintne są t.zw. „Gifu-tyotin”, z cienkiego papieru pokrytego delikatnym rysunkiem i w łąkowej oprawie ze złocistymi okuciami i barwną jedwabną frędzlą. Wprawdzie elektryczność odebrała lampionom ich funkcję w powszednim oświetleniu, ale wcale nie osłabiła ich popularności do celów dekoracyjnych. Nie można sobie wyobrazić bez nich różnych japońskich uroczystości – zwłaszcza „O-bon”, które cudzoziemcy nazwali przecież „świętem latarń”.

Antoni Ślósarczyk.

—–
*) por. „Zima” w nr. 453 i „Wiosna” w nr. 466 „Wiadomości”. – W jednym z numerów najbliższych dokończenie: „Jesień”.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close