ALEKSANDER KORCZYŃSKI

Rozprawa nad życiem i śmiercią Ostapa Ortwina

Zbiór przypowieści Adolfa Rudnickiego „Szekspir” doczekał się omówienia w czołowych pismach emigracyjnych. Na ogół jednak recenzenci ograniczyli się raczej do strony formalnej książki, zajęli się techniką pisarską autora, stylem, językiem. Pominęli natomiast jej stronę ideologiczną, jej wyraźny aspekt polityczny. Pominęli lub zbyli kilkoma marginesowymi uwagami. A przecież książka ta jest tak nasycona na każdej niemal stronie tendencją polityczną, że nie sposób przejść nad tym do porządku. Można naturalnie bronić stanowiska, że nie to jest ważne, co pisarz pisze, ale jak pisze. Wydaje mi się jednak, że w dobie obecnej nie stać nas na taki „obiektywizm” w stosunku do dzieła polskiego pisarza. Rozumiał to Józef Ursyn, kiedy uznał za konieczne w „Kulturze” (nr 20) zaznaczyć, iż nie podejmuje dyskusji ze stroną polityczną książki Rudnickiego, bo „dyskusja taka byłaby bez przyszłości”, a także dlatego, bo żywi nadzieję, że autor w dalszych częściach zapowiedzianego cyklu „wyjdzie poza opis Polski pod okupacją niemiecką”. Innymi słowy, że da nam równie wstrząsający opis Polski pod dzisiejszą okupacją „braterskiego radzieckiego narodu”. Mimo tej nadziei, Ursyn podjął w kilku zdaniach dyskusję na temat tendencji w przedstawieniu postawy Polaków wobec tragedii narodu żydowskiego. Natomiast Gustaw Herling-Grudziński („Wiadomości”, nr 119) pomija całkowicie ten aspekt książki, ograniczając się jedynie do uwagi, że dwie z przypowieści Rudnickiego są jawnie skłamane. Zaraz jednak dodaje, że „można mu to wybaczyć”, gdyż „wybacza się wiele ludziom, którzy pierwsze wtajemniczenie w historię i sprawy ludzkie brali w tak nieludzkich warunkach”. Nie podzielam osobiście ani nadziei Ursyna, ani wyrozumiałości Herlinga-Grudzińskiego. Cała postawa Rudnickiego od jesieni 1939 do chwili obecnej, której „Szekspir” jest wymownym choć nie jedynym świadectwem, dowodzi, że pisarz ten już dawno dokonał wyboru. Mianowicie wybrał służbę obcego agenta. I nic nie upoważnia do żywienia złudnych nadziei w rodzaju tych, którym daje wyraz Ursyn. Ani tym mniej do wyrozumiałości Herlinga-Grudzińskiego. Zwłaszcza że Rudnicki sam przekreśla to usprawiedliwienie, wynalezione przez Herlinga-Grudzińskiego – owo „wtajemniczenie w historię w nieludzkich warunkach”, gdy pisze wyraźnie: „Zimą 1939/40 brałem we Lwowie pierwsze wtajemniczenia w historię, niezapomniane jak dobra miłość”. A wszakże dobrze się działo owej zimy Rudnickiemu pod podwójną opieką Ortwina i literackiego „komorgu”, powołanego przez „władzę radziecką”, władzę, za której panowania Lwów, był, wedle niego, „miastem mlekiem i miodem płynącym”, w którym on sam „miał się nieźle”. Tak dobrze, że wspomina ten okres jak „dobrą miłość”. Ba – tak dobrze nawet, że dopiero w ostatnich dniach czerwca 1941, kiedy armia czerwona odsuwała się na wschód, zrozumiał, że „wraz z nią oddala się i ojczyzna”!

Mimo to wszystko a raczej właśnie dlatego, nie mam zamiaru podejmować dyskusji ze stroną ideowo-polityczną książki Rudnickiego. Bo dyskusja ta „byłaby bez przyszłości”. Ale z innych powodów niż się to wydaje Ursynowi. Po prostu dlatego, że książką tą Rudnicki wykreślił się z liczby polskich pisarzy. Z pełną świadomością, po szeregu lat rozmyślań, dokonał wyboru. Herling-Grudziński napisał o „Szekspirze”, że jest to książka „do szpiku kości żydowska i głęboko jednocześnie ludzka”. Może to i prawda – zwłaszcza to pierwsze. Ale Herling-Grudziński zapomniał dodać, że nie jest to książka polska, choć jest napisana po polsku. Więcej, jest to książka antypolska. Nie widzę możliwości dyskusji ze stroną polityczną książki polskiego pisarza, kiedy jego „credo ideowe” wychodzi poza pewne granice. Granice, poza którymi nie ma już różnic politycznych. Tą granicą jest polskość. Krótko i węzłowato. Nie reakcyjna, feudalna czy prawicowa, radykalna czy postępowa, ludowa czy lewicowa. Po prostu polskość. Przekroczywszy tę granicę, przestaje się być polskim pisarzem, choć można pozostać piszącym po polsku pisarzem „radzieckim”. To właśnie zrobił Rudnicki, choć zapewnia nas iż uważał się zawsze i przede wszystkim za Polaka. Z pisarzem zaś „radzieckim” można by dyskutować o polityczno-ideowej stronie jego książki pomimo przezierającej z jej kart zaciekłej, kompleksowej nienawiści do polskości, gdyby nie jedna okoliczność. Ta mianowicie, że pisarze „radzieccy” są dziś wszyscy chcąc nie chcąc agentami. A dyskusja z agentami nie prowadzi do niczego i nie ma sensu.

To też artykuł niniejszy nie ma bynajmniej na celu dyskusji z tezami ideowo-politycznymi Rudnickiego. Jest jedynie próbą rewizji procesu, przeprowadzonego w „Szekspirze” przez Rudnickiego nad życiem i śmiercią Ostapa Ortwina, nad „wielkim pseudonimem literatury naszej drugiej niepodległości”. Rudnicki zaatakował dwóch ludzi: Józefa Czapskiego („Major Hubert z armii Andersa”) i Ortwina („Wielki Stefan Konecki”). Czapski żyje i ma możność i słowem i czynem bronić się, zadać fałsz Rudnickiemu. Porachunek z Ortwinem jest porachunkiem ze zmarłym, który już sam bronić się nie może. Takiego porachunku nie można pominąć milczeniem. Wolno Rudnickiemu wyznawać taką czy inną „ideologię”, nie wolno jej ilustrować fałszem podłożonym pod prawdę całego życia i pod okoliczności tragicznej śmierci wielkiego krytyka polskiego.

Przypowieść Rudnickiego o „wielkim Stefanie Koneckim” jest porachunkiem Żyda, który, mimo swe własne zapewnienia i mimo że pisze po polsku, pozostał przede wszystkim Żydem, zespolonym solidarnie, w sposób zupełny i doskonały, z losem swego plemienia, z Żydem, który w sposób równie zupełny i doskonały od narodu żydowskiego odszedł i „przedstawiał cud asymilacji, jakby całkowitej wymiany komórek, jakby całkowitego zrośnięcia ze światem polskości”, jak pisze o Ortwinie Tymon Terlecki w „Stratach kultury polskiej”. Jest ta przypowieść, wedle niezwykle trafnej oceny Tadeusza Nowakowskiego („Orzeł Biały”, nr 348), „odwetem krzywdzącym, zaciekle rytualnym i nierycerskim; kto wie, czy nie zrodzonym z niezaspokojonego kompleksu upośledzenia?”. I jakkolwiek te właśnie jej cechy nadają roli prokuratora i sędziego w jednej osobie, jaką wziął na siebie Rudnicki w tej rozprawie nad życiem i śmiercią Ortwina, posmak niezwykle osobisty, mimo to ma ona również charakter bardziej ogólny. Obie strony urastają do wielkości i znaczenia symbolu i idei. I obie reprezentują dwie – jakże nierówne – części polskiego żydostwa. Jedna, to zwarta masa rasowej, narodowej i wyznaniowej wspólnoty, żyjącej swoim życiem odrębnym i obcym otaczającej ją polskości i mającej swoje własne cele i dążenia, umiejętnie zachowującej poprzez wieki rozsiania w diasporze swe własne oblicze duchowe. Druga, to stosunkowo nieliczna garść tych, co od swego narodu odeszli, zatracili łączność z nim, przestali go rozumieć, ulegli asymilacji, stali się Polakami nie tylko z obywatelstwa, ale i z głębi swej duszy. Jest naprawdę coś z zaciekłego, rytualnego odwetu w tym porachunku, jakiego w imieniu żydostwa polskiego dokonywa Rudnicki ze zmarłym krytykiem. Jakże okrutny, zimny i bezlitosny jest ten sąd nad człowiekiem, który popełnił jedno tylko jedyne przestępstwo – stał się Polakiem! I jakże dziwnie fałsz oskarżenia i wyroku przypomina pełne zajadłej nienawiści i fałszu akty oskarżenia i wyroki w procesach politycznych jałtańskiego regime’u przeciw patriotom polskim w podbitym kraju.

Tego fałszu, tych kłamstw małych i wielkich, pełna jest przypowieść Rudnickiego o Ortwinie. Nie sposób wyłuskać je wszystkie pośród nielicznych ziaren prawdy i pośród kwiatów biblijnego stylu. Ktoś, kto znał dobrze Ortwina, znajdzie ich mnóstwo na każdym kroku. Nie zawsze mają jednakową wagę. Ograniczymy się przeto do najbardziej istotnych.

Pierwszy i zasadniczy zarzut pod adresem Ortwina, to jego odejście od żydostwa i jego polskość. Zdaniem Rudnickiego, Ortwin „pseudonimował”, bo chciał, żeby zapomnieli, bo nie mógł znieść ostrości swoich najbliższych treści, bo nie czuł się na siłach, bo się ich bał. Rozprawa główna nad tym zarzutem odbywa się w formie rozmowy autora z Ortwinem po zajęciu Lwowa przez Niemców, w której Rudnicki wypomina oskarżonemu jego artykuł, formułujący stosunek do Żydów: „Chory naród, powiada pan… – nie po raz pierwszy słyszymy to od pana. Dobrze pamiętam słynny pański artykuł z 1922 roku z wyliczeniem nam cośmy warci – naszego przewrażliwienia, naszej stałej gotowości służby silnym i dobrze płacącym, naszej niechęci do Polski i do Polaków, naszego niepokoju, naszego udziału we wszelkich brudach, naszej chucpy, naszego braku umiaru i równowagi, naszego niezrozumienia czego nam nie wolno a co wolno, naszej nieumiejętności zachowania się, niezrozumienia swej roli… – Był to jedyny raz kiedy słowo Żyd pojawiło się w pańskich ustach. Bo w literaturze, tej od wielkiego dzwonu, do której pan przywiązywał wagę, zrezygnował pan z tych treści, chciał pan koniecznie być podobny do nich. Aby się zmieścić w ich wąziutkim strumyku, prześlepił pan morze. Chcąc być w zgodzie z duchem ich języka, uczył się pan poprawności. Nie może być, aby pan nie wiedział, jaki jest rezultat tego pseudonimowego pisarstwa, tych usiłowań, aby być bardziej polskim od nich samych. Niech pan posłucha: Trzeba było swymi trudnymi, brudnymi, bolesnymi treściami rozsadzić ich uświęcone ramy, krzyczeć o tym co pana boli, wykrawać z siebie te od wieków nie gasnące bóle, trzeba było odsunąć ich zasmolony gar bigosu i postawić przed nimi swój gorzki kielich… Trzeba było mówić o nas, o nas przede wszystkim, za każdym razem zadać sobie pytanie czyje to są treści i czy posiada pan do nich prawo. O ich treściach pan i tak nie potrafił nic powiedzieć!”. Ale Ortwin, jak przez całe swe życie, tak i tym bardziej teraz, „nie czuł się na siłach dźwigać ten nieludzki krzyż”. Uważa za szaleństwo wracać do „wuemów”. Wyjeżdża do znajomego ziemianina na wieś obojętny na golgotę żydowskiego narodu. Później dopiero zjawia się w Warszawie. Tam zdradza jego rodowód ciemna cera. Schwytany przez polskich szantażystów i doprowadzony do komisariatu, może się jeszcze wykupić. I tu nagle decyduje się nie skorzystać z tej możliwości, przekreśla postawę całego swego życia, sięga dobrowolnie po kielich goryczy, dźwiga krzyż męczeński. Odesłany do obozu dla Żydów pod Lwowem, ucieka zeń podczas rozpaczliwego buntu skazańców i zjawia się w swym mieszkaniu, dokąd właśnie przybył też z Warszawy Rudnicki. W łachmanach, w okropnym stanie, pół przytomny, „wielki Stefan Konecki” śpiewa starą żydowską piosenkę o żydowskiej melodii, rozpoznawalnej nawet na końcu świata. I tak ujmuje go milicjant ukraiński. Ten, co całe swe życie odżegnywał się od żydostwa, wypija do dna kielich goryczy narodu Izraela, jednoczy się z nim w męczeńskiej śmierci. Atawizm zwycięża w chwili, gdy człowiek jest już daleki małym sprawom życia, gdy staje na progu śmierci przed obliczem Boga.

Zastanawiająca i bardzo charakterystyczna jest myśl przewodnia tej przypowieści. Chyba trudno o bardziej rasistowskie wyznanie wiary. Tak, wedle Rudnickiego, człowiek nie może odejść od swego narodu, od swej rasy, nie może zwalczyć w sobie, zdusić prawd, które wraz z krwią po przodkach na świat przynosi. Zaiste wiernego i pojętnego ucznia znalazł w Rudnickim mistrz Rosenberg! Ale polemizować z tą tezą, znaczyłoby podejmować dyskusję z ideologią Rudnickiego. A nie o to nam chodzi. Chodzi nam o Ortwina.

Rudnicki nie rozumie, że może być Polak pochodzenia żydowskiego, dla którego prawdy żydowskie stały się już dalekie, obce, obojętne, niezrozumiałe. I dla którego polskość jest tym kręgiem kulturalnym, tą wspólnotą, którą czuje i rozumie każdym swym nerwem, każdą komórką krwi i mózgu. Stąd zarzut niesłuszny i krzywdzący – zarzut małodusznego strachu przed żydowskim kielichem goryczy, zarzut „pseudonimowego” pisarstwa, uczenia się poprawności „ich” języka, zajmowania się tylko i wyłącznie „ich” prawdami, aby być bardziej polskim niż sami Polacy. Myślę, że to nieporozumienie ma swoje źródło w genealogii. Genealogii zarówno rodzinno-społecznej jak i dzielnicowej. A także i w fakcie, że Ortwin należał do innego pokolenia. Oskar Katzenellenbogen – bo takie było nazwisko Ortwina – był potomkiem starej, arystokratycznej rodziny żydowskiej. Może mniej znanej i mniej legendarnej niż Askenazowie, ale wywodzącej się również z rodu króla Dawida i również kiedyś przed wiekami przybyłej z Hiszpanii poprzez Holandię i Niemcy do Polski. Stąd może jego arystokratyczność, jego wyniosłość, którą kilkakrotnie podkreśla Terlecki w swym pięknym wspomnieniu. Mówi o niej także i znana lwowska anegdota: kiedy zmarłemu niedawno w Rzymie, b. wojewodzie lwowskiemu, Piotrowi hr. Duninowi-Borkowskiemu, czyniono raz wyrzuty w t. zw. kasynie końskim we Lwowie, że najbliższym jego przyjacielem jest Żyd Ortwin. Borkowski odpowiedział zebranym hrabiom galicyjskim: „Cóż chcecie – wszak pozostałem w swojej sferze, bo on jest przedstawicielem najstarszej arystokracji europejskiej”. Tradycja tego pochodzenia była w rodzinie Ortwina bardzo żywa, i stąd też może jego wyniosła pogarda dla „Żydków”, dla ciemnego, żydowskiego motłochu, zapełniającego ghetta, którego nie tylko on sam, ale już jego przodkowie nie rozumieli i z którym nic nie mieli wspólnego. Rodzina Katzenellenbogenów wydała w ciągu wieków kilku znanych rabinów, ale też wielu filozofów i lekarzy. U początku XIX w. stała się typową rodziną inteligencką, której członkowie byli lekarzami, adwokatami, inżynierami i która też w tym czasie zaczęła zatracać pokost niemczyzny, by poprzez krótkotrwałą „austriackość” dojść w końcu do roztopienia się w polskości. Mimo więc swej formalnej przynależności do „wuemów”, nie byli już oni Żydami. Zresztą rodzice Ortwina przyjęli chrzest z inicjatywy jego matki, osoby niezwykle religijnej, żarliwej katoliczki, po której też i syn zapewne odziedziczył ową głęboką religijność i chrześcijańskość swej natury, na którą tak mocny kładą nacisk wszyscy biografowie Ortwina: i Terlecki i Władysław Kozicki i Juliusz Kleiner. I już jego rodzice nie mieli ze światem żydowskim nic wspólnego i obracali się zarówno w Stanisławowie jak później we Lwowie prawie wyłącznie w kołach polskich. Sam Ortwin zaś jako uczeń gimnazjum stanisławowskiego był znany wśród kolegów ze swego żarliwego patriotyzmu polskiego, o czym świadczy Kozicki, jego młodszy kolega z tegoż gimnazjum.

Cóż więc dziwnego, że w tych okolicznościach świat żydowski był dla Ortwina od urodzenia całkowicie obcy, niezrozumiały. Nie potrzebował się uczyć poprawności języka polskiego, bo to był jego jedyny język ojczysty od kołyski. Nie mógł pisać dla Polaków o „treściach” żydowskich, bo te „treści” nie były jego „treściami”, bo ich nie znał i nie rozumiał, nie odczuwał i nie potrzebował. Nie musiał się starać aby być podobnym do „nich”(!). t.j. do Polaków, bo był taki jak „oni”. To Rudnicki sam tak mało dostrzega „treści” polskich, że wystarcza ich zaledwie na „wąziutki strumyk”, jakże mizerny w porównaniu do żydowskiego morza, które Ortwin prześlepia dla owego strumyka. Rudnickiemu do głowy nie przychodzi, że może Ortwin widział i czuł tyle „treści” polskich, że starczyło ich również na morze. „Treści” dla Rudnickiego niewidocznych, ukrytych mimo „pseudonimowego pisarstwa” po polsku. Ortwin wolał gar bigosu zasmolony, bo to był „jego” gar, a nie „ich” jak dla Rudnickiego, bo był do niego przyzwyczajony od dziecka, a odsunął od siebie kielich gorzki, bo był obcy, i byłby obcy, choćby nawet miast goryczy zawierał słodkie wino galilejskie. A jeżeli już o tę symbolikę chodzi, Rudnicki odsunął zarówno zasmolony polski gar bigosu jak gorzki kielich żydowski, a wybrał w odpowiednim czasie sowiecką baryłkę kawioru.

Pisze o Ortwinie Kozicki: „Zarówno irracjonalne czynniki, decydujące o powinowactwie z wyboru, jak też świadome elementy myśli i woli, urabiające indywidualność człowieka, nadały duszy jego oblicze na wskroś polskie, i to w najgłębszym znaczeniu, z tymi piętnami, jakie wyciska zrozumienie tajemnych węzłów, łączących jaźń ludzką z ziemią ojczystą, a także – co jest rzeczą może jeszcze bardziej zadziwiającą – oblicze w pełni aryjskie i chrześcijańskie”. A czyż może być świadectwo mniej podejrzane, niż tego typowego szlagona i prawowiernego endeka?

Bo też Ortwin był typem jak najbardziej polskim i był również typem lwowskim, kresowym. Był przede wszystkim ze swego charakteru i natury bujnej. Żadnym z rysów nie zdradzał typu semickiego ani jeśli chodzi o oblicze jego duszy, ani nawet jeśli chodzi o rysy fizyczne. Rudnicki, nie potrafił się dopatrzeć niczego więcej, niż ciemnej cery, ujawniającej – jego zdaniem -rodowód: „…ta czerń była nie do wywabienia – istne znamię przekleństwa!”. Pomijam bardzo naiwne osądy Rudnickiego o znamionach rasy. Smagła cera nie była bynajmniej cechą charakterystyczną Żydów polskich. Trafiała się, zwłaszcza na kresach południowo-wschodnich, u najczystszej krwi aryjczyków. Była niezwykle typowa dla mieszańców o krwi ukraińskiej czy mongolskiej. Była też jednym ze znamion charakterystycznych niezwykle urodziwej rodziny Katzenellenbogenów – nie wiadomo, czy jako pozostałość z dalekiej, słonecznej Hiszpanii, czy jako nabytek z nadnieprzańskich stepów? To też Kleinerowi przywodziła ona na myśl raczej atamana zaporoskiego niż syna Galilei, kiedy pisał o Ortwinie: „Dziko i egzotycznie piękny, pod czernią bujnych, skłębionych włosów, pod ciemną twarzą przybysza ze stepów dalekich”, a Terlecki wspomina o „senatorskim wyglądzie” pięknego starca. Nikt nie dopatrywał się w nim rysów Natana-mędrca, Żyda – wiecznego tułacza. Ani rysów fizycznych ani rysów charakteru.

Bo nie miał w sobie nic z talmudysty, nic ze smutnie zamyślonego nad księgami żywota rabina, ten człowiek pełen „żaru wewnętrznego i gotowości bojowej”, pełen wrzącego temperamentu kresowego, zapalczywy w dyskusji i rej w niej wodzący „niby sejmiku staropolskiego gębacz i głowacz naczelny”. I nie miał w sobie nic z tych cech, które – słusznie czy niesłusznie – społeczeństwo polskie zwykło było przypisywać żydostwu polskiemu. Człowiek wyjątkowej odwagi cywilnej, zawsze gotów do obrony swych przekonań bez względu na skutki, wróg reklamiarstwa i merkantylizmu w literaturze, kruszący kopie zaciekle, gdy o zasadę chodziło, a zarazem osobiście skromny i usuwający się w cień, unikający rozgłosu, wyniośle obojętny na korzyści materialne. I nic nie było mu bardziej obce i bardziej wstrętne niż nahalne rozpychanie się łokciami, niż owa „stała gotowość służenia silnym i dobrze płacącym”, niż owa arogancka chucpa.

Twierdzenie że Ortwin pseudonimował, bo chciał aby zapomnieli, jest nikczemną insynuacją, tym nikczemniejszą że pseudonim Ortwina, „trafnie dobrany w swej muzyczności i chropowatości, w zespoleniu egzotyki romantycznej z krzepkością rodzimą, wykwintności z szorstką siłą”, nie miał nic wspólnego z „narciarską” modą ostatnich czasów. Wymyślił go sobie Ortwin jeszcze w gimnazjum, kiedy to marzył o tym, by zostać poetą. Pseudonim ten ma taki sam rodowód jak Gałeckiego Andrzej Strug czy Smreczyńskiego Władysław Orkan. Pochodzi z tej samej epoki i nosi te same cechy. Inaczej – czyż nie prościej byłoby po prostu zmienić nazwisko, jak szereg rodzin galicyjskich w tym okresie, jak różni Dawidowie-Darscy, Garfeinowie-Garscy, Ochsowie-Ochoccy, Rozenbaumowie-Rożniewicze, Sommersteinowie-Stożyńscy, i jak to zrobił znacznie później sam pan Rudnicki! Ortwin nigdy nazwiska nie zmienił, podobnie jak jedyny z całej swej rodziny pozostał formalnie „wuemem”, choć doprawdy nic go nie łączyło z religią Izraela. Chciał uniknąć nawet cienia podejrzeń, że w ten sposob dąży do zatarcia śladów swego pochodzenia, że może czyni to dlatego, by tym łatwiej zapomnieli i by tym łatwiej uzyskać prawo obywatelstwa w literaturze polskiej. Na takie tricki był za dumny, za wyniosły, za wielki.

A do literatury polskiej wszedł i tak. Należał do najwybitniejszych, do największych krytyków polskich ostatniego półwiecza. Potrafił odegrać jedyną w swoim rodzaju rolę „wielkiego zapładniacza” przy boku Leopolda Staffa i Stanisława Brzozowskiego. Położył wreszcie doniosłe zasługi jako doradca literacki księgarni wydawniczej Połonieckiego i jako długoletni prezes lwowskiego związku literatów.

Miejsce jego w literaturze polskiej porównać można, jeśli chodzi o ludzi pochodzenia żydowskiego, z tym, jakie w dziedzinie historiografii polskiej zajął Szymon Askenazy. Choć – podobnie jak i Askenazy – nie otrzymał raz nagrody z powodu pochodzenia. Ale kiedy niejakiemu p. Czesławowi Lechickiemu przyszło do głowy odmówić Ortwinowi prawa do zabierania głosu w sprawach literatury polskiej, zerwała się burza protestów we Lwowie i poza Lwowem, na nieszczęsnym p. Lechickim nie pozostawiono suchej nitki, a doszło do tego, że ktoś uderzony jego nazwiskiem „zbyt lechickim aby było prawdziwe”, odszukał mu na koniec dziadzia Leichtera!

Zawiść Rudnickiego każe mu tę wyjątkową pozycję Ortwina, tłumaczyć w bardzo swoisty sposób: „Stefan Konecki przez całe życie był człowiekiem prawicy. W ostatnich latach przed wrześniem endecy szaleli na ulicach Lwowa, ale Koneckiemu kłaniali się w pas. Koneckiego hucznie oklaskiwali… Nic dziwnego – występował głównie przeciw komunistom i lewicowcom”. I znowu fałsz, znowu kłamstwo, mające niemal posmak donosu, pośmiertnego donosu. W młodości swej Ortwin był bliski lewicy i socjalizmowi, choć organizacyjnie nigdy bodaj do żadnej partii nie należał. Był również bliski niepodległościowemu „Promieniowi” i lewicowym, socjalizującym „promienistym”. Na starość, jak trafnie ujmuje Terlecki, był swoistego rodzaju konserwatystą, pragnął spokoju społecznego, opartego na odrodzonej moralności, tak bardzo potrzebnego ciągle jeszcze będącej na dorobku Polsce. Trzeba naprawdę dużej dozy złej woli, aby go nazwać faszystą, reakcjonistą i człowiekiem prawicy. Jego stosunek do polityki wystarczająco charakteryzuje następujący ustęp z odczytu o Kasprowiczu: „Działalnością publiczną, do całego narodu po wieki wieków należącą, jest jedynie ich [pisarzy] twórczość poetycka, niepożyte dzieła, które w spadku potomnym przekazują. Na tym terenie socjalista czy nacjonalista są to tylko prawie że pocieszne, czcze i jałowe nomenklaturki, które efemeryczne znaczenie i sens swój mają naprawdę tylko w aktualnej publicystyce bieżącego dnia, jako etykiety potrzebne dla wzajemnych wyzwisk w tym piekielnym rozgardiaszu społecznym, którego bezbronnymi świadkami jesteśmy”. To też nie mógł Ortwin piorunować przeciw komunistom i lewicowcom, bo go ich przekonania nie interesowały. Nie mógł tym bardziej że w Polsce wielka literatura, którą Ortwin się zajmował i o której pisał, nie miała wśród nich zbyt wielu przedstawicieli.

Aż przyszedł Wrzesień. Przyszedł i przyniósł z sobą tragedię narodu i państwa, wobec której wszystko inne zejść musiało i zeszło na plan dalszy. Nie można było mieć żadnych wątpliwości, jakie stanowisko zajmie Ortwin. I jego niechęci do bolszewików nie trzeba tłumaczyć jego „prawicowością i reakcyjnością” ani sięgać aż do tak karkołomnych tłumaczeń, jak jego rzekoma pasja do zagadnienia śmierci, a nie życia, którym znów jedynie interesowali się komuniści! Był po prostu zbyt Polakiem i zbyt Europejczykiem, aby mógł podzielić z Rudnickim jego sympatie dla nowych panów. Ironia, z jaką Rudnicki pisze o tym, jak to Ortwin chodził owej jesieni po ludziach i w imię wierności „Tej co nie zginęła” żądał przyjęcia pod dach literatów-uchodźców, nie prosił, lecz żądał i groził, gdyż Polska „patrzy, słucha i wiernych wynagrodzi, a zdrajców ukarze (cudzysłowy Rudnickiego), jest największym, choć mimowolnym hołdem, oddanym jego patriotycznej postawie. A kiedy Rudnicki i jemu podobni pośpieszyli zgłosić swą „gotowość służenia silnym i dobrze płacącym” za zdradę nowym panom, Ortwin pozostał nieugięty do końca, pozostał wierny zawsze wiernemu miastu i Polsce, ośmielał się ryczeć swoim lwim głosem na zebraniu publicznym: „Tu jest Polska! Tu sześćset lat była Polska!”.

Rozprawa główna z Ortwinem, którą Rudnicki przeprowadza w swej rzekomej z nim rozmowie jest oczywistym fałszem, fikcją, imaginacją chorobliwą zastrachanego Żydka, który w oczy nigdy nie ośmieliłby się czegoś podobnego powiedzieć Ortwinowi. Wszystko się w tej rozmowie nie zgadza. I czas jej przeprowadzenia, bo Ortwin już wtedy nie żył. I mieszkanie Ortwina nie tam było, gdzie pisze Rudnicki, i nie tak wyglądało. I niemożliwy jest do pomyślenia poufały stosunek Rudnickiego do Ortwina, jak to Rudnicki chce sugerować. Niemożliwy dla każdego, kto znał Ortwina i kto poznał Rudnickiego z jego książki. Gdyby zaś Rudnicki rzeczywiście odważył się tak mówić z Ortwinem, zostałby zapewne w odpowiedzi skrzyczany i zbesztany od żółtodzióbów, smarkaczy i gówniarzy!

Podobnie zmyślony i fałszywy jest efekt końcowy i szczytowy całej przypowieści. Ów powrót Ortwina do „swego” narodu. Nie tylko dlatego, że wbrew twierdzeniu Rudnickiego, Ortwin nie zginął przy likwidacji ghetta we Lwowie w r. 1942 i że w czasie, w którym Rudnicki umieszcza akcję swego opowiadania, dawno już nie żył. Fałszywa jest przede wszystkim sama idea owego powrotu. Kiedy Rudnicki pisze że Ortwin przyjął tragedię żydowską pod okupacją niemiecką obojętnie, że miał, jak wszyscy Polacy, dla niego pytania w rodzaju: „Dlaczego Żydzi się nie zbuntują? Dlaczego nie walczą? Dlaczego nie pójdą do lasu? Dlaczego pracują?”, to choć te rozmowy są fikcją, takie stanowisko Ortwina byłoby zgodne z jego charakterem i całym jego życiem. Kiedy jednak każe mu dobrowolnie przyjąć kielich goryczy męczeństwa Izraela i kiedy każe mu śpiewać w kulminacyjnym punkcie starą piosenkę o żydowskiej melodii, rozpoznawalnej nawet na końcu świata, kłamie i zmyśla. Bo świat żydowski był Ortwinowi zupełnie obcy i obca mu była ta piosenka i ta melodia i ten język. Jeżeli Ortwin śpiewał coś w godzinę męczeńskiej śmierci, to na pewno pieśń o „Tej, co nie zginęła”.

Żydostwo polskie przeżyło straszliwą tragedię, nierównie może większą niż naród polski. Ale tragedia żydowska i tragedia polska – to dwie różne tragedie. Naród żydowski i naród polski cierpiały obok siebie, a nie razem. Polacy pochodzenia żydowskiego, zagnani przez Niemców do ghetta, cierpieli samotnie. Ich powrót był tylko fizyczny i formalny. Pozostali obcy żydostwu, którego nie znali i nie rozumieli, którego już rozumieć nie mogli. To samo by było i udziałem Ortwina, gdyby wersja o jego śmierci była prawdziwa. Umarłby wtedy – mimo wszystko – na swojej ziemi nieulękły Polak i tryumfujący chrześcijanin, jak to napisał Terlecki. Ale Bóg litościwy oszczędził mu śmierci samotnej wśród obcych. Dał mu śmierć taką, jaką było całe jego życie. W kilka dni po zajęciu Lwowa przez Niemców aresztowano najwybitniejszych przedstawicieli lwowskiej elity umysłowej. Wśród aresztowanych było 26 profesorów wyższych uczelni Lwowa, był także Kazimierz Bartel i Tadeusz Żeleński (Boy), znalazł się również wśród nich Ortwin. Tej samej nocy jeszcze wszystkich aresztowanych wyprowadzono na Kadecką Górę i rozstrzelano. Zginęli za to że byli Polakami. Także i Ortwin zginął za to że był Polakiem, za to że był wybitnym Polakiem, a nie za to że był Żydem. Śmierć jego należy do tragedii polskiego narodu. Wbrew temu, o czym chce nas przekonać Rudnicki, zarówno przez całe życie, jak w chwili śmierci tragicznej, zwycięstwo odnosi Ortwin. Zaciekły, rytualny odwet trafia w próżnię. Jest bezsilnym, zapienionym porwaniem się karła na olbrzyma i nie dotyka, nie może dotknąć wielkiego człowieka.

Ortwin umarł jak żył. Jako Polak i przede wszystkim jako Polak. Duch Ortwina błądzi dziś po mieście zawsze wiernym i czeka powrotu „Tej, co nie zginęła”. Próżno go szukać pod ścianą płaczu w dalekiej Jerozolimie. Snuje się po Ossolińskich poprzez Kopernika w górę na Leona Sapiehy i Okólskiego. Spogląda na Ossolineum i Cytadelę, zachodzi do Teatru Wielkiego. A czasem pewnie zjawia się w Warszawie i wtedy straszy Rudnickiego i jemu podobnych widmem Polski, która „patrzy, słucha i wiernych wynagrodzi, a zdrajców ukarze”.

Aleksander Korczyński.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close