Snobizm na wojnie

Obok miłości i dolara, o które tak często potrąca się piórem, połóżmy trzeci zadziwiający temat literacki, mianowicie snobizm. Podam tu krótką ekspozycję wielu książek, jakie może ktoś kiedyś na temat snobizmu napisze, biorąc zresztą za motto, że snobizm jest trwalszy od miłości i silniejszy niż pieniądz.

Dziwna instytucja moralna, która zaczyna się już u samego brzegu życia, w tym nie bardzo podeszłym wieku, kiedy po ulicy chodzi się boso i rzuca kamienie w szyby sąsiadów. Któż zdoła naśladować smak i manierę rozmowy między dwoma wyrostkami, którzy stanęli na przeciw siebie i strzykając ślinę, wysyłają z ust nieprawdopodobnie fałszywe epitety, mające ich doprowadzić albo do bójki albo do przyjaźni? Z osobistą przyjemnością zatrzymałbym się w tym wczesnym okresie, bo wówczas snobizm był dla mnie rzeczywistą dźwignią społeczną, fundował mi znaczne sukcesy towarzyskie i miłosne, podczas gdy teraz daje tak żałośnie mało. Ale dla pośpiechu muszę brać tamte czasy tylko jako punkt wyjścia, jako embrion tematu, który przecież ma zamiar wyrosnąć z przykrótkich spodni dandysa sztubackiego.

Oto szczególnie jest ciekawy snobizm, który poszedł na wojnę.

Wojna go nie zabiła. Przytuliła, dając mu cieplarniane warunki rozwoju. To też wyrosły udatne okazy w rozmaitych odmianach, Które nazwać i skatalogować wydaje się zadaniem literatury. Zacznijmy od gatunku pospolitych: w czasie powstania, kiedy bitwa wre nie na żarty, on – podchorąży – musztruje na podwórku swój oddział. Miał lat osiemnaście kiedy zaszumiała mu w głowie autentyczna bitwa, warszawskie powstanie.

Nie wiedział, co to jest, i dziś nie wie, co to było, w przekroju politycznym i psychologicznym polskich dziejów. Nerwami źrebca poczuł okazję. Zaczął żyć na wielkiej stopie i sam siebie podziwiał w tej przyjemnej czynności napełniania własną sylwetką każdej godziny. Poniewierając drużyną za byle przewinienie, wkładał w to zajęcie wiele kapralskiego natchnienia, co pozwalało mi jeszcze raz stwierdzić, że kapralstwo, to nie stopień wojskowy, ale stan ducha. Ponieważ na te czołgania się, prysiudy i padania patrzyło ciało obce, gromada cywilów, ukonstytuował się rodzaj ambitnego teatru, w którym między reżyserem a aktorami nastąpiła specyficzna solidarność. Zmęczeni strzelcy przejęli się rolą komendanta i zaczęli wywijać tyłkami bodajże z akcentem jakiegoś lokalnego patriotyzmu kompanijnego. Oto aintelektualny, żywiołowy objaw snobizmu „po kapralsku”. Barwniejszy typ, to „rycerz na urlopie”.

Typ prawie wspaniały w pewnym estetycznym sensie, napraszający się o ołówek i opowieść. Nosił się świetnie, w żółtej kurcie, w wysokich butach, w polskim hełmie, co już było wysoką rangą społeczną na tle pstrokato, w cywilne szatki przyodzianego plebsu powstańców. Spod hełmu topił czarne żużle oczu w twarze młodziankowatych żołnierzy, chłopców tylko co wyszłych z liceów konspiracyjnych, którzy mając w sobie mocno literackie, z podręczników historii wyniesione, poczucie czy przeczucie dyscypliny, truchleli pod tym wzrokiem. Przy nim, jego przyjaciele. Ludzie cudownie niedbali, mówiący o bitwie, o wódce i o kobietach z tą charakterystyczną pozą w głosie, z jaką w Warszawie t.zw. „złoci młodzieńcy” mówili o wystawie obrazów i o krawcu. Typ „złotego młodzieńca” wcielał się szczęśliwie w typ „rycerza na urlopie”. Miejsce parasola, angielskiego kołnierzyka i zamszowych butów zastąpił pewien nonszalancki sposób noszenia kabury przy luźnym pasie, improwizowana bufonada w każdym przedmiocie i troska o wygodne kwatery na tyłach, gdzie się dyskontowało erotycznie te tak uwodne pozory osobiste. Należy zauważyć, że ten sam styl wyobraźni umieli oni zachować i w walce. W każdym aspekcie świata lubię widzieć dobry rysunek i dobry kolor, to też kochałem się w tych klasycznych formacjach umysłowych. Tylko przykro było patrzeć na ziemię, bo tam ów zuchowaty snobizm odbijał się – by tak rzec – w kałużach krwi… Mam na myśli silny kontrast obywatelski, w jakim znajdowały się te rzeczy: życie „rycerzy na urlopie” i życie żołnierza z linii. Powstaniec nie był nadwrażliwy społecznie, koncentrował się w innym, ściśle wojskowym kierunku. Ale młody i inteligentny, musiał czynić efektowne porównania między dandysowaniem oficerów na tyłach a swoją pracą urzeczywistnianą w materiale głodu, strachu, bezsenności i bezkompromisowego entuzjazmu.

Znalazłszy się w barakach oflagów i stalagów, snobizm haftował swoje efekty na kanwie bardzo opornej. W świecie szmat, insektów i ciasnej przestrzeni, trudno było roztoczyć pawie pióra. A przecież nawet w tych nieprzyjaznych kategoriach – odszukano wątle szczebelki, po których człowiek dźwigał się na urojone wysokości i budował fikcyjną różnicę między sobą a tłumem. Bo czymże jest snobizm? Rodzajem biologicznej walki o prymat, tylko w dziedzinie intelektualnej i raczej wśród jednostek słabych. Pamiętam w obozie ludzi, którzy niemal z niczego nadawali swemu życiu styl, kontur: sposób wypalania ćwiartki papierosa, perwersyjne rozdawnictwo przyjaźni i antypatii między kolegów z którymi siedziało się od pięciu lat, przeszłość w otrzymywanych listach i znowuż sposób podania tej własnej przeszłości kolegom z pryczy. Szereg drobnych aktów egoizmu, zbieranie rozsianych w powietrzu drobin mistyfikacji, celem genialnego uszlachetnienia nudy baraku.

To już snobizm wyższego rzędu, inteligentny i omal twórczy. Pamiętamy wszyscy typowy produkt okupacji: „konspiratora z urojenia”. Miły pan, który jakoby ciągle gdzieś wyjeżdżał. Umiał mówić tak, że nie sposób go było zapytać, o co właściwie chodzi. Tyranizował rozmówcę elektrycznością wielkiej polityki, która wisiała nad naszymi głowami. Oczami, uśmiechem, wyrażał dużą kompetencję w rzeczach cierpienia i niebezpieczeństw. Naturalnie miał zawsze nowiny z „pierwszych źródeł”. Potrafił znikać, zjawiać się i potem kilku wąskimi słówkami eksponować całą zakazaną treść tego rzekomego wyjazdu. W istocie był buchalterem czy nauczycielem przyrody w szkole zawodowej… Byłoby głupstwem przerwać mu sen, zniszczyć rolę.

W życiu wiele rzeczy, więcej niż się wydaje, jest kwestią lepiej czy gorzej zagranej roli. Tak jest np. w bitwie, w sprawie specyficznego do niej stosunku, zwanego popularnie bohaterstwem. Skromna, dążąca do prawdy definicja bohaterstwa jest następująca: jeżeli nie jest ono po prostu egzaltacją, wyjściem z granic przytomności umysłowej, jest kwestią przezwyciężenia strachu. Po ludzku biorąc, głównym elementem psychicznym bitwy jest strach, poczucie bezsilności i chęć, żeby to się jak najprędzej skończyło. Tymczasem okrzyki żołnierzy są pełne nonszalancji, junakerii i robionej zaciętości. Imitują nieświadomie pewne prawdy literackie, wyczytane w dzieciństwie. Słowem, wyraz dany konkretnej treści – jest fałszywy. Ale rozmiłowanie w pozie, w bałamutnym poetyzowaniu każdej chwili, sięga u człowieka granic najbanalniejszego życia. Mówiłem na początku, że snobizm jest silniejszy od pieniądza. Ale oto snobizm, subtelny reżyser drugiej rzeczywistości, okazuje się silniejszy niż śmierć! Nie do wiary: tuż przy mnie umierał raz taki szczeniakowaty bohater, krew miał w ustach i mówił: „Powiedz pan porucznikowi, że dla Polski mogę umrzeć, niech się nie martwi”. Słowa żenująco nienaturalne, które można znaleźć tylko w bardzo kiepskiej beletrystyce. A człowiek niełatwo godzi się z tym, że życie jest czasem jak kiepska książka.

Dobrze, żeśmy przypadkiem dotknęli literatury. Snobizm ma z literaturą trwałe, potajemne związki, tak samo jak z mową pogrzebową albo ze szkolnym podręcznikiem historii, czyniącym z psychologii społeczeństw i z psychologii wojny zabawną liturgię banialuków. Literatura, to poufała knajpa snobizmu, gdzie się upija i dyktuje ludziom własny schemat życia. Cytuję urywek z autentycznej książki o powstaniu: „Raz po ra głuche detonacje rozrywały powietrze i wstrząsały posadami murów. „Do widzenia chłopcy !” – zawołałem i znów zacząłem biec wzdłuż ulicy Żelaznej. „Damy szwabom nauczkę!” – odkrzyknęli i wrócili do wnęk domów”. Kto raz w życiu był w gromadzie młodych chłopców i zna ich sposób wyrażania się, niech podziwia rozbrajająco belferski opis tego dialogu. Typowa grafomania, do której należy także zaliczyć plagę wierszy t.zw. patriotycznych.

Ten reportaż na tropach nowego Smętka chcę zakończyć – może wbrew spodziewaniu – pochwałą snobizmu. Nie gniewam się na snobizm. Dla ludzi umiejących smakować świat, jest to drzewo humoru, posiane ręką dowcipnych bogów, którzy słusznie uważają, że rzeczywistość wymaga pewnej nadbudowy intelektualnej, bo sama w sobie jest nazbyt twarda. Poza tym snobizm jest ersatzem poezji albo maską, przez którą pewne typowe molekuły poezji wchodzą do płuc maluczkich. Jest w tym coś z artyzmu chałupników, i do ich intymnych pracowni nie wdzierajmy się z hałasem zarozumiałych potępień. Czym są kolekcjonerzy anegdot lub znaczków pocztowych? Budowniczymi fikcji i posiadaczami fikcji. Snobizm, rzecz w czambuł zdeprecjonowana, ukazuje w pewnych chwilach skupioną twarz sztuki.

Zbigniew Florczak

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close