„Sonderaktion Krakau 6.XI.1939”

Wywiezienie profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego

NIEMIECKI PUNKT WIDZENIA W SPRAWIE NAUKI I SZKÓŁ AKADEMICKICH W POLSCE

Dzień 6 listopada 1939, w którym Gestapo aresztowało profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, miał być wstępem do zlikwidowania nauki polskiej i do całkowitej zagłady inteligencji polskiej.

Zamach ten przygotował okupant z iście niemiecką dokładnością.

W pierwszych tygodniach władze niemieckie, a zwłaszcza kierownicy wyższych komórek, zachowywali się wobec przedstawicieli instytucji polskich bardzo uprzejmie, zapewniając ich że Niemcy nie zamierzają mieszać się do wewnętrznego życia mieszkańców i że nie sprzeciwiają się działalności kulturalnej. Władze okupacyjne nie wtrącały się do prac polskich instytucji, które na wezwanie wznowiły swoją działalność. Utworzono nawet przy niemieckim komisarycznym burmistrzu radę przyboczną złożoną z Polaków, a z inicjatywy polskiej zorganizowano Tymczasową Komisję Szkolną pod kierownictwem rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Tadeusza Lehra-Spławińskiego.

Tymczasem z wrześniowej ucieczki coraz liczniej wracali do Krakowa profesorowie, pracownicy naukowi, a także młodzież uniwersytecka. Zgodnie z wezwaniem władz niemieckich rozpoczęto pracę w zakładach naukowych, a nawet przeprowadzono egzaminy na poszczególnych wydziałach uczelni. Władze niemieckie nie tylko zachęcały przedstawicieli uniwersytetu do podjęcia wykładów i ćwiczeń, lecz niejednokrotnie wyrażały zdziwienie że uniwersytet nie podjął jeszcze normalnych zajęć.

W tej sytuacji senat akademicki na posiedzeniu 19 października 1939 uchwalił jednomyślnie otworzyć uniwersytet, termin wpisów wyznaczyć na czas od 23 października do 4 listopada, a rozpoczęcie wykładów – na 6 listopada.

W krótkim czasie po posiedzeniu senatu złożył rektorowi wizytę gen. Schumann, profesor jednej z niemieckich uczelni, będący równocześnie szefem oddziału nauki w komendzie armii niemieckiej. Gdy rektor poinformował go o zamiarze otwarcia uniwersytetu, Schumann nie wyraził zdziwienia; uważał to za fakt całkiem naturalny. Podobnie ustosunkował się komisaryczny burmistrz miasta Krakowa Zörner, który nawet polecił zarejestrować profesorów uniwersytetu jako pracowników państwowych, pobierających pensje od władz niemieckich. Wreszcie profesor uniwersytetu wrocławskiego Koch, pełniący obowiązki oficera ordynansowego w dowództwie armii w Krakowie, zawiadomiony przez rektora Lehra-Spławińskiego o zamiarze wznowienia zajęć przez uniwersytet, uznał tę decyzję za słuszną.

Gdy jednak pod koniec października niemieckie władze zaczęły się organizować w Krakowie, rektor bezskutecznie starał się nawiązać z nimi kontakt. Dwa pisma do zastępcy gubernatora obwodu krakowskiego Wollsägera z prośbą o audiencję pozostały bez odpowiedzi. Natomiast 3 listopada rektor otrzymał pisemne zaproszenie z komendy policji bezpieczeństwa (Sicherheitspolizei, Einsatzkommando), podpisane nazwiskiem Müller, Obersturmbannführer. W trakcie rozmowy, przeprowadzanej w bardzo uprzejmej formie, Müller poprosił rektora o szereg informacji tyczących organizacji uczelni i jej składu osobowego, nadto zaś o zwołanie zebrania profesorów i wykładających, na którym pragnąłby osobiście przedstawić – jak się wyraził – „niemiecki punkt widzenia w sprawie nauki i szkół akademickich”. Ustalono że zebranie odbędzie się 6 listopada w sali 66-ej o 12-ej w południe.

Tegoż dnia na kilka minut przed 12-ą zjawił się w uczelni Müller w otoczeniu licznych SS-Mannów i udał się do kancelarii rektora. Jednocześnie – jak się wkrótce okazało – gmachy uniwersyteckie otoczył kordon policji. Po bardzo szorstkim przywitaniu się z rektorem Müller wyszedł z nim szybko na drugie piętro. Tam przed salą 66-ą rektor Lehr-Spławiński przedstawił mu rektora Fryderyka Zolla, wyraźnie podkreślając, że jest to członek Akademii Prawa Niemieckiego. Müller na to nie zareagował, lecz zwrócił się do otaczających SS-Mannów ze słowami:

– Możemy zaczynać.

Wszedł na salę, a za nim SS-Manni w czapkach i z karabinami. Müller stanął na katedrze i rozpoczął w języku niemieckim swój jakże zwięzły i pełen treści wykład. Brzmiał on mniej więcej w ten sposób:

– Panie i panowie! Zwołałem was tu aby wam powiedzieć że uniwersytet krakowski był zawsze ogniskiem antyniemieckich nastrojów i w tym duchu nieżyczliwym wychowywał młodzież. Teraz usiłowaliście pracować w zakładach i prowadzić egzaminy nie pytając nas o pozwolenie, usiłowaliście otworzyć uniwersytet nie pytając nas o zgodę, daliście więc dowód że nie orientujecie się zupełnie w sytuacji, w jakiej znajduje się obecnie uniwersytet i to co najmniej do końca wojny. Te wasze usiłowania są aktem złośliwym (böswillig) i wrogim (feindlich) wobec Rzeszy Niemieckiej. Uważajcie się więc za aresztowanych. Zostaniecie przewiezieni do obozów jeńców (Gefangenenlager), gdzie będziecie pouczeni jak naprawdę wygląda wasza sytuacja. Nie należy stawiać żadnych pytań. Proszę żeby panie wyszły. Odtransportowanie zaczyna się natychmiast. Sądzę że pan rektor zechce rozpocząć pochód.

Po wygłoszeniu powyższego „wykładu” na temat „niemieckiego punktu widzenia w sprawie nauki i szkół akademickich” Müller wyszedł z sali, a SS-Manni zaczęli wyprowadzać zebranych na dół, bijąc ich kolbami i spychając ze schodów. Wówczas to m.in. brutalnie znieważono profesorów Stanisława Estreichera i Janusza Supniewskiego, rektora Zolla uderzono kolbą, kilku zaś innych poturbowano.

W tym samym czasie profesorowie Akademii Górniczej obradowali w jednej z sal uniwersytetu. Jakkolwiek nie powzięli oni żadnej decyzji w sprawie rozpoczęcia wykładów, zostali również aresztowani. Odtąd dzielili losy z profesorami Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Aresztowano 183 osoby, wśród nich ludzi całkiem przypadkowo przebywających na terenie uniwersytetu. Po odtransportowaniu aresztowanych do więzienia przy ul. Montelupich, dołączono do nich jeszcze prezydenta miasta dr. Klimeckiego, który swoją postawą w pierwszych dniach okupacji zaskarbił sobie powszechny szacunek w mieście.

Wśród aresztowanych było wiele osób schorowanych i wątlejszych, a także kilkunastu profesorów liczących ponad 60 lat, kilku zaś nawet przeszło 70-Ietnich. W kaźni obozowej śmierć zbierała obfite żniwo. W ciągu niecałych trzech miesięcy zmarło 10 profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego i 3 profesorów Akademii Górniczej, a kilku wróciło z tak nadszarpniętym zdrowiem że niebawem podzieliło los tamtych. Kilkunastu profesorów zmarło podczas okupacji w skutku chorób, których nabawili się w Sachsenhausen.

Ci, co pozostali przy życiu po trzymiesięcznym (niektórzy po dłuższym) pobycie w obozie, wrócili mimo nadwerężonego zdrowia zahartowani psychicznie. Toteż gdy się okazało, że wojna potrwa dłużej. Uniwersytet Jagielloński rozpoczął podziemną działalność naukową. Jakkolwiek w warunkach konspiracyjnych była ona z konieczności ograniczona, przybrała jednak bardzo poważne rozmiary. Wystarczy powiedzieć że w roku akademickim 1944/1945 Uniwersytet liczył około 800 konspiracyjnych słuchaczy.

Krakowska Alma Mater z walki z niemieckim barbarzyństwem, mimo utraty kilkudziesięciu wykładowców wyszła zwycięska. Dała ona narodowi, jego kulturze i nauce setki inteligentów i dziesiątki młodych naukowców, którzy dzisiaj kontynuują dzieło swoich niezapomnianych wychowawców.

Stanisław Roskosz.

W SACHSENHAUSEN

„Polacy mogą mieć tylko jednego pana, a jest nim Niemiec; dwóch panów obok siebie nie może i nie śmie być, dlatego też należy wytępić (umbringen) wszystkich przedstawicieli polskiej inteligencji. To brzmi twardo, ale takie już jest prawo życia”.

W taki jasny sposób wypowiedział się Hitler w gronie kilku najbardziej zaufanych współpracowników 2 października 1940. Myśl ta nie była nowa – stanowiła ona istotny czynnik planów Hitlera dotyczących Polski, i Niemcy zaczęli wprowadzać ją w czyn od pierwszych dni okupacji.

Minęło niedawno dwadzieścia lat od zbrodni dokonanej na inteligencji polskiej w Krakowie, określonej przez Niemców kryptonimem „Sonderaktion Krakau”. Na dzień 6 listopada 1939 rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego na żądanie Gestapo zwołał posiedzenie całej kadry naukowej uczelni, w celu wysłuchania odczytu o poglądach Gestapo na naukę. „Odczyt” był bardzo krótki i polegał na oznajmieniu zgromadzonym profesorom że są aresztowani i że zostaną osadzeni w obozie.

Wśród aresztowanych znalazło się wielu znakomitych uczonych polskich, jak np. Tadeusz Banachiewicz, Franciszek Bossowski, Stanisław i Tadeusz Estreicherowie, Adam Krzyżanowski, Stanisław Kutrzeba, Władysław Konopczyński, Tadeusz Kowalski, Aleksander Krupkowski, Tadeusz Lehr-Spławiński, Kazimierz Nitsch, Stanisław Pigoń, Kazimierz Stołyhwo, Leon Wachholz.

Od tej chwili w ciągu najbliższych godzin profesorowie, niejednokrotnie ludzie starzy i wielce zasłużeni dla nauki, zaznajomili się dokładnie z hitlerowskim sposobem traktowania więźniów: brutalna rewizja osobista, kopanie i bicie po twarzy poprzedziły osadzenie ich w więzieniu.

W końcu listopada przewieziono aresztowanych do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Od stacji kolejowej w Oranienburgu do obozu musieli profesorowie odbyć długi marsz wśród deszczu ze śniegiem, otoczeni podwójnym kordonem straży z bagnetami najeżonymi w ich stronę – jak niebezpieczni przestępcy. Niektórzy z nich – chorzy na serce, jak prof. Jerzy Smoleński i Leon Sternbach – doszli ledwie żywi. Zmarli niebawem.

Grupa profesorów polskich stanowiła oczywiście znikomą cząstkę ogólnej liczby więźniów w Sachsenhausen (w r. 1940 było ich 12.000). Podlegali oni tym samym prawom co inni więźniowie.

W obozie odebrano im pieniądze i kosztowności, kazano rozebrać się do naga i przydzielono odzież więzienną. Sam przydział odzieży – rzecz na pozór niewinna – był wymyślną szykaną. Mężczyznom dużego wzrostu zdarzało się otrzymać marynarkę tak małych rozmiarów że rękawy sięgały ledwie za łokieć. Krótkie kalesony, koszule w strzępach, małe płócienne czapeczki nie chroniące uszu – stanowiły wyposażenie więźniów na ciężką zimę. kiedy mróz spadał poniżej —30° C. (—22° F.). Prof. Kazimierz Kostanecki, b. rektor Uniwersytetu i prezes Polskiej Akademii Umiejętności, dostał za małe buty, a prof. Antoni Hoborski – dwa buty z lewej nogi. Obydwaj wkrótce zmarli od odmrożeń, z których wywiązała się gangrena nóg.

Baraki w obozie były drewniane, kryte dachem bez sufitów. W każdym baraku były dwie izby: sypialnia i świetlica, w której więźniowie jedli, oraz klozet i t.zw. łazienka. Jedyny piec żelazny był w świetlicy, ale palono w nim tylko do lutego; potem zabrakło opału. Reszta baraku była lodowata. W sypialni na podłodze leżały sienniki jeden przy drugim podwójnymi rzędami. Pomiędzy każdym takim dwurzędem sienników była wąska ścieżka, która umożliwiała dojście do barłogu. Sienniki nakryte były kocami bez bielizny. Więźniowie sypiali po dwóch na jednym sienniku. Z wentylatorów kapało na koce. Niejeden koc w mroźne noce zamarzał i pokrywał się szronem. Toteż więźniowie byli zawsze przeziębieni, a jedyną posiadaną chustkę, zawsze mokrą i brudną, musieli nosić pod czapką, gdyż kieszenie u spodni przepisowo były zaszyte.

W tych warunkach szerzyły się różne choroby. Przeziębienie nieraz kończyło się zapaleniem płuc i śmiercią (prof. Stefan Bednarski). Straszliwie cierpieli chorzy na tyfus brzuszny, zmuszeni w nocy po dwadzieścia razy, w samej tylko koszuli wędrować przez lodowaty barak do klozetu, notorycznie przepełnionego i brudnego. Prof. Stanisław Estreicher, ciężko chory na nerki, spędzał tam większą część nocy w potwornych męczarniach, nie mogąc oddać moczu. Łaskawa śmierć uwolniła go od dalszych cierpień.

Na terenie obozu istniał szpital, a jakże, ale pomoc lekarska była jeszcze jednym rodzajem tortury. Pacjent musiał najpierw stać w ogonku kilka godzin na mrozie, co dla ciężej chorych równało się wyrokowi śmierci, aż wreszcie otrzymywał np. odwar z kory dębowej jako lekarstwo na tyfus! Za zabrudzenie pościeli chorych w szpitalu bito, przywiązywano ich pod łóżkiem na podłodze lub zlewano lodowatą wodą. Kto mógł, unikał szpitala. Prof. Feliks Rogoziński jęczał w agonii całą noc, męczony czkawką przedśmiertną. Rano jeszcze koledzy musieli powlec go na apel – zmarł tegoż dnia przed południem.

Wyżywienie obozowe składało się z trzech posiłków: rano pół litra wody gorącej, zaledwie zamąconej mąką lub kaszą, w południe litr zupy z brukwi lub marchwi z przegniłymi kartoflami, wieczorem porcja chleba, pół litra kawy niesłodzonej i 2 dkg margaryny lub kiełbasy. Zupy obiadowe „okraszone” były mięsem w ilości 1,5 kg na kocioł dla 125 osób. Nic dziwnego że na tym wikcie więźniowie tracili po 30 kg w ciągu paru miesięcy.

Więźniów obowiązywał codziennie trzykrotny apel, konieczność stawienia się na placu obozowym, niezależnie od stanu zdrowia. Obłożnie chorych, a nawet zmarłych musieli inni więźniowie zanosić na plac i kłaść ich obok w szeregu. Apel wraz z przygotowaniami trwał przeciętnie godzinę, co przy dużym mrozie wystarczało by przemarznąć na wylot w cienkich drelichach. Dokoła szeregów uganiali się SS-Manni. którzy bili po twarzy i kopali więźniów za najmniejsze poruszenie. Łatwo sobie wyobrazić męki chorych na tyfus, którym też nie wolno było opuścić szeregu. Za najdrobniejszy błąd, np. omyłkę w odliczaniu, karano zbiorowo cały szereg lub cały barak -np. klęczeniem przez kilka godzin na jednym kolanie z podniesionymi rękami. Za ucieczkę więźnia karano cały obóz kilkugodzinnym apelem, podczas którego wielu słabszych zamarzało na śmierć. Tak zginął prof. Tadeusz Garbowski.

W lutym 1940 zwolniono nieliczną grupę starszych profesorów i odesłano do domu. Spośród podeszłych wiekiem nadaj pozostali w obozie profesorowie: Aleksander Birkenmajer, Jan Harajda, Zdzisław Jachimecki, Franciszek Leja, Józef Majcher, Jan Miodoński, Władysław Semkowicz i Stołyhwo. Niektórych zwolniono w kwietniu, resztę odesłano do obozu koncentracyjnego w Dachau.

W czasie pobytu w obozie zginęło 13 profesorów. Oprócz wymienionych poprzednio zmarli: Ignacy Chrzanowski, Antoni Meyer, Adam Różański, Michał Siedlecki i Władysław Takliński. Bezpośrednio po powrocie z obozu zmarli jeszcze Stefan Kołaczkowski, Jan Nowak, Antoni Wilk i Jan Włodek. Wielu zmarło później na skutek chorób wyniesionych z obozu.

Aresztowanie profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego odbiło się głośnym echem na całym świecie i wszędzie wywołało powszechne oburzenie. Tylko w Trzeciej Rzeszy nikt się nie zdobył na słowo potępienia tej potwornej zbrodni.

Antonina Spandowska.

PERFIDIA I BESTIALSTWO HITLEROWSKIE

Zachodnia Agencja Prasowa zwróciła się z prośbą o udzielenie wywiadu do prof. Tadeusza Lehra-Spławińskiego, wybitnego i znanego w kraju i za granicą slawisty, który pełnił godność rektora Wszechnicy Jagiellońskiej w latach 1938-1946, z wyjątkiem okresu okupacyjnego, kiedy to Uniwersytet Jagielloński działał konspiracyjnie.

– Co prawda minęło już dwadzieścia lat od tragicznego dla narodu polskiego Września, jednak wydaje nam się konieczne przypomnienie, zwłaszcza młodemu pokoleniu, wypadków obrazujących perfidię i bestialstwo barbarzyńców hitlerowskich. Typowym tego przykładem były pierwsze tygodnie okupacji i t.zw. „Sonderaktion Krakau”. Czy mógłby pan rektor przedstawić naszym czytelnikom, jaki był stosunek niemieckich władz wojskowych i cywilnych w pierwszych tygodniach okupacji do sprawy otwarcia uniwersytetu na rok akademicki 1939/1940?

– W ustosunkowaniu się władz niemieckich do tej sprawy należałoby rozróżnić dwa okresy: pierwszy – trzy tygodnie od zakończenia działań wojennych i drugi – od ostatniej dekady października do owego tragicznego dnia 6 listopada. Początkowo władze wojskowe i cywilne ustosunkowały się do władz uniwersyteckich, a także i do innych instytucji polskich poprawnie, w wielu zaś wypadkach wręcz kurtuazyjnie. Charakterystycznym tego objawem był fakt że komendant wojskowy Krakowa gen. major von Höbert uważał za stosowne złożyć wizytę rektorowi uniwersytetu. Miało to ten dodatni skutek że udało mi się uzyskać wydanie zakazu zajmowania zabytkowych gmachów uniwersyteckich na kwatery dla wojska, a przecież było tego kilkanaście budynków. Na rozkaz gen. von Höberta wojsko zostało z nich usunięte. W ogóle postępowanie komendy wojskowej cechowało dążenie do wprowadzenia porządku, no i do działania opartego na przesłankach prawnych. Podobne cechy charakteryzowały posunięcia nadburmistrza Zörnera, późniejszego gubernatora t.zw. obwodu lubelskiego. Zörner wyobrażał sobie że będzie sprawował w Krakowie władzę z oparciem się na przybocznej radzie (Beirat), złożonej z Polaków, którą istotnie powołał do działania; było ono krótkotrwałe.

– To znaczy że wypowiedzi tych władz nie wskazywały na tak tragiczne zakończenie?

– Oczywiście. Dopiero po tych mniej więcej trzech tygodniach, które można by określić mianem sielanki w porównaniu z eksterminacją lat okupacyjnych, gdy władze cywilne zaczęły się mnożyć, było już gorzej, zwłaszcza z powodu trudności zorientowania się w kompetencjach poszczególnych komórek administracyjnych. W ostatnim tygodniu października zjawiła się policja. Były więc już poważne kłopoty w związku z ponownym zajmowaniem sal, plątaniem się oficerów policji po zakładach naukowych i bibliotekach. Wreszcie, bodaj 3 listopada, zjawił się w rektoracie oficer Gestapo z listem zapraszającym mnie do Obersturmbannführera Müllera na rozmowę w sprawach uniwersyteckich.

Rozmowa odbyła się w uprzejmej zresztą formie w siedzibie Sicherheitspolizei przy ul. Pomorskiej, w dawnym Śląskim Domu Akademickim, gdzie przyjął mnie młody i przystojny, choć o odrażająco ostrym spojrzeniu oficer Gestapo, który poprosił o udzielenie mu informacji co do organizacji uniwersytetu oraz co do elementu żydowskiego wśród wykładowców i młodzieży. Na koniec zażądał żebym zwołał zebranie profesorów, na którym chciałby przedstawić „niemiecki punkt widzenia w sprawie nauki i szkół akademickich”. Choć niechętnie – musiałem się zgodzić, i termin zebrania wyznaczono na dzień 6 listopada. Rezultat tego wykładu jest znany powszechnie: aresztowanie przeszło 180 osób i zesłanie ich do obozu koncentracyjnego.

– Wśród członków komendy armii niemieckiej w Krakowie byli również zmobilizowani na czas wojny uczeni niemieccy, jak np. gen. Schumann czy mjr Menzel, profesorowie uczelni niemieckich, czy też wreszcie oficer ordynansowy dowództwa armii w Krakowie Koch, profesor uniwersytetu wrocławskiego. Czy ci naukowcy niemieccy nie starali się protestować przeciw zesłaniu profesorów krakowskich do obozu koncentracyjnego? Przecież stacjonując w Krakowie na pewno byli o tym poinformowani?

– O żadnym proteście któregokolwiek z wymienionych przed chwilą profesorów niemieckich nie słyszałem. Natomiast post factum uświadomiłem sobie że w czasie jednej z rozmów prof. Koch zapytywał, jakie mamy stosunki z policją. Być może w ten – zresztą bardzo enigmatyczny sposób – zamierzał nas ostrzec przed grożącym niebezpieczeństwem. Pytania tego specjalnie nie analizowaliśmy, zwłaszcza że wszyscy trzej bądź wręcz nas namawiali na otwarcie uniwersytetu, bądź dziwili się że dotychczas uniwersytet nie wznowił wykładów.

Jeśli chodzi o protest uczonych niemieckich, wiadomo mi o dwóch nazwiskach. Otóż powiadomiony z Krakowa o naszym aresztowaniu prof. Vasmer, slawista berliński, następca prof. Brücknera, usiłował zorganizować wśród uczonych niemieckich akcję protestacyjną, lecz – jak mi wiadomo – zebrał tylko 9 podpisów, i akcja upadła. Drugim uczonym niemieckim, który złożywszy podpis na liście Vasmera, agitował za tą petycją, zresztą bez skutku, był chirurg-laryngolog prof. Sauerbruch. O innych wypadkach nie słyszałem.

– Czy w późniejszym okresie ktoś z naukowców niemieckich przekazał wyrazy współczucia w związku z aresztowaniem profesorów?

– Trudno tu mówić o wyrazach współczucia, ale były pewne próby zadośćuczynienia w stosunku do zwolnionych z obozu profesorów. Mianowicie niektórzy Niemcy objawiali chęć nawiązania stosunków i udzielania pomocy przez wyszukiwanie czy zaoferowanie pracy. Do nich należał dyrektor Biblioteki Jagiellońskiej Abb, czy też główny archiwista Generalnej Gubernii Rand. Ale to były sporadyczne wypadki.

– A czy zdarzyło się już w okresie powojennym, zwłaszcza na różnych naukowych zjazdach międzynarodowych, gdzie stykał się pan rektor z naukowcami niemieckimi, że wyrażali oni ubolewanie?

– Gros profesorów niemieckich nic o wywiezieniu nie wiedziało, i osobiście wierzę im, gdyż zagranicznej prasy nie czytali, a zagranicznych stacji radiowych również nie mogli słuchać. W każdym razie, gdy o tym wspominałem, ogromnie się dziwili. Mam wrażenie że zdziwienie to było szczere. Jeśli zaś chodzi o wyrazy ubolewania mają one charakter prywatny, nie są wystąpieniem publicznym. Zaznaczę tu że jedno z wschodnioberlińskich pism naukowych niedawno zwróciło się do mnie z prośbą o artykuł i wywiad na temat „Sonderaktion Krakau”, gdyż chcą część numeru poświęcić tej sprawie. Ponadto powołano mnie na członka zagranicznego Niemieckiej Akademii Nauk.

– Czy nazwisko Obersturmbannführera Müllera znajduje się na liście zbrodniarzy wojennych?

– Niestety nie wiemy, czy któryś z przestępców nazwiskiem Müller, umieszczony na liście zbrodniarzy, jest właśnie tym „naszym” Müllerem, ponieważ nie znamy jego imienia a nazwisko to jest bardzo rozpowszechnione w Niemczech.

– Teraz, panie rektorze, już ostatnie, ale bardzo osobiste pytanie: co w owym czasie było dla pana najbardziej wstrząsającym przeżyciem?

– Bez wahania mogę odpowiedzieć że samo aresztowanie, zarówno dla mnie jak chyba także dla większości zebranych, gdyż nikt nie wyobrażał sobie wówczas do czego może się posunąć perfidia i bestialstwo hitlerowców. Drugim takim momentem było „przywitanie” w obozie, gdyż w najbardziej pesymistycznych przypuszczeniach niie wyobrażaliśmy sobie że aż do takiego upodlenia zdolni są przedstawiciele narodu chlubiącego się swoją kulturą i cywilizacją. Wreszcie dni śmierci poszczególnych kolegów, zwłaszcza prof. Stanisława Estreichera oraz prof. Ignacego Chrzanowskiego.

Rozmowę przeprowadził
Stanisław Roskosz.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Close