MICHAŁ SOKOLNICKI

Spiski niemiecko-sowieckie

Świat zdążył się dzisiaj oswoić z podwójną miarą dyplomacji sowieckiej. Ponure groźby od lat na przemian z uśmiechami. Frazesy o pokoju i ludzkości maskujące raz po raz brutalny egoizm napastniczego imperializmu. Można bez przesady powiedzieć że już tylko epigoni polityki wielkobrytyjskiej biorą od czasu do czasu na serio słowa i gesty sypiące się z Moskwy i zapominają o odwiecznej regule stosunków między narodami, odnowionej przez bolszewizm: człowiek człowiekowi wilkiem.

Nie tak bywało w epoce leninowskiej trzydzieści lat temu. Można było czasami łudzić się że nowe koncepcje międzynarodowe tworzą się tam, gdzie panował dotychczas bezwzględny popęd „zbierania ziem” i podboju narodów. Sądzę że takie złudzenia mogły się jeszcze snuć po głowach polityków polskich, którzy w r. 1921 układali z Joffem i Haneckim traktat w Rydze.

Przeciętna opinia Polski odbudowanej uznała traktat ryski za ostateczne rozgraniczenie między sąsiednimi państwami. Porzucono ambitniejsze, ale realniejsze zamierzenia Piłsudskiego odsunięcia Rosji do jej granic etnograficznych, zorganizowania przestrzeni pośredniej, oddzielającej Polskę od Rosji. Przepołowiono Białoruś, nie idąc za sugestią delegatów sowieckich, ofiarowujących Polsce Mińsk; wyrzeczono się zapoczątkowanego w r. 1920 zbliżenia z Ukrainą. Oparto zarówno polityczną jak strategiczną granicę na linii Mołodeczno – Kleck – Łuniniec -Równe, osłaniającej moczary Pińszczyzny. Piłsudski wziął od Rosji to co niewątpliwie nie było jej własnością lub co było zbyt gruntownie przeorane pługiem wojny, aby miało dla niej jakąś istotną wartość.

W ten sposób Polska ograniczała sama siebie, stając na t. zw. gruncie realno-politycznym, pokój ryski przyjęła jako zdrowy kompromis; co więcej, miała wszelkie powody przypuszczać że ten kompromis jest podobnie pojęty przez drugą stronę. Toteż kwestia granic nie była ani razu przedmiotem nie tylko oficjalnych rozmów polsko-sowieckich, lecz nawet zakulisowych prób czy zaczepek w stosunkach z Polską.

Mimo takiego formalnego stanu rzeczy, jedno musiało zastanawiać historyka tego okresu. W rażącym przeciwieństwie do tak wstrzemięźliwej postawy dyplomacji i piśmiennictwa Z.S.R.S., politycy, pisarze i pamiętnikarze na Zachodzie traktowali uparcie granicę wytkniętą w Rydze jako prowizorium, którego Rosja na dalszy dystans nie zniesie. Wprawdzie można było upatrywać w tych wystąpieniach, szczególnie anglosaskich, zakorzeniony zwyczaj rozporządzania się sprawami cudzymi, albo tendencję załatwiania własnych interesów kosztem innych, jednakże uporczywe powtarzanie wersji o sowieckim rewizjonizmie zdradzało nieraz źródła płynące z Moskwy. Dyplomaci francuscy, w tej licznie ruchliwy Coulondre, notowali zastanawiające wypowiedzi dygnitarzy Kremla; i znów można było mniemać że na tych relacjach odbijał się tradycyjny we Francji od końca XIX w. kompleks prorosyjski, a od 1932 – wzrastająca niechęć do Polski. W każdym razie echa te i pogłoski, o ile dochodziły do wiadomości Warszawy, powinny były obudzić jej czujność.

Obecnie, od czasu do czasu, odsłania się rąbek pilnie naówczas strzeżonych tajemnic. W szczególności stosunki rosyjsko-niemieckie były zawsze miernikiem postawy obu tych państw wobec Polski. Rewelacje w tej dziedzinie pochodzą z dwóch źródeł: ze zdobycznego archiwum niemieckiego urzędu spraw zagranicznych, znajdującego się w Ameryce, i z mnożących się w ostatnich czasach, a odznaczających się obiektywizmem studiów niemieckich. Jaka szkoda iż po drugiej stronie nie można się spodziewać powtórzenia leninowskiej otwartości i że długo trzeba będzie czekać na rewelacje bezpośrednio z Kremla.

Kanclerz Stresemann (1923-1929) był politykiem stale nieprzyjaznym Polsce. W drugim okresie wojny światowej związany z główną kwaterą, niewątpliwie nie był obcy zamysłom okrojenia nowopowstającej Polski pod pretekstem sprostowań granicznych. Na swym kierowniczym urzędzie reprezentował umiarkowany rewizjonizm, t. zn. ograniczał się do rewindykacji na Wschodzie kosztem Polski: stąd udana operacja w Locarno. Mniej agresywny niż generałowie, – jak zacięty wróg Polski Seeckt, jak nie ustępujący mu w nienawiści Schleicher, – był od nich bardziej niebezpieczny, zbyt łatwo bowiem pozyskiwał dla swych manewrów słabych lub dwuznacznych polityków Zachodu; tym bardziej iż zachowywał postawę wstrzemięźliwą i ostrożną w stosunku do Sowietów. Drażliwe stanowisko ambasadora Rzeszy w Moskwie objął po układzie niemiecko-sowieckim w Rapallo w drugiej połowie 1922 hr. Brockdorff-Rantzau. Od czasu podpisania przezeń

traktatu wersalskiego żywił wrogie uczucia do zwycięskich mocarstw; toteż, nie będąc stronnikiem „orientacji wschodniej”, skłaniał się ku wygrywaniu przyjaznych zachęt dyplomacji Z.S.R.S. przeciw Zachodowi. Komisarzem do spraw zagranicznych był wówczas Cziczerin (1918-1920), jego zastępcą i pierwszym doradcą – Litwinow. Obydwaj nie odznaczali się przyjaźnią dla Polski: pierwszy z powodu swych związków rodzinnych – przez matkę urodzoną Stackelberg – i swoich tradycji wielkorosyjskich; drugi – z domu Wałach, rodem z Białegostoku, ze względu na uczucia, które dzielił z polskimi litwakami.

Przypomnieć tu wypada najważniejsze fakty. 16 kwietnia 1922 stanął w Rapallo układ między Rzeszą i Związkiem Sowieckim, którego główne znaczenie polegało na zaszachowaniu równoczesnej konferencji wielkich mocarstw w Genui. Przedtem i potem kontynuowano tajną sowiecko-niemiecką współpracą wojskową. Stresemann, obejmując ster rządów w sierpniu 1923, zachował całość tych wzajemnych związków i pozostawił odpowiadającego tej polityce Brockdorff-Rantzaua na kluczowym posterunku moskiewskim. Ale jego istotnym programem dla dalszej polityki Rzeszy było utrzymanie równowagi między Zachodem a Wschodem. Tu zachodziła różnica ze stanowiskiem dyplomacji sowieckiej: jej bowiem zadaniem było utrzymanie Rzeszy we własnej orbicie. Jak się to teraz okazuje, sposobem i przynętą miała być Polska.

Już wcześniej, przed okresem Stresemanna, podjął Cziczerin karkołomną grę by uwieść Niemcy. W początkach r. 1923, z okazji okupacji przez Francję zagłębia Ruhry, próbował podjudzić Niemcy do wystąpienia przeciw francuskiemu sojusznikowi na Wschodzie; a równocześnie usiłował wybadać co by Polska zrobiła w wypadku utworzenia niemieckiej republiki komunistycznej. Czy zadowoliłaby się zagarnięciem Prus Wschodnich? Gdy ujawniła się intencja nowego kanclerza zbliżenia do mocarstw Zachodu i zamiar wprowadzenia Rzeszy do Ligi Narodów, po stronie sowieckiej wzmógł się niepokój. Sowiety reagują wszystkimi sztukami swej dyplomacji, zachęty łączą z na pół tajonymi groźbami, nakoniec w grudniu 1924 występują z formalną propozycją traktatu o neutralności.

Należy tutaj podkreślić różnicę wstrzemięźliwej postawy Stresemanna i postawy jego rzecznika w Moskwie, a może nawet i doradców na Wilhelmstrasse. Z dwóch doniosłych rozmów Brockdorff-Rantzaua – pierwszej z grudnia 1924 z Cziczerinem, drugiej z kwietnia 1925 z Litwinowem – znana jest dotychczas w szczegółach tylko druga: lajtmotyw obu stanowiła Polska, którą należało „odeprzeć aż po jej granice etnograficzne”. Ale gdy Brockdorff-Rantzau chciał zachować dla Niemiec na wszelki wypadek pewną dowolność w interpretacji zobowiązań zbiorowego bezpieczeństwa, rozmówcy sowieccy wzięli „odparcie (Zurückdrängung)” za propozycję wspólnej akcji, za podstawę wspólnych przeciw Polsce zobowiązań.

Toteż, gdy tylko Stresemann w połowie września 1925 otrzymał zaproszenie mocarstw zachodnich do Locarna, Cziczerin pośpieszył wygrać przedwcześnie wysunięty atut przeciwpolski. 30 września, na kilka dni przed zjazdem w Locarno, po drodze na rzekomą kurację, zjawił się nieoczekiwanie w Berlinie, wytoczył przed kanclerzem Rzeszy całe zagadnienie stosunków niemiecko-rosyjskich i powołał się na Brockdorff-Rantzaua, który przecież dopiero co, zaledwie przed pół rokiem, proponował „współdziałanie przeciw Polsce”; sugestię tę Moskwa zrozumiała oczywiście jako propozycję „wspólnej akcji wojskowej celem rozbicia obecnej Polski”, inaczej mówiąc – sojuszu zaczepnego przeciw Polsce.

Dla Stresemanna, w przededniu układnych frazesów pokojowych, w jakie się miała przyoblec atmosfera Locarna, trudno było o mniej dogodne przypomnienie. Był tedy „zdumiony”, „zaskoczony”, zdawał się „dotknięty”. Kazał szukać w aktach. Stwierdzono wprawdzie że inkryminowana formuła o „odparciu” czy odepchnięciu Polski znajdowała się w instrukcjach, nie była jednak ofertą sojuszu; cała zaś wymiana zdań o Polsce, całe to „sformułowanie możliwości osiągalnych” względem Polski były inicjatywą rosyjską. Ale Cziczerin obstawał przy swojej ocenie tekstów i dodał że właśnie w myśl tych, sugerowanych przez Niemcy inicjatyw sojuszniczych, Związek Sowiecki formułował swoją propozycję „traktatu o neutralności”.

Warto podkreślić uderzające analogie tych obustronnych prób i podstępów, nawet podobieństwo użytych formuł, z tymi, do jakich wrócono ponownie z inicjatywy sowieckiej, w 15 lat później, w roku światowych rozstrzygnięć.

Pomimo manewru z ostatniej chwili, podjętego przez Cziczerina, w ciągu dwu tygodni doszło do podpisania protokółów w Locarno. Były one, jak stwierdzają do dziś zgodnie historycy, tryumfem Stresemanna: wiązały Niemcy na zachodzie, lecz pozostawiały im furtkę na wschodzie, osłabiając zaś sojusze Polski, dawały Niemcom swobodę manewru. W tej sytuacji mógł też być podpisany – w Berlinie, 26 kwietnia 1926 – „traktat neutralności”, zainicjowany przed półtora rokiem ze strony sowieckiej. Wybito mu wprawdzie najgroźniejsze kły i mogło się nawet zdawać że „wspólność losów”, zarysowana w Rapallo, została nadłamana, że co najwyżej przetrwała jako ograniczona do „wspólnoty interesów”, przede wszystkim gospodarczych. Jednakowoż do dziś dnia pozostaje niewyjaśnione czy równocześnie z układem berlińskim nie podpisano zażądanego pierwotnie przez Sowiety protokółu tajnego, gwarantującego bezwarunkową neutralność niemiecką, nawet na wypadek uchwał czy sankcji Ligowych. W każdym razie drut między Berlinem a Moskwą, po którym mogły iść sygnały, został utrzymany – i utrzymana również, przynajmniej do r. 1934 podziemna współpraca wojskowa. Na tej drodze mogli Niemcy od czasu do czasu być upewniani przez Kreml iż „wojna Rosji z Polską i Rumunią znajduje się zawsze w zakresie możliwości”.

To poparcie, a nawet zachęcanie i ubezpieczanie rewizjonizmu niemieckiego zwróconego przeciw Polsce odbywało się jakby w sztucznej ciemni, poza fasadą normalnych i poprawnych stosunków dyplomatycznych. Odbywało się w chwili gdy istniały między Polską a Rosją sowiecką dobrowolnie zawarte traktaty i zgodnie, dwustronnie lub zbiorowo prowadzone układy. Postawa obrana przez Sowiety świadczy raz jeszcze o wadze jaką przywiązują one do zaciągniętych przez siebie zobowiązań. Wzorem Hitlera wypełniają jedynie te, które w danej chwili są im dogodne. Dyplomację ich można porównać do gada czychającego na sposobną chwilę by sięgnąć do gardła.

Michał Sokolnicki

——
*) Materiał do powyższego szkicu zawiera praca Gustava Hilgera „Wir und der Kreml. Deutsch-sovietische Beziehungen 1918-1941″ (Frankfurt 1955), przede wszystkim zaś artykuł Hansa Gatzke „Von Rapallo nach Stresemann und die deutsche Russlandspolitik” w „Vierteljahrschrifte für Zeitgeschichte”, t. I z r. 1956.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close