Spotkania z komunistami

Wspomnienie gen. Mariana Kukiela o Radku z okresu wczesnej młodości w liście do „Wiadomości” (nr 665) odświeżyło w mojej pamięci kilka moich własnych zetknięć się z komunistami, w różnych czasach. Te zetknięcia nie były dramatyczne. Nigdy nie byłem w Rosji i nigdy nie miałem do czynienia z komunistami jako władzą. Może to jednak właśnie sprawiło że z przygodnych spotkań z komunistami zachowałem wspomnienia oświetlające nie tyle mój do nich owoczesny stosunek – niechęć, gniew, obawę – ile raczej ich własną postawę.

PIERWSZE ZETKNIĘCIE

Moje pierwsze spotkanie z komunistami jest dlatego osobliwe, że oni sami byli świeżo dopiero utwierdzeni w wierze i nie całkiem wolni od nalotów przeszłości. Bo byli to dawni moi przyjaciele z P.P.S.-lewicy, którzy pod koniec pierwszej wojny światowej, po zjeździe zjednoczeniowym tej partii i Socjal-Demokracji Królestwa Polskiego i Litwy, utworzyli Komunistyczną Partię Polski. Nie było wśród nich podówczas ani jednego sowieckiego „aparatczika”. Oni sami nie przeszli przeszkolenia sowieckiego. Więc byli komunistami raczej „in statu nascendi”.

P.P.S.-lewica, do której przed wojną po rozłamie r. 1908 należałem, już nie istniała. Tworzyła się P.P.S. ogólnopolska, przez połączenie organizacji przedwojennych z trzech zaborów. Wiadomości, które dochodziły o tym co się dzieje w Sowietach, były potworne. Nie tylko wiadomości. Przybywało mnóstwo ludzi ze Wschodu w stanie jak najbardziej opłakanym, i już z ich wyglądu można było wnosić co musieli przeżyć. A z drugiej strony, wiedziałem że moi dawni przyjaciele z P.P.S. są teraz komunistami. Jak to ze sobą pogodzić? Praca konspiracyjna w zaborze rosyjskim zbliżała ludzi do siebie w stopniu o wiele większym niż to bywa w jawnym życiu publicznym. Myślę że także w stopniu większym niż to być mogło w konspiracji w czasie ostatniej wojny; dlatego po prostu że wtedy liczba osób w ruchu konspiracyjnym była mała, gdy wojenne podziemie polskie w Kraju było masowe. Do przyjaciół z P.P.S.-lewicy miałem zaufanie i uważałem ich (i teraz uważam) za ludzi szlachetnych, ofiarnych i dobrych Polaków. Więc zrobiłem co uważałem za najprostsze. Spróbowałem dowiedzieć się od nich samych, czy to prawda co się mówi i pisze o Sowietach, a jeżeli tak, to dlaczego mimo to są komunistami. Moje wiadomości, gdy powróciłem do Warszawy z początkiem stycznia 1916, były tak skąpe (wojna odcięła mnie od polityki) że nie byłem nawet pewny czy „bolszewizm” a „komunizm” to jest to samo.

Komunizm w r. 1919 był w Polsce jako tako legalny. Odszukałem więc lokal partyjny i zaszedłem któregoś dnia wieczorem, licząc że musi tam być o tej porze zabranie. Lokal był na Elektoralnej. Schody były nie oświetlone, jak wszystkie niemal wtedy w Warszawie. Na głośne pukanie z początku nikt nie odpowiadał, mimo że słychać było wiele głosów za drzwiami. Wreszcie drzwi uchylono, i nagle zostałem oślepiony światłem latarki. Po chwili drzwi zatrzasnęły się. Stałem niezdecydowany. Usłyszałem ściszony głos:

– Jakiś żandarm przyszedł (byłem w mundurze).

Drzwi otworzyły się ponownie, i znów w świetle elektrycznej latarki, zobaczyłem znaną mi od wielu lat Sławę Grosserową z P.P.S.-lewicy. Poznała mnie zaraz. Uspokoiła zebranych zmieszanych widokiem „żandarma” i wprowadziła mnie do pokoju. Była bardzo zdziwiona że w mundurze zdecydowałem się przyjść do ich lokalu. Ja z mojej strony nie rozumiałem na co ta konspiracja, skoro partia jest legalna. Byłem najoczywiściej jak człowiek z księżyca. Ponieważ było dużo ludzi i trudno było rozmawiać, powiedziałem jej że przyszedłem po to żeby odszukać kogoś z dawnych przyjaciół i dowiedzieć się, jak to jest naprawdę z tym komunizmem.

„GRZECH” I LUCYNKA

Niebawem zjawił się właśnie taki dawny przyjaciel, jeden z najbliższych. Byłem z nim razem w komitecie warszawskim przed wojną i siedziałem z nim później przez kilka miesięcy w jednej celi. Nie od razu go poznałem. Władysław Kowalski („Grzech”), wychowanek Sorbony, był przed wojną, nie tylko dla konspiracji ale i z nawyku, zawsze dobrze ubrany i starannie ogolony. Teraz stał przede mną w kurtce zapiętej pod szyję, bez kołnierza i z trzydniowym zarostem. Później widziało się na fotografiach w takim stroju Stalina, Trockiego, Dzierżyńskiego, ale nie Lenina. Umówiłem się z nim na dzień następny. Spotkaliśmy się w tej samej cukierni Starorypińskiego, co kiedyś. Przyszedł w swoim kostiumie rewolucyjnym i od razu go zapytałem:

– Jeżeli partia choćby częściowo konspiruje się, to dlaczego przybieracie taki osobliwy strój?

Odpowiedział:

– Pełno ludzi chodzi teraz w takich kurtkach, popatrzcie na repatriantów z Rosji. Mogę uchodzić za jednego z nich.

Pewny był że rewolucja komunistyczna w najbliższych miesiącach obejmie Europę, z wyjątkiem może Skandynawii. W Polsce jest to sprawa kilku tygodni. Piłsudski chce ją sparaliżować przez wybory do sejmu. Partia oczywiście nie popełni tego głupstwa, żeby w wyborach brać udział, a potem musieć rozpędzać konstytuantę, tak jak to wypadło zrobić w Petersburgu. Do wyborów partia po prostu nie dopuści przez strajk powszechny, który przeobrazi się w rewolucję społeczną i zakończy zbudowaniem ustroju opartego na radach delegatów robotniczych. Pytałem go, czy to prawda, co mówią i piszą o terrorze w Sowietach. Zbył mnie krótko:

– Gdzie drwa rąbią tam wióry lecą.

W Sowietach widział wzór dla przyszłych państw komunistycznych; nie było w nim śladu obawy że Rosja może chcieć poddać te państwa swojemu kierownictwu. Po prostu „braterstwo krajów komunistycznych”, między którymi nie ma i wcale nie może być żadnych przeciwieństw, czy różnicy interesów.

Więcej dowiedziałem się o komunizmie nie od „Grzecha”, który był głową polityczną, ale od miłej przyjaciółki Lucyny Baranowskiej. Lucynka była śliczną dziewczyną z wiejskiego dworku, przesadzoną żywcem na czwarte podwórze wielkiego domu na Pradze, gdzie ubogo żyła jako nauczycielka. W pokoiku jej odbywały się nieraz przed wojną bardziej poufne narady członków komitetu warszawskiego, przesłonięte formą niedzielnej herbatki. Odnalazłem Lucynkę w tym samym pokoiku i zapytałem:

– Czy to prawda, co świeżo czytałem, że chłopi na Ukrainie zakopują ludzi żywcem aż po głowę i potem do tych głów strzelają?

– A skądżeż ja o tym mogę wiedzieć? – zdziwiła się.

– No dobrze, – mówię, – jest tysiące wiadomości od naocznych świadków o różnych okropnościach, a nie ma żadnej wiadomości o tym, by partia w Rosji chciała je ukrócić; jak to jest naprawdę?

Na to Lucynka:

– W Rosji jest rewolucja. Rewolucja prawdziwa jest tylko wtedy, gdy ją robi nie partia, ale sam lud, a partia nim tylko kieruje. A lud robi rewolucję zawsze okrutnie. Tak było także w rewolucji francuskiej. Gdyby było inaczej, znaczyłoby to, że rewolucji w ogóle nie ma.

Chciałem dotrzeć do samego dna i spytałem:

– Ale powiedzcie mi, Lucynko, czy byście sami te okrucieństwa także robili? Czy pozostawilibyście to innym, żeby was wyręczyli?

Obraziła się:

– Każdy powinien sam wszystko robić.

– Ale wczoraj czytałem że chłopi napadli na jakiś dwór i zanim pozabijali mieszkańców, powyjmowali im łyżką oczy. Powiedzcie mi, czy wy na przykład wyjelibyście mi łyżką oczy?

Zamyśliła się i po chwili powiada:

– Mój Boże, jakby trzeba było…

Tak skończyła się rozmowa ze śliczną Lucynką.

Spotkałem się jeszcze z kilkoma czołowymi komunistami spośród dawnych ludzi P.P.S.-lewicy: z Werą (Kostrzewą) Ciszewską, Wacławem Wróblewskim, Jerzym Heryngiem i innymi. Wrażenie ogólne tych rozmów było takie że pod naciskiem zdarzeń w Sowietach nie tylko doznali olśnienia wizją rewolucji w całej Europie w bardzo bliskiej przyszłości, ale pozbyli się całego dorobku kultury i pojęć demokracji, którymi żył przedwojenny socjalizm. Przeobrażenie ich, jak późniejsza przyszłość wykazała, nie było jednak zupełne. W zetknięciu z „bratnią partią proletariatu rosyjskiego” wyszła na jaw ich odrębność i niemożność całkowitego wyzbycia się samych siebie. W ostatecznym wyniku, wszyscy bez wyjątku zginęli w więzieniach sowieckich. Znaleźli się w Rosji gdy załamał się ich sen o rewolucji światowej.

W „POLPREDSTWIE”

Następne moje spotkanie z komunistami miało inny charakter. Nie byli to już socjaliści przetwarzający się w jakobinów rewolucji polskiej, która ma jutro wybuchnąć, a pojutrze zwyciężyć, ale prawdziwi „ludzie sowieccy”. Rzecz działa się w „polpredstwie” czyli w ambasadzie sowieckiej przy ul. Poznańskiej. Na ogół bywali w tej ambasadzie tylko ci, którym nakazywał to obowiązek, więc osoby urzędowe i „przedstawiciele społeczeństwa”, przy poufnej aprobacie M.S.Z. Ale w okresie tryumfów Litwinowa w Lidze Narodów, odprężenie sięgnęło dalej, i ambasada poczęła szukać i znajdowała kontakty towarzyskie w różnych sferach, całkiem swobodnie. Ambasadorem był wtedy Antonow-Owsjejenko, bolszewik starej daty, dawny oficer carski; w czasie wojny domowej wsławił się jako zdobywca Ukrainy.

Antonow-Owsjejenko nie wyglądał ani na bolszewika, ani na oficera, lecz raczej na uczonego. Miał dobre formy i łatwość w stosunkach, więc udało mu się zyskać coś w rodzaju osobistej popularności. Byłem trochę zdziwiony zaproszeniem do ambasady, gdzie nigdy przedtem nie byłem, ale nie widziałem powodu by z niego nie skorzystać.

Na samym wstępie spotkała mnie niespodziana przygoda. Zadzwoniłem widać do niewłaściwych drzwi. Wpuszczono mnie i znalazłem się w wąskim pokoju bez okien, gdzie mnie od razu obskoczyło z dziesięciu drabów, łagodnie zresztą usposobionych, którzy nie wiedzieli co ze sobą – i ze mną – począć. Wyjaśniłem im że jestem zaproszony przez ambasadora na kolację. Nie wiem dlaczego nie chcieli w to uwierzyć, bo dużo trudu kosztowało mnie przekonanie ich że powinni kogoś posłać do ambasady i rzecz wyjaśnić. Gdy wreszcie to zrobili rozmawialiśmy całkiem życzliwie. Okazało się że siedzą tak cały dzień na dwóch długich ławach pod ścianami i pilnują ambasady. Na miasto wcale nie wychodzą i Warszawy nie widzieli. Zmieniają się co kilka tygodni.

Wreszcie wyprowadzono mnie z tej tajnej wartowni i znalazłem się na pierwszym piętrze, w salonie. Nie miał to być wielki obiad, ale raczej prywatna kolacja na kilka osób. Prócz mnie była tam Zofia Nałkowska i Stefania Sempołowska. Urządzenie salonu i jadalni, pomyślane jako „reprezentacyjne” było utrzymane całkiem w stylu zamożnego warszawskiego mieszkania mieszczańskiego sprzed pół wieku. Nie brakło nawet pluszowych portier z frendzlami i czarnych „mebelków” wykładanych masą perłową. Element sowiecki reprezentowały tylko portrety Lenina i Stalina i kilka pięknych okazów leningradzkiej manufaktury porcelany, którą podówczas bardzo się za granicą popisywano. Miał to być dalszy ciąg dawnej manufaktury dworskiej z czasów Katarzyny II. Rozmowy toczyły się całkiem swobodnie, Antonow-Owsjejenko mówił że uważa się potrosze za warszawiaka, bo tutaj ukończył szkołę kadetów. Rzuciłem:

– Tam jest teraz Generalny Inspektorat Sił Zbrojnych.

– Tam jest teraz Piłsudski – podjął Owsjejenko.

Mówił o Piłsudskim z najwyższym uznaniem. Mówił z pewnością szczerze. Rozmowa toczyła się we dwójkę i musiał wiedzieć że nie jestem piłsudczykiem. Widać było że Piłsudski prawdziwie mu imponował. Nie było w tym czasie żadnego wydarzenia w polityce międzynarodowej które by się nadawało do snucia uwag ogólnych, ale było sporo napięć w naszej polityce wewnętrznej. O tym oczywiście nie mówiłem, a Owsjejenko tematu tego nie próbował podnosić.

Propagandowo zarysował się za to radca ambasady Podlewskij. Opowiadał o teatrze rosyjskim, najlepszym na świecie, o balecie, także najlepszym, o rozmachu myśli filozoficznej, któremu żaden kraj nie dorównywa.

– Niedawno wydano w Rosji dzieła Hegla w 40.000 egzemplarzy. Rozkupiono je natychmiast. Niech mi pan pokaże drugi taki kraj!

Spytałem go:

– Ile jest w Rosji bibliotek?

Powiedział:

– Także więcej, niż w jakimkolwiek innym kraju. Około 100.000.

– A czy te biblioteki otrzymują nowo wychodzące książki?

Odpowiedź:

– Natychmiast po ich wyjściu.

– Więc dlaczego nie zaopatrzono 60.000 bibliotek w dzieła Hegla? – zapytałem.

To pytanie zawisło w powietrzu. Ale teraz ja zacząłem:

– Piszą że z Instytutu Marxa-Lenina w Moskwie usunięto jego dyrektora Riazanowa i że znikł. Dlaczego go usunięto i co się z nim stało?

Tu trzeba przypomnieć że Riazanow był badaczem marxizmu z prawdziwego zdarzenia, z czasów przedwojennych, autentycznym uczonym i twórcą Instytutu Marxa. Zrazu Instytut był pomyślany jako pracownia czysto naukowa, miał wielką bibliotekę i archiwum pełne dokumentów skupowanych z całego świata, wydał w oryginale niemieckim część korespondencji klasyków socjalizmu i przygotował inne wydawnictwa. Potem to się zmieniło. Instytut przybrał nazwę Marxa-Lenina, wreszcie Riazanow znikł.

Podlewskij poczerwieniał:

– Riazanow okazał się szkodnikiem… Nu i dali jemu piercu! Wsjem drugim budiet toże samoje!

Nie wyjaśnił na czym polegało szkodnictwo Riazanowa. Nie chciał o nim mówić.

Jako epilog tej wizyty w ambasadzie, wspomnę że „piercu” dali z kolei wszystkim członkom ambasady, z którymi się wtedy zetknąłem: zginął Antonow-Owsjejenko, zginął Podlewskij, zginęli także sekretarz ambasady Aleksandrow i korespondent Taas’a Kowalskij. Może przeżył ktoś z załogi tajnej wartowni.

RADEK W WARSZAWIE

Jednym z objawów odprężenia w stosunkach polsko-sowieckich była podróż Karola Radka do Polski w r. 1932. Radek bawił w Polsce kilka tygodni i chciał się zetknąć z ludźmi wszelakiego autoramentu politycznego, a także z dziennikarzami, pisarzami i in. Chciał także zobaczyć socjalistów. Ambasada urządzała dla niego różnorakie przyjęcia, ale zdecydowaliśmy wybrać luźniejszą formę spotkania, w prywatnym mieszkaniu korespondenta Tassa’a, Kowalskiego. Radka znałem niewiele, ale od dawna. Spotykałem go jeszcze w czasach uniwersyteckich w Krakowie gdzie widzieć go można było zawsze w towarzystwie Stefana Jaracza, a póżniej w Zürichu, gdzie ponoć miał studiować. W rzeczywistości nigdy nie studiował, lecz mnóstwo czytał na własną rękę i pracował we właściwy sobie sposób, niesystematycznie, z pasją i niechlujnie. Był cały niechlujny. Należał do typu ludzi, którzy mogą wyjść prosto z kąpieli, ubrać się w nowe szaty od stóp do głów, a wyglądają jak gdyby spędzili noc w stogu siana, w deszczu. Był mały, krępy, z dużą głową, z rozwichrzoną czupryną, z zabawnie wystającymi przednimi zębami i z niesłychanie ruchliwymi oczami. Mówił głosem ostrym, trochę bezładnie. Jego niespodziane skojarzenia słów i celny dowcip czyniły go niezmiernie interesującym. Kto wie czy ta otoczka cyganerii, którą sobie zrobił, nie służyła mu za ochronę w otoczeniu w jakim żył. Na spotkanie przybyliśmy we trzech: Zygmunt Żuławski, Mieczysław Niedziałkowski i ja. Żuławski znał dobrze Radka z dawnych czasów, gdy w Krakowie, jako jeden z bardzo niewielu ówczesnych socjalistów, przyjaźnił się z ludźmi Socjal-Demokracji Królestwa Polskiego i Litwy, w której Radek odbywał swój polityczny nowicjat. Rzucili się sobie w objęcia, Żuławski wołał:

– Jak się masz stary łotrze!

Radek na to:

– Jak się masz zdrajco proletariatu!

Przywitania ze mną i z Niedziałkowskim były bardziej oficjalne. Radek pykał fajkę Dunhilla. Powiedział że przywiózł mu ją Krasin z Londynu. Czternasta fajka do „Trzynastu fajek” Erenburga… Opowiadał o swoich czasach niemieckich i o tym że Niemcy nie zrobią rewolucji, bo są zbyt przywiązani do „Ordnung”. Gdy w czasie rewolty Spartacusa, zamknięci na zamku berlińskim żołnierze i marynarze ostrzeliwali się gęsto z karabinów maszynowych z białymi wojskami, obie strony od czasu do czasu przerywały ogień i uważnie zmiatały z podwórza i z bruku ulicznego szczątki rozbitych szyb. Wspomniał także że gdy był w Szwajcarii, otrzymywał od tajnej organizacji komunistycznej w Niemczech listy na poste restante pod przybranym nazwiskiem, do którego nadawcy skrzętnie dopisywali słowa: „Deckadresse der Komunistischen Partei Deutschland (Tajny adres Komunistycznej Partii Niemiec)”.

Spytałem go co myśli o Stalinie i Trockim i którego z nich, całkiem niezależnie od ich obecnej sytuacji, uważa za większego człowieka. Odpowiedział bez namysłu:

– Oczywiście większym człowiekiem jest Stalin. A dowód na to jest taki, że Stalin wypędził Trockiego, a nie Trockij Stalina; gdyby Trockij był większy, byłoby odwrotnie.

Odpowiedziałem:

– Stalin umie utrzymać się przy władzy, ale jak się wyraża jego wielkość w sprawowaniu tej władzy?

Na to Radek:

– Wierzcie mi że Stalin jest genialny. On jeden wie naprawdę, co w każdej sytuacji trzeba zrobić, i umie to zrobić w sposób najprostszy. Ludzie mają nieraz wątpliwości i boją się że pobłądzą, a w Sowietach za to się odpowiada. Więc radzą się Stalina. On namyśli się przez chwilę i zawsze znajdzie taki sposób wyjścia że już żadnej wątpliwości nie ma.

Radek jak gdyby nie wiedział że takie „radzenie się” Stalina skupiało w rzeczywistości całą władzę w jego ręku i wątpliwości ustawały gdy Stalin rozstrzygał je swoim orzeczeniem. Nie przeszkadzało to wcale temu, że wykonawcy rozkazów Stalina ginęli gdy skutki tych rozkazów przestały się Stalinowi podobać. Radek mówił dalej: – Ot, na przykład w moim przypadku: mam jechać do Polski; myślę sobie: czy mam pojechać do Gdyni, czy nie? Przecież polskie Pomorze jest kwestionowane przez Niemcy, a Sowiety zwalczają traktat wersalski, na którego podstawie obszar ten przypadł Polsce. Ale znowu gdybym nie pojechał do Gdyni, mógłbym się narazić Polakom, moja wizyta minęłaby się z celem; więc pytam Stalina co robić. A on na to: „Nic sam nie rób. Jeżeli cię Polacy zaproszą do Gdyni, to pojedziesz. A jeśli cię nie zaproszą, to nie pojedziesz”. Widzicie, w tym jest cały Stalin. Wyjście najprostsze i bezbłędne. Nigdy by mi to samemu do głowy nie przyszło!

– Tak, – powiedziałem, – prawdziwe jajko Kolumba.

– Nie, – rzekł Radek poważnie, – dwa jajka Stalina.

– No, powiedzmy jajecznica Stalina – zakończyłem kompromisowo.

I to wspomnienie zaopatrzyć trzeba uwagą że Radek zginął nieznaną śmiercią, z pewnością nie z inicjatywy prywatnej.

ŚNIADANIE W LONDYNIE

W r. 1942 rysowały się już wyraźnie chmury nad zawartym w poprzednim roku układzie polsko-sowieckim. Polskie delegacje opiekuńcze rozsiane po Rosji w celu odszukiwania wywiezionych Polaków natrafiały na wciąż rosnące szykany. T.zw. „amnestię” w stosunku do Polaków władze sowieckie stosowały z coraz większymi ograniczeniami; także rekrutację do wojska polskiego na obszarze Rosji raz po raz przerywano aż wreszcie całkiem ustała. Jeszcze gorzej było z zaopatrzeniem wojska w sprzęt, a nawet w żywność. Jednocześnie zjawiały się wyraźne oznaki że Sowiety tworzą z góry warunki niemożliwe dla powstania niepodległego państwa polskiego, takie na przykład, jak roszczenia do zajęcia państw bałtyckich, Prus Wschodnich oraz Besarabii i Bukowiny, co od razu ujęłoby Polskę w obcęgi moskiewskie. To wszystko sprawiało oczywiście wiele trudności i kłopotów rządowi polskiemu w Londynie, który wysilał się jak mógł, żeby niemiłą prawdę ukrywać jak najszczelniej przed opinią publiczną w Kraju i za granicą. Gdyby wyszła na jaw zbyt jaskrawie, podałaby w wątpliwość sam sens zawartego przed rokiem układu i wywołałaby niejedną trudność z sojusznikami anglosaskimi. Ale prawda i tak wychodziła na wierzch, przez umyślne niedyskrecje pewnych czynników polskich, m.in. także w Radzie Narodowej. Stronnictwa polityczne biorące udział w rządzie były oczywiście skrępowane i dbały o to żeby w swoim łonie zachowywać w tym względzie dyscyplinę. Ale zdarzali się krnąbrni, którzy uważali że właśnie pro publico bono trzeba się z niej wyłamywać. Tylko Adam Ciołkosz i ja należeliśmy do nich we frakcji P.P.S. w Radzie Narodowej. Tadeusz Tomaszewski w obrębie partii podówczas z nami współdziałał, ale jako prezes Najwyższej Izby Kontroli nie miał sposobności do wystąpień publicznych. Co do mnie, przechowuję jako miłą pamiątkę z tych czasów, karcące listy prezydium komitetu P.P.S. za „nieprzestrzeganie uchwał partii”.

Na takim to tle wypadło mi zetknąć się z przedstawicielami ambasady sowieckiej w Londynie, w czerwcu 1942. Zaproszenie na śniadanie przyszło od Stefana Litauera, ówczesnego dyrektora P.A.T.a, ale inicjatywa wyszła od czynników sowieckich. Przedstawiciel Tass’a Kaminskij prosił Litauera o zetknięcie go z polskimi socjalistami. Litauer zaproponował mu spotkanie z Janem Stańczykiem i z Janem Szczyrkiem, lecz oni chcieli poznać Adama Ciołkosza i mnie. Rozumiem że szło im o przyjrzenie się z bliska tym właśnie z nas, których wystąpienia sprawiały im kłopot. Na śniadaniu był ów Kaminskij i radca ambasady Cziczajew. Kaminskij był mały i chuderlawy, wyglądał na „zegarmistrza z Białegostoku”. Uchodził za przedstawiciela Tassa, ale był w istocie przysłany z Moskwy jako znawca spraw Europy środkowej. Cziczajew był dyplomatą sowieckim nowego chowu, wielki blondas o ciężkich ruchach i chłopskim sprycie. Rozmowy toczyły się, jak zazwyczaj w takich wypadkach, o sprawach najogólniejszych, o piękności języka rosyjskiego, o Szaliapinie, o demokracji burżuazyjnej, o nowej literaturze rosyjskiej i t.d. Cziczajew rozpytywał bardziej konkretnie np. o Stanisława Mackiewicza (który wydawał wówczas swoje broszury, odsłaniające złe następstwa układu), o Tadeusza Bieleckiego (który był w opozycji do rządu), a nawet o gen. Józefa Hallera, który wówczas niewiele się odzywał. Odpowiedzi dawaliśmy wymijające. Widać było że całe spotkanie współbiesiadnicy sowieccy traktują jako powierzchowny wywiad, aby poznać charakter osób, o które im chodzi.

W pewnej chwili Cziczajew zapytał mnie które z mocarstw będzie po wojnie pierwsze na świecie. Odpowiedziałem że najpewniej będzie nim Ameryka. Spośród dwóch innych Rosja ma szanse wysunąć się przed Wielką Brytanię, ale tylko wtedy jeżeli do tego dopuści Ameryka, co niestety uważam za możliwe. Cziczajew roześmiał się i powiedział że już dziś Sowiety są pierwsze i będą pierwsze także później, Ameryka będzie druga, ale daleko w tyle za Rosją, a Anglia – machnął ręką i skrzywił się. Niestety, omylił się niewiele. Miał w ogóle minę bardzo gęstą.

Spytał mnie czy on jest pierwszym komunistą, którego poznałem, czy też stykałem się już kiedyś z innymi. Odpowiedziałem mu że widywałem kilkakrotnie w Szwajcarii Lenina i Kamieniewa, ale Kamieniew okazał się zdrajcą i został zabity. Moi dawni przyjaciele z P.P.S.-lewicy, którzy stall się komunistami, także później, bez wyjątku, okazali się zdrajcami i zginęli. Byłem wreszcie w Warszawie kilka razy w ambasadzie sowieckiej, ale zarówno ambasador Antonow-Owsjejenko jak jego zastępea Podlewskij, pierwszy sekretarz Aleksandrow i korespondent Tassa Kowalskij także okazali się zdrajcami i także zginęli. Zdrajcą okazał się również Radek. On, Cziczajew, jest zatem pierwszym znanym mi osobiście bolszewikiem, który na razie nie okazał się zdrajcą i pozostaje przy życiu. Wygląda na to, że moje spotkania z komunistami to dla nich jak gdyby zły omen. Wszyscy kiedyś potem giną. Po chwili zapytałem:

– Bardzo bym pragnął zobaczyć kiedyś generalissimusa Stalina, czy byłoby to możliwe?

Cziczajew był tak przerażony, że nic nie powiedział.

Litauer uznał snać że to zapytanie w takim kontekście jest nietaktem wobec gości sowieckich, zaczął się bardzo śpieszyć i powiedział że musi już wrócić do biura. Tak skończyło się śniadanie z bolszewikami w Londynie.

Adam Pragier.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close