Puszka

Stachanowiec na wygnaniu

„Wielka Pokusa czyli dramat intelektualistów w demokracjach ludowych” – pod takim tytułem Czesław Miłosz ogłosił imaginacyjny wizerunek duchowego rozwoju intelektualisty w dzisiejszej Polsce. Ma to być obraz obiektywny, sama prawda. Miłosz nie wypowiada jakoby swojego sądu o sprawach, o których pisze. Z doboru faktów i przemilczeń, z tonu i słów wyłania się wszakże jego własna postawa, a może zamierzenie.

Pisarze, artyści, uczeni, – pisze Miłosz, – są w demokracjach ludowych nową arystokracją. Otacza się ich wszechstronną opieką, mają szeroki posłuch. Jeden tylko stawia im się warunek: mają służyć komunizmowi. Warunek ten spełniają, gdyż służąc swojej władzy, czują po raz pierwszy w życiu, że są światu na coś potrzebni. W ustroju kapitalistycznym czuli się zbędni. Olbrzymia ich większość od dawna darzyła sympatiami rewolucję, nie odmówiła przeto współpracy w dziele przebudowy, jaka dokonywa się w demokracjach ludowych, mimo że jej inicjatywa wyszła nie od ludności miejscowej, lecz od czerwonej armii, która przyniosła tym krajom wyzwolenie. Jedynymi wątpliwymi punktami w tej współpracy są sprawy niepodległości narodowej i doktryny stalinowskiej. Tutaj też objawia się cichy opór, podtrzymywany przez nastrój społeczeństwa. Miłosz stwierdza: „Opanowanie intelektualistów daje klucz do rządzenia krajem”. Twórcy stają się narzędziem wykonawczym. Poprzez intelekt kształtuje się umysłowość dziecka, czytelnika prasy i książek, widza w teatrze. Stalinizm urzeczywistnia się poprzez intelektualistów. Jest bowiem „dyktaturą filozoficzną”.

Pozyskiwanie intelektualistów przez dyktaturę sowiecką obywa się bez przymusu. „Nie trzeba sobie wyobrażać – wyjaśnia Miłosz – że w demokracjach ludowych ktokolwiek nakazuje intelektualistom w sposób konkretny by pisali, malowali, czy prowadzili badania w jakimś określonym kierunku”. Na odwrót, sami intelektualiści dojrzewają do poglądu, że powinni czynić właśnie to czego władza od nich oczekuje. Istnieją na to różne sposoby. Na początku dawano wiele pieniędzy, nic w zamian nie żądając. Dalsze stadium polega na dyskretnie objawionym życzeniu, by taki intelektualista, suto alimentowany, zechciał napisać jakiś potrzebny artykuł. Pisarz powiada sobie, że za tę cenę będzie mógł dalej spokojnie tworzyć swoją wiekopomną powieść czy zgoła niebosiężny epos. A później rzecz posuwa się już automatycznie naprzód: po pierwszym artykule następuje drugi, trzeci i dziesiąty, aż wreszcie dopełnia się formuła Marxa: „byt określa świadomość”, w wersji Lenina. Intelektualista poczyna rozumieć ważność swojego nowego pola pracy i dojrzewa do świadomego przyjęcia Nowej Wiary. Przeobrażenie to, będące owocem mądrej i życzliwej polityki wychowawczej, jest dogłębne. Pisarz tylko wtedy może „nadążyć” za rytmem życia, gdy umie odgadywać natężenie i kierunek „zapotrzebowania społecznego”. W Europie środkowej i wschodniej wojnę rozumie się jako walkę komunizmu z faszyzmem, w której faszyzm został pobity. Pozostaje więc komunizm. W powstaniu warszawskim Polacy próbowali wystąpienia samoistnego. Olbrzym rosyjski poczekał cierpliwie aż polską muchę zgniecie olbrzym niemiecki, po czym położył na tym miejscu łapę. Intelektualiści wywnioskowali stąd -powiada Miłosz – że „armia czerwona działała jako narzędzie historii, jako potęga bezosobowa”, że powstaje „nowy świat ze stolicą w Moskwie”. W tym świecie „nie ma miejsca dla żadnej trzeciej siły”. Wszystkie małe państwa w Europie zachodniej będą pochłonięte, pozostanie Ameryka, jak samotna skała pośród potopu. Konieczność historyczna, w takiej właśnie postaci widziana, jest argumentem o sile nieodpartej. Nie wszyscy się z tego cieszą, ale nikt nie wierzy by mogło być inaczej.

Doktryna sowiecka nie jest wcale tak wąska, jak się sądzi na Zachodzie. Jest uniwersalna, więc stosuje się zarówno do teraźniejszości jak do przeszłości. Można, w oparciu na tej doktrynie, rozważać jednakowo dobrze historię reformacji jak pisma poetów XIX w. „Nigdy dotąd – pisze Miłosz – nie drukowano klasyków w tak wielkich nakładach, jak w demokracjach ludowych, w zgodzie z założeniem że „proletariat jest dziedzicem ludzkości”. Stwarza to olbrzymie możliwości dla pisarzy współczesnych i otwiera drogę do mas, o której przedtym próżno było marzyć.

„Okoliczność, że klasycy zostali udostępnieni masom i wywołanie w masach rzeczywistego zainteresowania zagadnieniami historycznymi i literackimi, jest poważnym argumentem na rzecz nowej religii świeckiej”. Co prawda pisarze ponoszą w zamian za te zdobycze ofiarę ze swojej swobody, ale godzą się na nią chętnie, pamiętając jak bardzo byli przedtem osamotnieni. Nie znoszą oni poczucia jałowości własnych poczynań, wciągnięcie w rytm życia społeczności poczytują sobie przeto za szczęście. Twórczość ich, ożywiona bliskim związkiem z rzeczywistością, doskonali się, nabiera skrzydeł. Upojeni pierwszymi oznakami euforii, towarzyszącej powrotowi do zdrowia, nie umieją już żyć bez doktryny, roztapiającej człowieka w społeczności. Po jakimś czasie pisarz „nie umie juz mówić i myśleć inaczej niż jego otoczenie”, zaczyna wierzyć, że „niemożliwe jest istnienie innego społeczeństwa niż tylko to, które stworzył stalinizm”, że „konieczność historyczna jest czymś o wiele głębszym aniżeli sama przewaga szans zwycięstwa Rosji”. W szczególności młodzi dochodzą do przekonania że istnieje jeden tylko możliwy system myślenia i że Zachód jest na dalekich peryferiach rzeczywistości, gdzie nie dzieje się nic godnego uwagi.

Nic dziwnego że w takich warunkach nikomu nie przychodzi do głowy uciekać na Zachód. Wielu wyjeżdżało nieraz do różnych obcych krajów, bądź w „misjach kulturalnych”, bądź na placówki dyplomatyczne, i tylko bardzo rzadko się zdarzało że ktoś nie powrócił. Ucieczka za granicę „w opinii intelektualistów w demokracjach ludowych jest równoznaczna z wyrzeczeniem się swojej funkcji społecznej”. Działa tu więc, jako hamulec, „poczucie obowiązku wobec narodu i wstyd wyzyskiwania uprzywilejowanej sytuacji, sprzyjającej ucieczce”. „Na Wschodzie – pisze Miłosz, zaliczając także i Polskę do tego Wschodu – motyw lojalności szczególnie mocno działa wśród pracowników kultury”.

Narzuca się pytanie, skądże w takim razie bierze się ów Miłosz „na Zachodzie”. Czyżby lekce sobie ważył swój „obowiązek wobec narodu” albo zgoła „lojalność pracownika kultury”? Miłosz nie znajduje na to żadnego wytłumaczenia. Pisze, że on i jego przyjaciele niejednokrotnie przekonywali się wzajemnie że „lepiej jest nie zrywać więzów ze swoim narodem”, gdyż „nie jest to uczciwe wyjście”. Wyznaje więc bezradnie: „Moja ucieczka była aktem indywidualnego szaleństwa”. Dodaje do tego jeszcze wyjaśnienie o charakterze niejako bilansowym: oto doszedł do przekonania że w bliskiej już przyszłości nie zdołałby uniknąć obowiązku napisania ody na cześć Stalina czy poematu o Dzierżyńskim. Być może, że opłaciłoby się napisanie takich utworów, za cenę możności przekładania Szekspira, co jest „działalnością społecznie użyteczną”, ale Miłosz nie miał dość siły, by na taką ofiarę się zdobyć. Przeraziła go wizja gwałtu, który musiałby sam sobie zadać.

Ten bilans nie uwzględnia wszystkich pozycji. Skoro „dyktatura filozoficzna” Stalina rządzi podbitymi krajami poprzez opanowywanie „umysłów” i skoro intelektualiści w taki sposób stali się „kluczem do rządzenia krajem”, trzeba przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie, czy zgoda na przyjęcie takiej roli już sama przez się nie jest zagadnieniem głównym, które trzeba rozstrzygnąć przed wszystkimi innymi. Jeżeli się taką rolę przyjmuje, jest już przecie rzeczą obojętną, ile ód i ile poematów powstanie, jako jej produkty uboczne. Jeżeli ucieczka nie jest „uczciwym wyjściem”, powstaje pytanie, czy pełnienie roli „klucza do rządzenia krajem” jest uczciwe i czy jest aktem „lojalności wobec narodu”. Miłosz nie rozważa wcale tego zagadnienia. Ma je zastąpić rozumowana historia duchowych przeobrażeń „intelektualisty”. Trzeba rozważyć jeszcze metodę jaką Miłosz posługuje się w kreśleniu owej historii. Chwilami pisze o tych przeobrażeniach duchowych, jako o zjawisku niekoniecznie ponętnym, ale prawdziwym i nieuniknionym. Nie ponosi za nie niejako odpowiedzialności. Ale zaraz potem grupuje fakty i wyjaśnia w taki sposób że ten rozwój wydać się musi także uzasadniony, jedynie słuszny, wartościowy dla narodu i dla samych pisarzy. Miłosz jest na pozór tylko obserwatorem, a nie chwalcą, ale sugeruje ocenę, która wypadać musi dodatnio. Robi to umiejętnie.

Sposób ujęcia tych spraw u Miłosza bardzo niewiele odbiega od urzędowej wersji sowieckiej. Wersja ta mówi: lud w porywie ku wolności zerwał kajdany i buduje nowe szczęśliwe życie. Twórczość duchowa na swoich frontach towarzyszy ludowi w jego walce, jak Tyrteusz podnieca do boju i wieńczy skronie zwycięzców. A Miłosz dopowiada: bo nie może być inaczej, bo twórcy „zawsze byli postępowi”, bo jest im teraz lepiej niż kiedykolwiek przedtem a „konieczność historyczna” przejęła ich „nową wiarę”. A także dlatego, że chcą „zachować związek z rzeczywistością”. Ten motyw jest chyba najbardziej bezceremonialny. Jak w wypowiedziach urzędowych sowieckich, tak w całym wypracowaniu Miłosza nie ma ani jednego włókna, związanego z rzeczywistością życia w Polsce. Uderza właśnie najmocniej – obcość rzeczywistości. Ten Polak, półgębkiem tylko, w jednym zdaniu, wspomina o unicestwionej niepodległości swego kraju jako o „zagadnieniu spornym”. Nie wspomina ani słowem o aneksji przez Rosję połowy jego ojczyzny. Mówi o „rewolucji biurokratycznej” w Polsce, opartej na armii czerwonej, pochwalając „upaństwowienie przemysłu i reformę rolną”, ale nie mówi, że Polskę siłą włączono do sowieckiego systemu gospodarczego. Włączenie Polski do sowieckiego systemu politycznego ogląda z oddali jako jeden z objawów „konieczności historycznej”. Gdy pisze o „Wschodzie”, ma także na myśli Polskę. Sprawę bytu i niebytu swojego narodu rozpatruje niejako ze stanowiska zawodowego, uwzględniając korzyści i kłopoty zawodowców intelektualnych w nowej sytuacji. Jest tak bardzo intelektualistą że rzeczywistość, o której mówi, nie obejmuje prawdziwego życia ludzi w Polsce pod okupacją sowiecką, głodu, niedostatku, okropnych warunków pracy, strachu, terroru sądowego, więzień, obozów i zsyłek. Jak we wszelkim „socrealizmie” propagandowym po obu stronach żelaznej zasłony, także u Miłosza to wszystko nie istnieje. Miłosz jest właściwie stachanowcem, który nie wiadomo dlaczego uciekł od szczęśliwego życia.

Utwór Miłosza wydało w Paryżu czasopismo „Preuves”, organ „Kongresu Wolności Kultury”. Wydawcy piszą że pochodzi on z Litwy, „gdzie mieści się jeden z najstarszych uniwersytetów łacińskich, pośród ludów, które stanowią prawdziwą wieżę Babel przeróżnych języków”. Któż domyśli się na Zachodzie, że mowa o Wilnie i o uniwersytecie Stefana Batorego? Dowiadujemy się także, że w czasie okupacji Miłosz „brał udział w ruchu podziemnym po stronie elementów socjalistycznych i międzynarodowych”. Potem zaś, „po wyzwoleniu”, był „reprezentantem urzędowym kultury polskiej w Waszyngtonie i w Paryżu”. Kto mu kazał „urzędowo reprezentować” i jak te obrzędy reprezentacyjne odprawiał, wydawcy nie wspominają.

Pandora.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close