• Wiadomości
  • / 11.02.1951
  • / Londyn
  • / Rok 6, Nr 6 (254)

CZASOPISMA OBCE

Strusie podnoszą głowy

Nie ma rzeczy zabawniejszej i bardziej jednocześnie irytującej, niż lektura „New Statesman and Nation”, wielkiego tygodnika londyńskiego, który jest biblią polityczną ćwierćmilionowej „inteligencji lewicowej” w Anglii. Kiedy północna Korea zaatakowała południową, strusie z „New Statesman”a schowały szybko głowy w piasek, gdacząc coś o reakcyjności rządu Syngmana Rhee. Kiedy wojska Narodów Zjednoczonych odparły atak komunistów koreańskich i przekroczyły 38-y równoleżnik, strusie z „New Statesman”a podniosły głowy, wrzeszcząc w niebogłosy że trzeba ratować Amerykę wbrew niej samej i ukrócić władzę wojskową MacArthura. Kiedy czerwona armia chińska ruszyła naprzód, strusie z „New Statesman”a schowały znowu głowy w piasek, wytykając usłużnie Cziang Kaj-szeka i Formozę. Wszystko to razem trzymało się od biedy kupy, dopóki „New Statesman”, zajmując na pozór stanowisko ostrożnie antysowieckie, dawał jednocześnie do zrozumienia że Rosja nie chce wojny i że może być do niej jedynie sprowokowana amerykańską histerią atomową. Ale strusie z „New Statesman”a wiedzą już że tak nie jest, a mimo to podnoszą znowu głowy.

W numerze z 6 stycznia b.r. ukazał się artykuł Alexandra Wertha „Is Russia Expecting War?”. Rosjanie – czytamy – byli bardzo zaniepokojeni reakcją amerykańską na agresję armii północnokoreańskiej. Przekroczenie przez MacArthura 38-go równoleżnika, zmieniając wyraźnie pojęcie napastnika, zmieniło również nastroje w Moskwie. Reakcja Anglii i zachodniej Europy na „mowę atomową” Trumana z 30 listopada ub.r. poprawiła jeszcze bardziej humor na Kremlu. Rosjanie nie boją się już wojny zapobiegawczej, co więcej, nie wierzą w nią. Ale zwycięstwo brytyjskiego punktu widzenia, że trzeba bronić przede wszystkim Europy zachodniej a nie Dalekiego Wschodu, zaniepokoiło znowu Politbiuro. Rosjanie boją się podskórnie odrodzenia Wehrmachtu. W prasie sowieckiej nie pisze się nic o możliwości wojny zapobiegawczej ze strony Rosji, ale propaganda przeciwko paktowi atlantyckiemu – zwłaszcza od chwili kiedy powstała groźba włączenia doń zachodnich Niemiec – przybrała tak na sile że Stalinowi bez trudu przyszłoby przekonać swój naród o konieczności „zjednoczenia Niemiec” lub nawet „wyzwolenia” Europy zachodniej. W sumie rząd sowiecki wolałby uniknąć wojny. Lęk przed Niemcami czyni jednak dla Rosjan nakaz zapobieżenia ponownemu uzbrojeniu Niemiec sprawą życia i śmierci. Co więcej, „amerykańskie fiasco w Korei i reakcja Europy na możliwość użycia bomby atomowej osłabiły w Rosji nastroje bojaźni wojennej sprzed dwóch miesięcy”.

Mogłoby się więc na zdrowy rozsądek wydawać że jak najszybsze uzbrojenie Europy zachodniej stanowi jedyną szansę uratowania jeśli nie pokoju, to przynajmniej widoków na wygranie wojny z Rosją. Ale Werth wyprowadza ze swego rozumowania inny wniosek. „Niemcy jako największa lądowa broń amerykańska niepokoją najbardziej Rosjan, nawet jeżeli nowy Wehrmacht nie stanie się potężną siłą jeszcze w ciągu kilku lat. W rezultacie więc do Zachodu należy powzięcie decyzji które z dwóch niebezpieczeństw jest większe: uzbrojenie czy nieuzbrojenie Niemiec. Sądząc z gwałtowności reakcji rosyjskiej, uzbrojenie Niemiec – dokonywane przed dozbrojeniem całej Europy zachodniej – wydaje się większym ryzykiem. W każdym razie, zanim się na to zdecydujemy, byłoby rzeczą rozsądną zorientować się, co Rosjanie gotowi by byli nam zaofiarować, gdybyśmy się zgodzili nie stawiać tego złowróżbnego kroku”.

W tym rozumowaniu można by się nawet doszukać źdźbła prawdy (szaleństwo dawania uzbrojeniu Niemiec pierwszeństwa przed dozbrojeniem Europy zachodniej), gdyby nie to że znamy również poglądy „New Statesman”a na zagadnienie uzbrojenia Europy. W numerze z 19 sierpnia ub.r. (por. „Wiadomości”, nr 235). tygodnik ten nawoływał do tworzenia „ściśle obronnej” i „nieprowokacyjnej siły”, która porzucając wszelką myśl o stawianiu armii czerwonej oporu na lądzie, składałaby się wyłącznie z myśliwców, wspieranych przez radarowe wykrywacze pocisków rakietowych, i unikałaby jak ognia ciężkich bombowców. Wynika z tego że jedyną rzeczą, na której naprawdę i szczerze zależy strusiom z „New Statesman”a, jest dobry humor Kremla.

Lector

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Close