Świece i szable
Wspomnienia osobiste

„Słowo” wileńskie, którego byłem założycielem, redaktorem i wydawcą, zaczęło wychodzić 1 sierpnia 1922. Mój pierwszy wywiad z Marszałkiem Piłsudskim odbył się w r. 1923 i wszedł w skład „Pism – mów – rozkazów” (t. VI; str. 163). Oczywiście miałem swoje poglądy na ordynację wyborczą i chciałem, aby Marszałek powiedział coś takiego, co by mi odpowiadało. Ale Marszałek mówił co innego. Później, w czasie układania konstytucji, kiedy już nikt prawie dostępu do Marszałka nie miał, przypomniano sobie ten wywiad oraz interpretowano go w „Gazecie Polskiej”. Ta moja pierwsza rozmowa z Marszałkiem odbyła się w t.zw. „doktorskich” domach na Portowej. W tych „doktorskich” domach mieszkał Jan Piłsudski, ale Marszałek mnie przyjął – o ile pamiętam – w mieszkaniu Wacława Wyszyńskiego.

* * *

Pierwszy raz zobaczyłem Piłsudskiego w Warszawie, w tramwaju. Był to luty 1917 i straszliwy mróz, 20 stopni poniżej zera, i tramwaj był cały oszroniony. Mieszkałem na Nowowiejskiej i wsiadłem do tramwaju na pl. Zbawiciela, aby jechać do uniwersytetu. Na następnym przystanku do pustego wagonu wszedł Piłsudski i dwóch oficerów w szynelach szaro-błękitnych, jak się określało ten kolor jeszcze za czasów strzeleckich. Piłsudski miał szary kołnierz futrzany, jego towarzysze – olbrzymie szabliska w błyszczących pochwach. Próbowałem zwrócić uwagę konduktora, że to Piłsudski, ale konduktorowi nazwisko to nic nie mówiło. Wtedy Warszawę emocjonował Zdzisław Lubomirski.

* * *

Mój drugi wywiad z Marszałkiem miał już charakter o wiele bardziej zasadniczy. Był to rok 1925, okres walki Marszałka z gen. Sikorskim. Sikorski bronił zasady parlamentarnego ministra spraw wojskowych, Marszałek chciał, aby na czele wojska, obok ministra, stał generalny inspektor sił zbrojnych, który by bronił wojska przed nadmierną ingerencją parlamentu, aby generałowie dywizji nie byli wyznaczani według klucza partyjnego, jak już wówczas byli dobierani starostowie i wojewodowie. Piłsudski był tedy symbolem całej lewicy polskiej od lewego skrzydła ludowców do P.P.S. włącznie, „Slowo” było pismem ziemiańskim i ultrakonserwatywnym, ale napisałem do Marszałka list do Druskienik w sprawie wywiadu o naczelnych władzach wojskowych i otrzymałem zgodę. O ile pamiętam, w korespondencji pośredniczył Jan Piłsudski.

Willa Józefa Piłsudskiego w Druskiennikach, około 1930 roku (domena publiczna)

Willa Józefa Piłsudskiego w Druskiennikach, około 1930 roku (domena publiczna)

Marszałek mieszkał w Druskienikach w małym domku niczym nie różniącym się od innych małych domków na tej samej ulicy. Było przy nim dwóch adiutantów: Galiński i Zarychta. Galiński rozmawiał ze mną w pokoiku, do którego miał przyjść Marszałek. Jak mi się zdawało, Marszałek leżał na łóżku w izdebce obok, do której drzwi były uchylone. Oczekiwanie trwało bardzo długo, zdaje się że godzinę. Rozmawialiśmy półgłosem. W końcu Marszałek wszedł, zgarbiony i stary, był w czarnych spodniach i kurtce strzeleckiej bez żadnych odznak. W ręku miał skrzyneczkę z tytoniem i bibułki papierosowe. Byłem trochę stremowany, lecz znowuż chciałem narzucić Marszałkowi mnóstwo swoich poglądów. Przy pierwszych pytaniach, dotyczących władz wojskowych, Marszałek powiedział:

– Czy pan napiszesz – zdaje się, że użył właśnie tego wileńsko – archaicznego zwrotu „pan napiszesz”, tak właśnie jakby to powiedział mój ojciec -to co ja panu powiem, czy pan napiszesz to co pan chce, abym ja powiedział.

Byłem trochę urażony tą podejrzliwością wobec mej dziennikarskiej lojalności. Podniosłem oczy na Marszałka i oświadczyłem:

– Przecież ja tylko notuję, a potem dam Panu Marszałkowi do przeczytania ten wywiad.

Pierwszy raz piszę w życiu wspomnienia i piszę je w warunkach całkiem specjalnych. To też mam zamiar być zupełnie szczery. Otóż pamiętam, że gdy podniosłem oczy na Marszałka, on zaczął mi w oczy patrzeć długo, o wiele dłużej niżby to wynikało z konwenansów rozmowy z dziennikarzem. Nie wiedziałem co począć, lecz uważałem sobie za obowiązek swoich oczu nie spuszczać. Marszałek przeciągnął to bardzo długo, wreszcie przeszedł do odpowiedzi na pytanie.

W czasie wywiadu, Marszałek powiedział: „i tylko osioł”. Było wyraźne, kogo ma na myśli, ale ja przez przyzwoitość, aby nie używać słowa „osioł”, bo w r. 1925 jeszcze się mówiło tak prawie jak przed pierwszą wojną światową, zmieniłem tego „osła” na „i tylko ograniczony karierowicz”. Marszałek, czytając później wywiad, swego „osła” nie przywrócił, widać pomyślał sobie, że „ograniczony karierowicz” także nieźle oddaje sytuację.

Po wywiadzie wtrąciłem, że Marszałek tak kocha Wilno, że to jest ukochane jego miasto.

– No i Lwów – powiedział Marszałek, co mnie zaskoczyło.

– A czy był Pan Marszałek teraz na Popowszczyźnie, – zapytałem, gdyż wtedy na tym uroczym przedmieściu wileńskim drzewa z ogrodów wychylały się przez płoty i dotykały się nad jezdnią, tworząc tunele zieloności.

– Nie, nie byłem.

Zacząłem gadać o drzewach i zapytałem o sytuację zagraniczną, znowu z mając w przygotowaniu teorie, do których chciałem Marszałka zachęcić.

– Mnie się zdaje, – powiedział Marszałek – że Francja nie może w obecnej chwili dać wolnej ręki Niemcom, że przesadzamy trochę z obawami.

Pomaszerowałem na kolację z adiutantem Zarychtą do jakiejś druskienickiej restauracji. Tutaj dałem wolę rozpychającej mnie argumentacji. Polska, – wywodziłem – jest wciąż jeszcze w pozycji dobrej. Ale Niemcy się będą wzmacniać i Sowiety będą się wzmacniać. Polska musi wejść na drogę połączenia się z innymi państwami; krajami takimi są Węgry i Litwa kowieńska. Najlepszym węzłem między tymi państwami a Polską byłaby unia dynastyczna. Popularność Piłsudskiego będzie w Polsce wzrastać: Piłsudski powinien być monarchą polskim, litewskim i węgierskim.

Prosiłem Zarychtę, aby powtórzył to moje rozumowanie Marszałkowi. Nie wiem, czy to zrobił. Dziś, gdy kontroluję te swoje młodzieńcze teorie, uważam, że nie popełniłem żadnego błędu w przewidywaniach. Niemcy istotnie urosły później w siłę, jako też Rosja; we wzrost popularności Marszałka nie wierzyło wtedy ludzi bardzo wielu, którzy za rządów pomajowych byli wielkimi dygnitarzami, ja ten wzrost zakładałem i na nim chciałem budować. Rozumowania więc były logiczne, tylko… nie wiedziałem wówczas, że w polityce logiki trzeba się wystrzegać jak zarazy.

Po biesiadzie z Zarychtą, powróciłem do domu Marszałka. Zarychta poszedł z napisanym już wywiadem do Marszałka. Spacerowałem po chodniku przed domkiem. Zarychta przyszedł mi powiedzieć, że Marszałek prosi.

Poszedłem wtedy jakimiś małymi schodkami na mansardę, na „salkę”, jak się mówiło w Wilnie, czyli na poddasze. Marszałek siedział przy stole zawalonym papierami. Jestem prawie pewny, że oświecała ten stół świeca wetknięta do butelki. Na wąskich pasmach papieru moje gryzmoły były w dwóch miejscach poprawione ostrym, trochę spiczastym, pismem Marszałka, które znamionuje podobno według grafologów człowieka skrytego. Ten kawałek swego wywiadu z poprawkami Marszałka oprawiłem później w czeczotkowe ramki i darowałem mej córeczce Basi.

Potem, już po zamachu majowym, byłem kiedyś w willi Marszałka w tychże Druskienikach. Pamiętam, że schody oświetlała lampa naftowa, mała z taką blaszką z tyłu, najtańsza, kuchenna lampka naftowa. W tej willi, a raczej w tym nędznym domku z tą groszową lampką naftową, przyjmował Marszałek Grandiego, ambasadora wielkiego Mussoliniego, który zamieszkiwał najwspanialsze pałace rzymskie. Cóż to za przykład surowości obyczajów i bezinteresowności ze strony tego dyktatora. I dodajmy do tego, cóż to za niedbała duma prawdziwego szlachcica.

* * *

W kilka miesięcy później Marszałek sam, po tym moim wywiadzie w Druskienikach, w r. 1925 za pośrednictwem Sławka zaprosił mnie, abym przyjechał do Sulejówka. Miałem spotkać się z Wieniawą i pamiętam, że z emocji spóźniłem się do Ziemiańskiej na Mazowieckiej, gdzie na mnie czekał Wieniawa, o całe dwadzieścia minut. W drodze Wieniawa krytykował Prezydenta Wojciechowskiego. Ja miałem wszystko zatrute stanem mego miękkiego i niezbyt świeżego kołnierzyka. Istotnie, było to przed Bożym Narodzeniem 1925 i w willi Marszałka w Sulejówku, znów oświetlonej lampami naftowymi, ale o wiele elegantszej, niż domki w Druskienikach, znalazło się sporo odświętnych gości. Przyjechali Jur – Gorzechowski, p. Nałkowska i ówczesny minister spraw wojskowych gen. Żeligowski ze swym synem, wyglądającym jak niedopierzony wróbel. Żeligowski wrócił właśnie z Anglii i opowiadał o kominkach w Anglii, Marszałek także wspominał czasy angielskie. Była obecna p. Marszałkowa i kilkuletnia Marszałkówna. W pewnej chwili Wieniawa mi powiedział:

– Marszałek dziś z panem rozmawiać nie będzie.

Przy pożegnaniu Marszałek bardzo uprzejmie naznaczył mi spotkanie na dzień następny w mieszkaniu Stanisława Cara na Marszałkowskiej.

Wracałem z gen. Żeligowskim i bawiłem go opowiadaniem historii, która rzekomo zaszła w Brześciu Litewskim. Wojewoda zauważył, że jakiś Żyd z Kamieńca Litewskiego zadeklarował bardzo dużą kwotę na pożyczkę państwową, i wymyślił, że trzeba tak zacnemu kupcowi podziękować za gorliwość obywatelską. Kazał więc go wezwać, a sam wyjechał na polowanie. Patriota z Kamieńca przyjechał w strachu, a władze wojewódzkie, nie wiedząc dlaczego był wezwany, wsadziły go do aresztu. Po trzech dniach wojewoda przybył, nieporozumienie się wyjaśniło, gorliwy obywatel nie tylko że został wypuszczony na wolność lecz usłyszał podziękowanie z ust samego wojewody. Wszystko dobre co się dobrze kończy.

Nazajutrz siedziałem naprzeciwko Marszałka, który tłumaczył mi różne rzeczy. Pamiętam, że krytykując politykę finansową ówczesnego premiera Grabskiego, wziął ze stołu lichtarz brązowy i na nim pokazywał mi jakiś przykład. Wbrew moim zwyczajom, mówiłem w odpowiedzi bardzo mało. Ale, doprawdy, byłem nie tyle dumny ile niesłychanie zdziwiony, że gdy zacząłem mówić, w wyrazistych oczach Marszałka dojrzałem błysk zaciekawienia.

* * *

Potem, w czasie zamachu majowego, miałem zdarzenie niesamowite.

11 maja byłem w Warszawie u płk. Sławka w jego mieszkaniu na poddaszu Szopena 1. 12 maja przyjechałem do Krakowa. Przyszły tam wiadomości o zamachu, i prof. Jaworski, największa inteligencja konserwatystów krakowskich, prezes N.K.N.u podczas wojny, odprowadzając mnie do przedkopoju, powiedział mi:

– Niech pan powiadomi Sławka, że jesteśmy z nimi.

Powiadomiłem o tym istotnie Sławka, ale prof. Estreicher zdezawuował i prof. Jaworskiego i mnie, skromnego posłańca. Napisał w „Czasie” artykuł „Rokosz” (czy coś takiego), a potem zajął stanowisko arcynierealne, że teraz nie powinien rządzić ani sejm, bo dowiódł swej nieudolności, ani Piłsudski, bo dokonał zamachu stanu, ale ktoś trzeci. Było to istotnie zajęcie stanowiska politycznego według zasady: „Hundert Professoren. Vaterland, du bist verloren”.

13 maja rano wracałem do Warszawy. Pociąg nasz zatrzymał się w Pruszkowie i stał długo, wreszcie dojechał do jakiejś podmiejskiej stacji, stamtąd nie pamiętam już jakim wehikułem dojechałem do Bristolu, gdzie mieszkał Aleksander Meysztowicz. W windzie hotelowej stał żołnierz z karabinem.

– To wojska Piłsudskiego – objaśnił mnie służący hotelowy.

Skontaktowałem się ze Sławkiem, który mi zaproponował, abym spowodował odwiedzenie Marszałka przez kilku wybitnych konserwatystów. Zacząłem łazić po Warszawie, ciągle przechodząc przez linię frontu, co nie było trudne. Imponował mi sposób, w jaki warszawianki reagowały na kule. Miasto było podniecone, ale bez żadnej paniki, nastrój był trochę taki jak w Nicei podczas karnawału albo w dawnym Stambule podczas bajramu. Na Mazowieckiej na własne oczy widziałem następujący wypadek. Wychodziłem z bramy domu pod nr. 1, gdy wzdłuż jezdni świsnęła potężna fala kul karabinowych. Było ich tak dużo że nawet odważna publiczność warszawska rzuciła się do bramy. Wtedy zobaczyłem jak na trzecim piętrze domu naprzeciwko jakiś pan otworzył okno i kilka razy strzelił z rewolweru, celując do ludzi na ulicy. Widziałem jego rękę i niklowy, bębenkowy rewolwer. Wypadki tego dnia były tak oszołamiające, że z tego incydentu nie wyciągnąłem żadnych konsekwencji, ale scenę tę przypominam sobie bardzo wyraźnie. Widać, był to jegomość o niewyżytym pociągu do morderstwa. Ludziom takiego gatunku dopiero czasy drugiej wojny światowej stworzyły odpowiednie warunki i sympatyczną atmosferę.

W Klubie Myśliwskim zgromadziło się wreszcie kilku ludzi. Nie byli to właściwie mówiąc żadni politycy konserwatywni, ale po prostu arystokraci i inni członkowie tego arystokratycznego klubu. Był tam Adam Czartoryski, Aleksander Wielopolski, którzy pomagali Meysztowiczowi i mnie w namawianiu ks. Zdzisława Lubomirskiego, aby do Marszałka pojechał, był także Antoni Jundziłł, prezes kresowego związku ziemian, który zawzięcie ten projekt zwalczał, Eustachego Sapiehy i Janusza Radziwiłła nie było tego dnia w Warszawie, ku mojej rozpaczy. Wreszcie udało się nam ks. Lubomirskiego namówić, aby zgodnie z propozycją Sławka, stanął na czele komitetu pojednawczego, który by spróbował wszcząć pertraktacje o zawieszenie broni. Ucieszony, ale nie bardzo pewny, czy ktoś tej decyzji nie odkręci, pobiegłem na pl. Saski do Sławka. Dostałem jakąś kartkę i samochód, ale oficer, którego otrzymałem jako asystę, oświadczył mi, że ma rozkaz zawiezienia mnie na Pragę. W chwili kiedy mijaliśmy most Kierbedzia wznoszono tam gorączkowo jakieś ubezpieczenia ziemne i wyglądało, że wojska Marszałka są w odwrocie. Samochód zatrzymał się przed dworcem wileńskim, i mnie, ciągle nie orientującego się, dlaczego zostałem tu przywieziony, wprowadzono do pokoju, który zapewne był gabinetem zawiadowcy stacji. Na stole leżała szabla w błyszczącej pochwie, a za stołem, w marszałkowskim mundurze, wesoły, młody, uśmiechnięty, siedział Marszałek.

Zaczął do mnie mówić jak gdybym był jakimś bliskim jego znajomym, zaczął mi opowiadać o sytuacji, pamiętam, że śmiejąc się mówił o gen. Romerze, że dotychczas nie wie, za kim się opowiedzieć.

– Lubiłem bardzo tego Romera – mówił.

Słuchałem tego wszystkiego, całkowicie oszołomiony. Oczywiście było dla mnie rozkoszą rozmawiać z Marszałkiem w tak historycznej chwili. Ale jego wesołość, pewność siebie, niesłychany spokój budziły we mnie jakiś zryw strachu. Oto wydawało mi się, że przed chwilą widziałem odwrót jego wojsk. Patrzyłem na wesołego Marszałka i z rozczuleniem, a strachem wywoływałem w sobie wizję tego człowieka w razie klęski. Poza tym gryzło mnie jeszcze inne uczucie: oto tam zostawiłem tego wahającego się Lubomirskiego, którego ktoś w każdej chwili może odkręcić. A tutaj rozmowa zapowiadała się na długo.

Raptem Marszałek przerwał pogawędkę i zaskoczył mnie propozycją, która mi niesłychanie pochlebiła, lecz jeszcze więcej zdumiała. Oto zaproponował mi, abym to ja był tym przewodniczącym komitetu pojednawczego, i zaczął wymieniać członków, których bym mógł do tego komitetu zaprosić, między innymi biskupa Galla. Tutaj z miejsca odpowiedziałem Marszałkowi, że absolutnie nie mam potrzebnego autorytetu do wystąpienia w takiej roli, że przecież mógłbym być wnukiem niektórych z tych panów i że wreszcie mam już zgodę ks. Lubomirskiego, ale błagam Marszałka, aby go zechciał przedtem przyjąć, bo to „…rozumie Pan Marszałek”…

Marszałek skinął głową, i niedługo byłem już z powrotem w Klubie Myśliwskim. Szeptem zapytałem Meysztowicza, czy się nic nie zmieniło, i później tymże otwartym samochodem jechałem z byłym regentem i przyszłym ministrem sprawiedliwości znowuż na Pragę. Jakiś samolot wojsk rządowych leciał nad nami, gdyśmy jechali przez Krakowskie Przedmieście. Meysztowicz zaczął żartować, tak jak to zawsze robił jego syn, a mój kolega z partyzantki Dąmbrowskiego, Walutek Meysztowicz, podczas akcji bojowej.

Ostatni akt tego dramatu był nieudany, prawie tak nieudany jak trzecie akty sztuk teatralnych na emigracji. Wróciliśmy do Klubu Myśliwskiego i ks. Lubomirski zaczął przez telefon szukać jakichś swoich przedwojennych znajomych jako kandydatów do tego komitetu. Albo nie było ich w domu, albo odmawiali. Biskup Gall także odmowił. Trwało to do późnego wieczoru, aż dowiedzieliśmy się, że w podobnej misji udał się do Belwederu gen. Żeligowski.

* * *

Przed pobytem Marszałka w Nieświeżu miałem u niego audiencję w gmachu ministerstwa spraw wojskowych. Pamiętam obraz Rosena na ścianie przedstawiający rewię na pl. Saskim oraz gen. Pożerskiego, który miał mieć audiencję tegoż dnia. Był to oficer dawnej służby rosyjskiej i rozpytywał pilnie adiutantów o jakiś szczegół właściwego przypięcia szabli podczas audiencji. Znów czekałem bardzo długo, przy tym straszono nas, że może Marszałek przyjedzie dopiero wieczorem. W czasie rozmowy Marszałek mi powiedział, że nie życzy sobie, aby w czasie jego pobytu w Nieświeżu były wygłoszone jakieś mowy napastujące Sowiety, które znajdują się w stanie niesłychanej podejrzliwości i rozdrażnienia.

– Ja się zwłaszcza tego waszego profesora boję – powiedział Marszałek, który bardzo lubił prof. Zdziechowskiego i przed tą audiencją odwiedził go w jego mieszkaniu na Zygmuntowskiej w Wilnie.

– Nie przypuszczam – odpowiedziałem, – aby to miała być manifestacja w sprawie polityki zagranicznej, raczej chciałem urządzić manifestację monarchistyczną.

– A, manifestację monarchistyczną to sobie róbcie – machnął ręką Marszałek.

* * *

„To zamczysko” – powiedział ze zwoistym sobie, podkreślającym akcentem Marszałek, wznosząc w Nieświeżu toast za „dom Radziwiłłów, który tak dawno przeszłości naszej służy”, w tej sali jadalnej, w której stał olbrzymi stół pamiętający być może czasy Panie Kochanku, świece w kandelabrach na stole i kilkadziesiąt portretów radziwiłłowskich na ścianie. W ogóle zamek w Nieświeżu był bardzo ubogi w meble; porozkradano je w czasie wojny. Zamek ten składał się z baszt, murów, sal pustych, olbrzymich korytarzy, jak w średniowiecznym klasztorze, i wreszcie z olbrzymiej ilości portretów, zbroi, rogów łosich i jelenich i wreszcie pasów słuckich. Podobno w Nieświeżu było dwa tysiące kompletów zbroi, a portretów było niewątpliwie kilkaset. Elektryczności nie było, tylko świece. Wielka sala piwniczna, w której Rybeńko i Panie Kochanku ugaszczali szlachtę, była zarzucona zbrojami. Nie wiem, czy jest w Europie drugi taki zamek, z tak upiornym realizmem wskrzeszający przeszłość. Pisałem już że typ polskiego katolicyzmu stworzył nasz wiek XVII. Typ naszej arystokracji stworzył znów wiek XVIII. To w XVIII w. stworzył się ten system rodzin, których członkowie jeszcze w r. 1939 byli wszyscy z sobą na ty, stanowiąc jak gdyby jakąś bliską i solidarną rodzinę. Do tego systemu nie wchodzili jacyś Hornostaje. Zabrzezińscy, Hlebowicze, Glińscy, którzy byli w XVI w. panami na równi z Radziwiłłami, Sapiehami i Tyszkiewiczami. Do arystokracji polskiej w XVIII w. należały rodziny ze średniowiecza i rodziny późniejsze, ale wiek XVIII zamknął ich liczbę. Rodziny wzbogacone w XIX w. już do tego zamkniętego klubu przyjęte nie zostały.

Arystokracja polska, a nie królowie, rządziła Polską w XVIII w. W XIX w. wpływ jej był jeszcze ogromny, przeważający. Rola jej skończyła się 11 listopada 1918. Ale Nieśwież była to ostatnia usługa oddana przez nią sprawie polskiej. W Nieświeżu arystokracja polska opowiedziała się za Marszałkiem i pociągnęła później za sobą ziemiaństwo całej Polski. Inicjatywa tego urodziła się w głowie dziennikarza, który pochodzeniowo nic wspólnego z tą arystokracją nie miał.

Co sprawiło, ze zostałem konserwatystą, że organizowałem manifestację w Nieświeżu? A no dzisiaj myślę, że to, iż miałem temperament… rewolucjonisty. Rewolucjonistą jest ten, kto ma przekonanie całkiem inne niż jego otoczenie. A zresztą, gdy siedziałem na szarym końcu stołu jadalnego w Nieświeżu, z przyjemnością myślałem, że na tym miejscu nie jestem pierwszy z mej rodziny, że tu nieraz w XVIII w. na tym samym szarym końcu siedzieli i pili Marcin Mackiewicz, Jerzy Andrzej Mackiewicz i inni Mackiewiczowie, których tak często wspominają dziejopisarze nieświescy.

*

Niesamowite są czasami zakątki w historii. Pierwszy car Rosji Michał przyjął kołpak Monomacha w monasterze Ipatjewoskim. I ostatni car Rosji Mikołaj, rozstrzelany został w domu Ipatjewa.

Zamek w Nieświeżu zbudował Mikołaj Radziwiłł Sierotka, wojewoda wileński. W r. 1939 po usunięciu z zamku księcia Leona, XVII ordynata na Nieświeżu, przez wojska sowieckie, zamek zajął i sprawował w nim rządy komisarz cywilny mianowany przez władze wojskowe. Nazwisko tego komisarza brzmiało Sierotka.

Stanisław Mackiewicz.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close