Szalona ewakuacja

W relacji gen. Sławoja Składkowskiego „Prace i czynności Rządu Polskiego we wrześniu 1939 r.” w nr. 5 „Kultury” z r. 1948 czytamy pod datą 10 września 1939:

„Z wielką radością dowiaduję się że bezcenne narodowe skarby przechowywane na Wawelu zostały ocalone z rąk niemieckich. Płk. Szuster przywiózł je z Krakowa do Kazimierza Dolnego rzeka Wisłą na barkach, a z Kazimierza zostały zabrane na samochodach ciężarowych przez władze województwa lubelskiego”…

Historia tego „ocalenia” jest jednak nieco różna od wersji, podanej w pamiętniku wojennym b. premiera.

Zacząć trzeba od stwierdzenia że decyzje rządu w sprawie zbiorów wawelskich i przygotowania do ich ewakuacji, jeśli nawet istniały przed wojną, nie były znane administracji zamku wawelskiego.

Wprawdzie w Łucku, już w drodze na granicę rumuńską, Alfons Kuc, dyrektor działu gospodarczego kancelarii cywilnej Prezydenta, zapewniał wiozących skarby że przewidywano ewakuację Wawelu na tydzień przed jakimikolwiek innymi urzędami, ale wojewoda krakowski opuścił Kraków 2 września wieczorem, o Wawel nie pytając.

* * *

W skład administracji zamku wawelskiego w sierpniu 1939 wchodziły następujące osoby: kierownik odnowienia zamku Adolf Szyszko-Bohusz; zarządca administracji zamku z ramienia kancelarii cywilnej Prezydenta Stanisław Taszakowski; kustosz państwowych zbiorów na Wawelu Stanisław Świerz-Zaleski; asystent kierownika odbudowy Wawelu Józef Polkowski.

31 sierpnia ogłoszono powszechną mobilizację. Zamek był dla publiczności zamknięty, służba zdejmowała arrasy, zwijała je i składała według ustalonej uprzednio kolejności do skrzyń z blachy cynkowej. W skrzyniach tych arrasy miały być na wypadek niebezpieczeństwa przeniesione do schronów przeciwgazowych.

Mimo sukcesów niemieckich w pierwszym dniu wojny, o konieczności ewakuacji czegokolwiek z Wawelu nie tylko nie myślano, ale nawet nie mieściło się to w obrębie czyichkolwiek na zamku przypuszczeń.

2 września zaczęły krążyć plotki o zbliżającym się okrążeniu Krakowa. Niemcy pod Myślenicami! Niepokój udziela się wszystkim na wzgórzu wawelskim, zwłaszcze że nic się tutaj nie dzieje i nikt nie działa.

3 września wczesnym ranem, po bezskutecznych próbach połączenia się z Warszawą, Taszakowski zadzwonił do krakowskiego urzędu wojewódzkiego i dowiedział się, że biura ewakuowano w nocy a czynny w gmachu jest jeszcze tylko dyrektor żeglugi rzecznej. Na wyrażone przez telefon zdumienie, odpowiedziano zdumieniem:

– Cóż to, Wawel jeszcze nie ewakuowany?

Przed południem przyszedł z Warszawy rozkaz ewakuacji zbiorów. Roztelefonowano się tymczasem po całym Krakowie próbując zapewnić sobie pomoc i wagony do wywiezienia co cenniejszych. Dowództwo okręgu odmówiło przydziału środków transportu, zasłaniając się brakiem ciężarówek: wojsko nie może wywieźć nawet drukarni DOK.

Zaalarmowana w tym samym czasie dyrekcja kolejowa zawiadomiła że potrzebna ilość wagonów będzie gotowa na 16-ą w lesie na 15-m kilometrze za Krakowem, w kierunku na Lwów.

Wobec jednak braku ciężarówek i stałego bombardowania torów, propozycji tej nie było już sposobu przyjąć.

Sytuacja zdawała się bez wyjścia, tym bardziej że wojewódzki dyrektor żeglugi oświadczył iż nie tylko wszystkie statki, ale nawet barki i galary już zostały zarekwirowane.

W tym mniej więcej czasie przyszła nagle wiadomość że w przystani węglowej w Podgórzu kończy wyładowywanie węgla galar i że w braku lepszego sposobu, tym to galarem ekspedycja wawelska będzie mogła z Krakowa odpłynąć. Komenda policji ma dostarczyć środków na przewiezienie ciężkiego bagażu z Wawelu na Podgórze.

Jakoż o 18-ej nadjechała mała ciężarówka z przyczepką używaną w normalnych czasach do wożenia gnoju i za kilkoma nawrotami przygotowane do ewakuacji skrzynie wywiozła.

Na przystani wiślanej komendant transportu Polkowski zastał ludzi wawelskich przy złożonych na piasku skrzyniach i nie wiedzących co z nimi zrobić. Stał wprawdzie przy brzegu pusty galar po węglu, ale nie było przy nim nikogo z obsługi. Polkowski wysłał kierowcę-policjanta do zarządu przystani z żądaniem aby przysłano natychmiast załogę galaru. Polecił jednocześnie znosić skrzynie na galar.

Mimo ciemnej już nocy, pudła z nowej blachy ostro błyszczały w mroku, kazał więc pokryć je dywanami użytkowymi, które w ostatniej chwili ściągnięto z posadzek zamkowych i które tutaj od razu znalazły praktyczne zastosowanie.

Było tam tego 20 skrzyń i 8 okrągłych pudeł, nie licząc waliz i bagaży personelu. Jako osobny pakiet chorągiew turecka, zdobyta pod Parkanami, której nie można było zmieścić w żadnym z pudeł. W skrzyniach spakowane arrasy, mniejsze tkaniny, rzędy na konie, kałkany (tarcze wschodnie) i zbroje. W pudłach zrulowane chorągwie, miecze, szable, koncerze oraz dywany o charakterze historycznym.

Jeszcze w trakcie ładowania galaru wrócił wysłany do zarządu przystani policjant, przyprowadzając właściciela galaru nazwiskiem Franciszek Misia i jego 15-letniego pomocnika, Antka Nowaka. Galarowy żałośnie protestował przeciw rekwizycji jego galaru i przeciw zmuszaniu go do natychmiastowej jazdy.

Mówił że wraz z pomocnikiem od dwu dni prawie nie spali; płynęli 48 godzin bez przerwy, wyładowali galar i teraz nie mają po prostu sił do nowej drogi. Ale kiedy powiedziano co powiezie, od razu się zdecydował. Krzyknął do chłopca:

– Skarbów wawelskich nie damy przecież wziąć Szwabom, co? A wyspać się, wyśpimy na tamtym świecie…

W tym miejscu oddaję głos kronikarzowi wydarzeń tej nocy i wszystkich następnych Polkowskiemu:

„Galarowy nasz od razu wzbudził u wszystkich pełnię zaufania, zarówno dla jego umiejętności kierowania galarem jak i całkowitego oddania sprawie ratowania naszych zbiorów. Zaraz po wyruszeniu z przystani powiedział: „Będziemy płynąć, bo mus to mus, ale bez pomocy holownika daleko nie zajedziemy. Woda na Wiśle bardzo mała; tu pod Krakowem będziemy się jakoś posuwać z prądem, ale zaraz za Niepołomicami Wisła rozlewa się szeroko; będziemy płynąć coraz wolniej. Musimy najpierw zajechać do zimowej przystani i tam popytać o statek albo choćby o motorówkę która by nas pociągnęła”. Posłuchałem tej rady i po dopłynięciu do przystani zimowej wysiadłem z kilkoma woźnymi w poszukiwaniu komendy przystani, po to tylko by dowiedzieć się że nie ma żadnej nadziei na znalezienie statku czy motorówki w całym okręgu Krakowa, chyba żeby coś nadpłynęło z góry Wisły. Ale i na to nie robiono nam żadnej nadziei, bo gdyby się co pojawiło, to na pewno wojsko zaraz zarekwiruje”.

* * *

Wystarczyłoby wówczas jednego niedbałego zniżenia niemieckiego bombowca, jednego pociśnięcia lewaru, by resztki puścizny jagiellońskiej, insygnia koronne, dzieła sztuki, świadectwa świetności, równie pyszne jak kruche i nie tylko jedyne, ale bezpowrotne, przepadły dla nas i dla świata.

W jednej ze skrzyń leżał Łokietkowy Szczerbiec użyty po raz pierwszy w czasie koronacji w r. 1320 i odtąd też już w każdej innej, aż do rozbiorów. Razem z pięcioma koronami, jakie jeszcze spotykamy w inwentarzu skarbca za czasów Stanisława Augusta, zniknął po rozbiorach. Korony nigdy się nie znalazły, Szczerbiec natomiast odnalazł się w petersburskim Ermitażu i w wyniku traktatu ryskiego wrócił na Wawel.

Inne jeszcze miecze historyczne towarzyszą Szczerbcowi w tej wrześniowej ewakucji: klinga miecza Kara Mustafy spod Wiednia, szable ozdobne i koncerze, a wreszcie olbrzymia szpada z pochwą i pasem, obok kapelusza z purpurowego aksamitu, wysadzanego perłami we wzór gołębicy, mającej wyobrażać Ducha św. – dary papieża Inocentego XI dla Sobieskiego jako obrońcy chrześcijaństwa. Osobno i za to samo zwycięstwo przez Ludwika XIV ofiarowany Sobieskiemu płaszcz św. Ducha z czarnego aksamitu, z wypukło haftowanymi szczerozłotą nicią liliami burbońskimi oraz bogato haftowanym zielonym kołnierzem, pyszna i dostojna kapa wagi 50 funtów.

A poza tym ozdobne rzędy na konie, siodła, uprzęże, zbroje, resztki wspaniałej ongi kolekcji monarszej i magnackiej, zebrane na Wawelu już za czasów niepodległości.

Prócz wspomnianej chorągwi, zdobytej pod Parkanami są dwie jeszcze zdobyte pod Wiedniem, dalej królewskie, hetmańskie, cechowe i dawne miejskie. Są wyroby złotnicze, zegary, gdański i toruński, miniatura Michała Wiśniowieckiego, łańcuch Zygmunta III, wyjęty z grobu króla przez Izabellę Czartoryską, medal wybity na pamiątkę zwycięstwa pod Chocimem, kubki, puchary, misy, buławy.

Ale najwięcej miejsca zajmują arrasy wawelskie. Cztery z nich znajdowały się w dzień poprzedzający wybuch wojny na zamku warszawskim. Wywiezione razem z kancelarią cywilną Prezydenta dotarły do Ołyki, gdzie zostawiono je w zamku wraz ze słynnym dywanem wilanowskim i „Batorym pod Pskowem” Matejki.

Z 356 arrasów Zygmunta Augusta do naszych czasów dotrwało razem 136; ewakuowano zaś we wrześniu z Wawelu 132, w tym 13 fragmentów meblowych, pociętych przez Rosjan, którzy używali arrasów, po wywiezieniu ich z Polski w r. 1794, do dekoracji carskich pałaców – i jeden zwitek drobnych kawałków, pozostały z tych pocięć. Arrasy oglądał w Gatczynie na początku b.w. Feliks Kopera i ubolewał nad ich zniszczeniem. Obijając ściany obcinano je do ich wymiarów; gdy trzeba było dla wentylacji wyciąć dziurę w najpiękniejszym arrasie, nie robiono sobie skrupułów. Nie wahano się przykrawać prześlicznych tkanin z figurami aniołów, grających na instrumentach, aby wyściełać nimi krzesła, którym jako oparcie dodawano nowożytne tkaniny bez artystycznej wartości, przedstawiające herby miast rosyjskich.

Arrasy jagiellońskie wyszły z warsztatów tkackich w Brukseli. Z 24 biblijnych dochowało się po dzisiejsze czasy w polskim posiadaniu 18: 6 przedstawiających dzieje Adama i Ewy, Kaina i Abla, p.n. „Raj”, 7 – dzieje Noego, p.n. „Potop”, 4 – historię wieży Babel, 1 – spotkanie Saula i Dawida. 3 arrasy z serii biblijnej, przedstawiającej dzieje Mojżesza, Ossoliński ofiarował imieniem króla Urbanowi VIII w r. 1633.

W świetle zarówno tego królewskiego daru dla papieża jak darów papieskich dla Sobieskiego, warto zanotować że w Bukareszcie, już po udanej ewakuacji skarbów z Polski, kustosze wspólnie z ambasadą polską w Rumunii doszli do przekonania że najlepiej będzie szukać dla nich azylu w Watykanie; ale odpowiedź Watykanu na oficjalną w tej sprawie prośbę brzmiała że zgadza się on przyjąć pod swoją opiekę tylko te zbiory, które są obiektami kultu religijnego, co było jednoznaczne z uchyleniem się od kłopotu.

* * *

Podróż galarem z prądem Wisły trwała pięć dni. Przypadek chciał że zaraz na drugi dzień pod Korczynem spotkano holownik „Paweł”, ciągnący galar naładowany solą z Wieliczki oraz rodzinami piaskarzy podkrakowskich. Do holownika tego doczepiono galar wawelski. Można sobie wyobrazić że tego rodzaju konwój, płynący środkiem Wisły, przeważnie za dnia, skoro nieprzenikliwa mgła już na drugi dzień podróży uniemożliwiła posuwanie się w nocy, stanowił dla samolotów niemieckich przedmiot i cel wcale zachęcający. Spotkali zresztą po drodze zatopione na płyciznach statki i galary, w tym dwa zwłaszcza, które utkwiły w pamięci pamiętnikarza tej ekspedycji: jeden z maszynami, oznaczonymi marką fabryki Bata, drugi naładowany skrzyniami z napisem DOK Kraków. Zastanawiano się na płynącym galarze czy to nie przypadkiem drukarnia DOK, której dano w staraniach o ratunek pierwszeństwo – przed skarbami Wawelu.

Początkowy plan przewidywał dotarcie do Sandomierza, przeładowanie się tam na wagony i jazdę do Jarosławia, ale 6 września rano, gdy Polkowski z kustoszem Świerzem, zostawiwszy galar w wiklinach o 2 km przed mostami Sandomierza, udali się do miasta by poczynić starania o odpowiedni transport, trafili na bombardowanie mostów i śródmieścia, co zdecydowało ich szybko na kontynuację podróży Wisłą. Pozbyto się szczęściem galaru z solą i piaskarzami, i „Paweł” ciągnął już tylko galar wawelski. Im dalej w dół rzeki, tym sytuacja stawała się bardziej niepokojąca. Zatrzymywały konwój nieufne patrole wojskowe; kierownik ekspedycji tłumaczył się i legitymował w dowództwie odcinka pod Piotrowicami, ale nie otrzymał pomocy, tylko radę aby trzymać się raczej „prawego brzegu Wisły, bo nie wiadomo co się dzieje na lewym”.

Wśród rosnącej niepewności i zagrożenia, które towarzyszyło konwojowi łunami pożarów, obrazem zgliszcz i dymów, dalekimi wstrząsami bomb, dotarł on wreszcie 9 września do Kazimierza nad Wisłą, zatrzymał się w widłach łachy wiślanej i tam czekał na powrót kierownika ekspedycji i kustosza. Kazimierz, już kilkakrotnie bombardowany, okazał się w dodatku zdemoralizowany rozkazem ewakuacji wszystkich urzędów. Jedynie tylko kierownik poczty przejął się gorąco sprawą znalezienia pomocy i dostania oficjalnego polecenia ratowania zbiorów. Mimo rozkazu ewakuacji próbował połączyć się ze starostwem w Nałęczowie, potem z województwem w Lublinie, potem z dowództem odcinka – wszystko tymczasem na próżno. Wydawało się że przeciwległy brzeg Wisły jest już w rękach niemieckich. Wobec niewyjaśnionego położenia, postanowiono zbiory wyładować i wszelkimi sposobami próbować dalszej podróży w kierunku południowo-wschodnim lądem. Odesłano służbę wawelską, zatrzymując tylko niezbędną do pomocy w transporcie skarbów eskortę. Doprowadzono galar do przystani zimowej, dokąd według instrukcji telefonicznej miały przyjść ciężarówki z dowództwa odcinka i zabrać zbiory. Nie przyszły. Zamiast nich nazajutrz, t.j. 10 września, o 7-ej rano nadjechało 12 chłopskich furmanek pod komendą jednego kaprala i szeregowego. Zaczęła się powolna, niepewna przeprawa końmi najpierw do wsi Bochotnicy (8 km), gdzie chłopi oświadczyli że dalej nie pojadą, ale groźbą i prośbą skłonieni do dalszej drogi dowieźli zbiory do Celejowa (12 km), wreszcie do Karmanowic (28 km), dokąd podwody ze skrzyniami dobiły pod wieczór. Rozładowano je w pobliskim lesie a 11 września próbowano połączyć się z pobliskiej Wąwolnicy z władzami w Lublinie, nalegając na szybką i nieodzowną pomoc. Tego dnia przewieziono skarby pod wieczór tylko do Wąwolnicy (6 km), nocą natomiast zrobiono dalszych 22 km, docierając do Wojciechowa, gdzie komendant policji miejscowej zażądał przede wszystkim pokazania, co zawierają skrzynie, i dopiero po przekonaniu się o ich zawartości nieco złagodniał, choć czekała jeszcze kierownika ekspedycji niemała z nim przeprawa, gdy szło o dostarczenie podwód, aby dojechać na drugi dzień rano do Tomaszowic (30 km). Poprzedniego bowiem wieczoru (12 września) zjawił się w Wojciechowie wysłany z rozkazu dowódcy DOK Lublin oficer, informując że kilka autobusów czekać będzie na drugi dzień rano w Tomaszowicach. Dopiero jednak o północy znalazły się furmanki i konie. O 4-ej rano spotkano wreszcie trzy autobusy warszawskie i ciężarówkę Forda na bocznej drodze pod Tomaszowicami. Autobusy były pod eskortą wojskową, prowadzone przez obsługę tramwajów warszawskich. Ciąg dalszy jazdy odbył się odtąd znanym już dzisiaj szlakiem ewakuacji i w znanych warunkach wrześniowego exodusu. Alarmujące telefony naczelnika poczty z Kazimierza dały rezultat. Później już dowiedziano się że naczelne dowództwo we Włodzimierzu wysłało na ratunek skarbów trzy samochody ciężarowe i 12 policjantów, ale transport ten został rozbity przez Niemców; trzeciemu tylko samochodowi udało się wrócić cało.

17 września nocą ekspedycja wawelska dotarła do Kut. Tu już kotłuje się olbrzymie skupisko ludzi i wozów, poruszone nie sprawdzoną dotąd wieścią o przekroczeniu przez armię sowiecką granic Polski. Zagadnięty w tej sprawie pewien generał, którego przypadkiem spotkał jeden z woźnych, odpowiedział szorstko, że z cywilami nie rozmawia, i odwrócił się na pięcie. Ale wiadomość potwierdzała się, i wozy zaczęły spływać ku granicznej przeprawie, posuwając się w nocy powoli i docierając wreszcie na most.

W przytoczonej już relacji gen. Składkowskiego czytamy pod datą 17 września: „Wreszcie przejeżdża sztab, skarbiec wawelski, Fundusz Obrony Narodowej, wozy z pożyczką złotą na wojnę, w końcu jedzie wielki obóz lotników z gen. Kalkusem”.

Brzmi to jak gdyby skarbiec wawelski należał do konwoju otoczonego opieką i cieszącego się osobnymi względami w rzędzie najważniejszych od samego początku przedmiotów troski ewakuacyjnej.

* * *

W nocy z 18 na 19 listopada zbiory odpłynęły na statku „Ardeal” z Constanzy, 7 stycznia 1940 wylądowały w Marsylii. Przewieziono je stamtąd do Aubusson i złożono w składzie Mobilier National, mieszczącym się w dawnej fabryce gobelinów. Jedna ze skrzyń z arrasami zamokła, i fachowcy francuscy pomogli nie tylko w suszeniu arrasów, ale także w ich reperacji, zwłaszcza że w rezultacie wilgoci pojawiła się na niektórych pleśń.

Nowy etap ich dziejów rozpoczął się z uderzeniem Hitlera na Zachód. 8 czerwca 1940 rada ministrów w Angers postanowiła ewakuację zbiorów do Bordeaux. 15 czerwca Karol Estreicher przywiózł do Aubusson trzy walizy z dodatkowymi skarbami, które dotąd przechowane były w Banku Francji. Walizy te zawierały inkunabuły, najwcześniejsze kroniki rękopiśmienne, Galla Anonima i Kadłubka, kazania świętokrzyskie, biblię Królowej Bony, psałterz floriański, z druków zaś pelpiński egzemplarz Biblii Gutenberga, a poza tym zakupiony przez rząd polski w r. 1937 największy w świecie zbiór rękopisów Chopina, które to pamiątki stanowić będą w dalszym przebiegu wydarzeń nieodłączną już część zbiorów, pomnażając niepomiernie ich wartość.

Kończy się właśnie w Aubusson pakowanie skarbów i zaczynają się przygody przypominające wrześniowe zabiegi o znalezienie środków transportu, nie mówiąc o kłopotach związanych ze znalezieniem szofera który by miał prawo jazdy po całej Francji.

W Bordeaux załadowano zbiory na szczęśliwie obecny w porcie „Chorzów”, który właśnie przywiózł siarkę, smołę pogazową i sole azotowe. 21 czerwca transport dopłynął do Falmouth. Zbiory przewieziono do ambasady w Londynie, po czym wyruszyły na „Batorym” z portu w Gourock i 13 lipca dotarły szczęśliwie do Halifaxu.

* * *

Kończą się przygody wojenne skarbów wawelskich, zaczynają się jednak, zaraz po zakończeniu wojny, przygody innego gatunku, jako odbicie konsekwencj i określonych trafnie tytułem książki ambasadora Jana Ciechanowskiego „Klęska w zwycięstwie”.

Kanadyjski rząd federalny był związany z rządem polskim na emigracji umową, która przewidywała że dostęp do skarbów ukrytych w Kanadzie posiadać będą dwaj ich kustosze i nieodstępni stróże zbiorów, Świerz i Polkowski, zaopatrzeni w odpowiednie dokumenty i znający umówione z władzami kanadyjskimi hasło. Po cofnięciu uznania rządowi na emigracji i uznaniu przez Kanadę rządu w Warszawie, przybyły do Kanady poseł administracji warszawskiej jako najpilniejsze swoje zadanie uważał przejęcie skarbów wawelskich i odesłanie ich do Polski. Znalazł on w tym zadaniu pomoc Świerza. Ten, zaopatrzony w ważne jeszcze od czasu umowy z rządem emigracyjnym dokumenty i hasło i wiedząc o miejscu ukrycia (na farmie eksperymentalnej pod Ottawą), zwrócił się o ich wydanie. Okazało się jednak że został w tym zamiarze uprzedzony. Zbiorów w miejscu ich pierwotnego przechowania nie znaleziono: zostały już przedtem wydane posiadaczowi takiego samego kwitu i hasła, jakie przedstawił Świerz. Z tego zniknięcia skarbów zrobiła się sensacja na całą Kanadę, żeby nie powiedzieć, na cały świat; ale dopiero w r. 1948 policja kanadyjska odnalazła nietknięte skrzynie ze zbiorami w klasztorze 00. Odkupieńców w St. Anne de Beaupre w prowincji Quebec. Przeniesienie skarbów na teren prowincji Quebec wywołało komplikacje dyplomatyczne nie tylko między Warszawą i Ottawą, ale także między rządem federalnym Kanady i władzami prowincji, w której obrębie znalazły się teraz polskie zbiory. Premier Duplessis skorzystał z przysługującej mu wobec rządu federalnego autonomii i odmówił wydania zbiorów Ottawie, przejmując nad nimi opiekę i sekwestrując je niejako, do czasu kiedy prawowite władze polskie będą mogły nimi rozporządzać. Złożone zostały w podziemiach muzeum prowincjonalnego w Quebec i otoczone fachową opieką, ale niedostępne dziś dla nikogo bez upoważnienia premiera. Co pewien czas dokonywa się ich oficjalna lustracja i konserwacja przy udziale kustosza Polkowskiego, który jak wierny stróż i opiekun tego narodowego dobytku dotrwał na swoim trudnym posterunku mimo niejednych szykan i częstego braku elementarnych środków finansowych.

* * *

Nie byłoby pożytku w opowiadaniu tych dziejów, gdyby nie próbować z faktu istnienia zbiorów wawelskich na emigracji wyciągnąć jakichś konstruktywnych wniosków. Jest rzeczą wychodztwa aby zbiory te nie czekały na zmiłowanie lepszych czasów, ale już dzisiaj poczęły dla ich przyjścia pracować. W naszych warunkach, w których propaganda wartości kulturalnych polskiego dorobku nie przenika do wyobraźni Zachodu tak jak one na to zasługują, zbiory znajdujące się w Kanadzie reprezentować by mogły przy umiejętnym zajęciu się ich sprawą atut bez konkurencji. Jeśli nawet uznać że w obecnych warunkach premier Duplessis nie może zmienić swojej decyzji wydania ich komukolwiek, jedynym czynnikiem, który nawet w tych drażliwych okolicznościach mógłby uzyskać dostęp do zbiorów, to historycy sztuki. Powołanie odpowiedniej kanadyjsko-amerykańsko-polskiej komisji naukowej, która by podjęła się przygotowania nie istniejącej dotąd monografii zbiorów polskich, znajdujących się obecnie w Kanadzie, jest jedynym sposobem wyjścia z impasse’u.

Monografia arrasów np., z kolorowymi planszami, oto w przede dniu obchodów tysiąclecia państwowości polskiej prawdziwie wielki pomnik, którego postawienie leży w rzędzie wykonalnych projektów. Utrwalenie go w świadomości współczesnych wydaje mi się zgodne z testamentowym przykazem Zygmunta Augusta, gdy oddawał Rzeczypospolitej jagiellońską puściznę „ku ozdobie potężnej i potrzebnej a uczciwej”.

Aleksander Janta.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

1 komentarz

  • Krzysztof Pawlak - rotkreuz 20 stycznia 2018 at 20:47

    Witam
    Jestem prawnukiem Andrzeja cholewy tzw rodzin wawelskich, którzy mężowie ewakuowani dzieła sztuki z Wawelu. Miło przeczytać o tej historii. Wielu z tych ludzi przypłaciło ta ewakuacje życiem. Byli ścigani przez wszystkich nawet po wojnie. Chętnie wymienię się informacjami na ten temat.

    Odpowiedz
  • Napisz komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    Close