Tak zwany Wschód europejski

Czym właściwie jest t.zw. europejski Wschód? Po tym wszystkim co zostało już napisane na ten temat, pytanie wydać się może co najmniej spóźnione. Nie obniżając w niczym zasług wielu uczonych, polityków, pisarzy, ma się jednak czasami wrażenie że gdyby o tym Wschodzie napisano nieco mniej, może byśmy go znali nieco lepiej. Nie chcę przez to nikogo urazić. Chcę tylko zwrócić uwagę na prawdę dobrze znaną że specjaliści, nawet w dziedzinie nauk ścisłych, ulegają często skłonności do zbyt pochopnej diagnozy. Ta skłonność, z punktu widzenia ludzkiego zrozumiała, znajduje tym szersze pole w dziedzinach mniej konkretnie określonych. Do nich należy europejski Wschód. Znane jest przysłowie o drzewach, które zasłaniają widok lasu. Otóż dziedzina europejskiego Wschodu jest tak obszerna, że z natury rzeczy dostarcza niezliczonej ilości podobnych drzew, które wcale skutecznie potrafią zasłaniać widok lasu.

Jedną z najbardziej rozpowszechnionych zasłon tego typu jest teoria, że bolszewizm stanowi rzekomo historyczną konsekwencję dawnej Rosji, że jest wytworem typowo wschodnim, skoro sama Rosja była zawsze wytworem Wschodu. Teoria ta po prostu nie uwzględnia faktów tak prostych jak ten np. że Rosja przedrewolucyjna, państwo (ustawowo nawet!) związane z wiarą w Boga, oparte na moralności chrześcijańskiej, własności prywatnej, wolnej konkurencji, kapitalistycznej strukturze gospodarczej, indywidualności ludzkiej i t.d. – bardziej zbliżone było, powiedzmy, do Portugalii położonej na zachodnim cyplu Europy zachodniej niż do dzisiejszego państwa Sowietów, jeżeli już o porównania chodzi. Nie można naturalnie zaprzeczać specyficznym różnicom geograficznym, klimatycznym, etnicznym, obyczajowym, historyczno-rozwojowym i mnogim innym. W sumie jednak nie tworzyły one różnic organicznych większych od tych jakie normalnie zachodzą pomiędzy tym czy innym krajem zachodnioeuropejskim. Życie w Petersburgu czy w Moskwie bardziej podobne było do życia w Londynie niż życie w Londynie do życia na Sycylii. W rzeczywistości nie istnieje ta, podniesiona nieomal do mitycznej potęgi, linia podziału na Wschód i Zachód europejski, którą się zwykło przeciągać.

SPÓR TEOLOGICZNY

Mimo to ta linia podziału jest bardzo stara. Zrodziła się ze sporu między Kościołami zachodnim i wschodnim, między katolicyzmem i prawosławiem. Spór czysto teologiczny. To co się obecnie zwie kulturą zachodnią jest puścizną kultury łacińskiej, krótko: katolickiej. Propaganda nie jest wynalazkiem ostatnich czasów. Propaganda była zawsze. Klasycznym jej pierwowzorem była propaganda kościelna. Na Zachodzie całe pokolenia pozostawały pod wpływem propagandy katolickiej, która przez długie wieki formowała poglądy. Dziś jeszcze przeciętny Europejczyk, gdy mu się zaproponuje by w trzech słowach sformułował historię Europy, odpowie: Rzym – średniowiecze -odrodzenie. Prawie nie ma miejsca w jego pamięci na dzieje 1000-letniego cesarstwa bizantyjskiego. W istocie zaś Bizancjum było długowiecznym ośrodkiem kultury europejskiej, i to wtedy właśnie gdy zachodnia jej część tonęła w t.zw. mrokach średniowiecza. Stało się jednak tak że propaganda łacińska w jej sporze z prawosławiem nie tylko postarała się o zapomnienie tej historycznej roli, ale przeistoczyła ją nawet w pojęcie ujemne. Co oznacza pojęcie „bizantyjski”, wiemy wszyscy. Natomiast nie wszyscy zdają sobie sprawę że ów „mot d’ordre” miał wtenczas identyczne znaczenie co w dobie nacjonalizmów hasła służące do rozbudzania rzekomo historycznych niechęci między narodami. Tak więc cokolwiek było złego w Bizancjum, piętnowano jako bizantyjskie czyli wschodnie. Natomiast takie samo zło na Zachodzie pozbawione było stałego epitetu i uchodziło za objaw przejściowy, niejako chwilowego pobłądzenia.

Osobiście jestem przekonany że nie było zasadniczej różnicy jakościowej w ujemnych objawach Wschodu i Zachodu europejskiego. Mordowano i wyłupiano oczy tu i tam. Objawy barbarzyństwa musiały być wszędzie analogiczne, jeżeli nie identyczne. Gdy się dziś na przykład w Salerno czy gdzie indziej we Włoszech ogląda zabytki sztuki bizantyjskiej częściowo pozamazywane lub poniszczone tylko dlatego że nie były łacińskie, trudno się oprzeć wrażeniu że takie postępowanie poczytano by za typowo bizantyjskle gdyby właśnie nie było rzymskie. Podobnie wiele okropności, wojen, prześladowań religijnych, a już na pewno procedurę św. Inkwizycji, zaliczono by do kategorii typowo wschodnich gdyby nie zaszły na Zachodzie.

Terytorialną granicę podziału, zbliżoną zresztą do obecnej, charakteryzowała nazwa „przedmurza chrześcijaństwa”. W istocie jednak przedmurze to nie leżało na granicy chrześcijaństwa, a jedynie na rubieżach Kościoła katolickiego. Kawalerowie mieczowi największą swą bitwę stoczyli nad Jeziorem Pejpus w r. 1242 nie z poganami ale z Aleksandrem Newskim, późniejszym świętym Kościoła wschodniego. Pod datą r. 1386 występuje w historii Polski chrzest Litwy. W istocie jednak Wielkie Księstwo Litewskie wykazywało w tym czasie znikomą ilość pogan a olbrzymia większość mieszkańców dawno już przyjęła chrześcijańską religię prawosławną. Najstarsze świątynie w Wilnie i w Grodnie należą właśnie do tego obrządku. Mianem więc chrztu ochrzczono właściwie tylko intronizację Kościoła katolickiego na Litwie.

I odwrotnie: gdy 29 maja 1453 padała pod naporem niewiernych stolica 1000-letniego cesarstwa chrześcijańskiego na Wschodzie, Zachód łaciński nie udzielił jej żadnej pomocy, z wyjątkiem floty weneckiej, a i ta nie przybyła wskutek niepomyślnych wiatrów.

DWIE MIARY

Z tej tradycyjnej, wzajemnej zresztą, niechęci dwóch Kościołów bierze swój początek owa podwójna miara w ocenie t. zw. Wschodu i Zachodu europejskiego, która przetrwała do naszych czasów. Pamiętam jak w okresie przedrewolucyjnym niemetryczny system, używany w Rosji, charakteryzowano jako typowe zacofanie. Analogiczny system w Anglii, nb. panujący do dziś dnia, ma świadczyć tylko o przywiązaniu do tradycji. Gdy Mikołaj II piastował godność głowy Kościoła, stanowił przykład „typowego bizantynizmu”. Natomiast gdy Elżbieta II jest głową dwóch Kościołów naraz, świadczy to o „popularności monarchii” i t.p. Gdy w dzisiejszej nędzy bolszewickiej ludzie potulnie stają w kolejkach przed sklepami po kawałek chleba, mówi się często o rabskiej uległości, puściźnie Iwana Groźnego i t.d. Gdy w Londynie przy mniej ważnych okazjach ustawiają się w posłuszne kolejki, cytuje się to jako przykład dyscypliny społecznej. Gdy carski policjant (gorodowoj) tłukł w zęby pięścią, był przykładem barbarzyńskiego Wschodu. Gdy policja francuska z powodów, bywa, mniej koniecznych tłucze po głowie pałkami, nie jest to traktowane jako typowe dla Zachodu. Jestem przekonany że gdyby Szwajcaria nie leżała w środku Europy a na przykład za linią Curzona, znalazłoby się wielu rzeczoznawców, którzy by pozbawienie kobiet prawa głosu w wyborach potrafili uzasadnić jako przeżytki tatarskiego wpływu. Podobnie pogromy żydowskie z r. 1905 w Rosji, proces Bejlisa w Kijowie o rzekome zabójstwo rytualne w r. 1913, również uchodziły swego czasu za możliwe tylko na ciemnym Wschodzie. A przecież samo zestawienie tamtych ekscesów ze straszliwą formą jaką przybrało prześladowanie Żydów w europejskiej fortecy Hitlera, wydaje się po prostu naiwne. Wieleż to erudycji przelano na papier gazet zachodnich podczas procesów moskiewskich z lat 1937-1938 dla przeprowadzenia dowodu że niesłychaną formę pokajań oskarżonych objaśnić można jedynie puścizną bizantyjskiej psychiki i wychowania w wiecznym rabstwie. Gdy jednak po r. 1945 w analogicznych procesach bolszewickich analogiczne pokajania składali: generał niemiecki, attaché brytyjski, biskup katolicki, kardynał rzymski i t.d. i t.d. nie było już mowy o wschodnich duszach, tylko o tajemniczych pigułkach.

CZY ISTNIEJE „DUSZA WSCHODNIA”?

Jest wielu fachowców tej dziedziny, którzy podkreślając rzekomą odrębność duszy wschodniej, zwłaszcza duszy rosyjskiej, powołują się na wypowiedzi filozofów i wielkich pisarzy rosyjskich, cytują Hercena, Bakunina, Gogola, Chomiakowa, Aksakowa, Tiutczewa, Dostojewskiego i wielu innych: „Posłuchajcie co sami piszą o sobie!” Nie będę się zagłębiał aż tak dalece w polemikę historiozoficzną, jak nie podejmuję się zabierania głosu w sporze, który z Kościołów ma rację: czy ten co utrzymuje że Duch św. pochodzi tylko od Boga Ojca, czy też ten co twierdzi że od Ojca i Syna? Bo to, jak wiadomo, jest główną podstawą rozbieżności. Wydaje mi się że obie polemiki, tamta z VI do XI w. i obecna z XIX i XX w., mają pewne cechy wspólne w ich nieco zawiłym talmudyzmie. Osobiście przekonany jestem że trudności, na jakie natrafia wielu specjalistów przy poszukiwaniu „duszy rosyjskiej” polegają na tym że się poszukuje rzeczy która nie istnieje.

Istniejąca odrębność pomiędzy psychiką zachodnioeuropejską i wschodnioeuropejską tkwi, moim zdaniem, w zacofaniu cywilizacyjnym wschodnich połaci Europy i wywodzącego się stąd analfabetyzmu. Pamiętam że gdy w r. 1911 po raz pierwszy jako dziecko byłem we Francji, zwrócono mi uwagę: „Patrz! Dorożkarz na koźle czyta gazetę!” Chłop rosyjski gazet nie czytał. Nie interesowało go zagadnienie, która drużyna zwycięży w footballu, i wiele innych zagadnień poruszanych w gazetach. W wolnych od zajęć chwilach interesowało go zagadnienie bardziej do rozmyślań dostępne: czy Bóg jest i gdzie leży prawda. Stąd owe przysłowiowe, rzekomo typowo rosyjskie „bogo- i prawdoskatielstwo”, które w znacznym stopniu znalazło odbicie w literaturze. Z drugiej jednak strony, zarówno w literaturze zachodniej jak w życiu i w kronikach kryminalnych, czyli w milionach i milionach przypadków, odnajdziemy identyczne tematy, identyczne odruchy, pobudki, tęsknoty i czyny, które rzeczoznawcy od kartotek rozdzielczych przypisaliby w każdym poszczególnym wypadku „psychice wschodniej”, gdyby na Wschodzie je zanotowali. Podobnie zresztą jak się w dobie nacjonalizmów uważa pochopnie za typowo francuskie, angielskie, polskie czy niemieckie coś co w istocie swojej jest tylko – typowo ludzkie.

Zagadnienia Boga i prawdy nie stoją niżej pod względem kulturalnym od zagadnień bieżącej polityki, sportu czy kina. Bywa nawet odwrotnie że te poziom kultury obniżają. Gdy się patrzy na stutysięczne tłumy w stolicy zachodnioeuropejskiej, zadeptujące się nawzajem w walce o zobaczenie chociażby z daleka mistrza „rock ‚n’ roll” – poziom zainteresowań kulturalnych muzyka wschodniego może się wydać wyższy.

Analfabetyzm, słusznie zwalczany przez wszystkie narody świata, w praktyce Europy wschodniej odegrał pewną rolę dodatnią. Mianowicie w okresie przedrewolucyjnym pozbawiał doły społeczne tej pseudokultury, która formalnie zalewa Zachód, znajdując odbiorców wśród masy półinteligenckich i ćwierćinteligenckich. Na Wschodzie t.zw. społeczeństwo stanowiły wyłącznie warstwy górne o kulturze nie ustępującej najwyższemu poziomowi kultury zachodniej.

BOLSZEWIZM NIE PUŚCIZNĄ, LECZ ODWRÓCENIEM DAWNEJ ROSJI

Dopiero październikowa rewolucja bolszewicka dokonała w Rosji przemiany odwracając porządek rzeczy. Zniósłszy, jako „burzuazyjną”, dawną kulturę warstw wyższych, „podniosła” masy z analfabetyzmu, ale właśnie do poziomu pseudokultury. Obejmując policyjnym zakazem zagadnienie Boga i prawdy nie dała w zamian innych, gdyż wszystkie zagadnienia świata zostały już z góry rozstrzygnięte przez Lenina i wystarczy je tylko umieć na pamięć. Wątpienie stało się karalne. A tam gdzie nie ma wątpliwości, nie może być zastanowienia, a więc nie może być myśli. Stąd dawna Rosja, przesadnie, być może, słynąca z „rozcinania włosa”, przeistoczyła się w kolektyw bezmyślnie powtarzający wersety leninowskich kanonów.

Bolszewizm nie tylko nie jest puścizną struktury psychicznej dawnej Rosji, jak utrzymują niektórzy, ale jej odwróceniem, i to pod każdym względem: polityczno-ustrojowym, gospodarczym, filozoficznym, obyczajowym a najbardziej może – psychicznym. Zachowując zewnętrzne ramy imperium, zmieniono jego substancję wewnętrzną.

Wielu powołuje się na politykę zagraniczną Sowietów, wskazując jej częstą analogię z polityką zagraniczną carskiej Rosji. To prawda. Ale wytyczne polityki zagranicznej każdego państwa są prawie zawsze stałe, gdyż wynikają z położenia geograficznego. Gdybyśmy Włochów zastąpili Chińczykami lub Skandynawami, poprowadzą taką politykę zagraniczną jaką narzuca im położenie geograficzne półwyspu Apenińskiego.

Przy ocenie bolszewizmu należy znać dzieła Lenina. A on pouczał że dla osiągnięcia celu dopuszczalny jest dosłownie każdy chwyt taktyczny, a więc z moskiewskiego punktu geopolitycznego tym bardziej i chwyty starej Rosji. Nie rosyjski imperializm posługuje się międzynarodowym komunizmem, lecz odwrotnie: międzynarodowy komunizm posługuje się rosyjskim imperializmem.

Niekiedy słyszy się pytanie mające służyć za argument: „Czym się jednak tłumaczy że komunizm zapuścił korzenie właśnie w Rosji?”. Można na nie odpowiedzieć obszernym traktatem, można też lapidarnym kontrpytaniem: „A czym się tłumaczy że twórca romantyzmu europejskiego, naród „Dichter und Denker”, dopuścił do hitleryzmu?”. Hitleryzm był rzeczą antypatyczną, więc wrogowie Niemiec usiłują dowieść że zrodził się ze swoistej duszy germańskiej. Bolszewizm jest rzeczą antypatyczną, więc wrogowie Rosji starają się dowieść że zrodził się ze swoistej duszy rosyjskiej czy też bizantyjskiej lub wschodniej. Zapanowanie komunizmu w Rosji jest takim samym wynikiem zbiegu wielu okoliczności, jak zapanowanie hitleryzmu w Niemczech, faszyzmu we Włoszech, czy chociażby tegoż samego komunizmu gdzie indziej; przecież niewiele do jego tryumfu brakło na zachodnim krańcu Europy, w Hiszpanii.

„TAJEMNICA” KOMUNIZMU LEŻY NA ZACHODZIE

Zazwyczaj tajemniczej dyspozycji psychicznej bolszewików szuka się w Moskwie. Niesłusznie. W Moskwie panuje przymus zewnętrzny, czyli uboczny czynnik mechaniczny, mogący wpływać na zniekształcenie badanego przedmiotu. Poza tym dostęp do Moskwy jest utrudniony. Wydaje się więc że byłoby bardziej celowe przeniesienie badań na teren, gdzie fenomen komunizmu występuje w formie prawie czystej, t.zn. bez przymieszki zewnętrznego nacisku policyjnego, a jednocześnie w ośrodkach ogólnie i łatwo dostępnych. Tak np. we Włoszech p. Togliattiego lub we Francji p. Thoreza, gdzie do 30% ludności głosuje na komunistów z wolnego wyboru. Nie da się również zaprzeczyć że komunizm jest wytworem nie wschodniej ale zachodniej Europy. Lenin, jak wiadomo, przywiózł go do Moskwy ze Szwajcarii, Berlina, Paryża, Londynu, Brukseli, a nie odwrotnie.

Utrzymuje się powszechnie przekonanie że rosyjski bolszewizm to nie to samo co europejski komunizm. Trudno z twierdzeniem tym polemizować, gdyż oparte jest na jawnym zlekceważeniu powszechnie znanych faktów, które świadczą o identycznej ideologii, ścisłych więzach i jednakiej dyscyplinie wewnętrznej całego międzynarodowego komunizmu, pod każdą szerokością geograficzną. Występuje tu typowy „wishful thinking”, czyli widzenie tego co się chce widzieć. Podłożem tego jest przyrodzony ludzki optymizm, a w danym wypadku ma on swoje szczególnie ważne powody praktyczne.

Bolszewizm moskiewski, przedstawiony jako wytwór czysto wschodni a więc obcy łacińskiej psychice Zachodu i nie dający się jej zaszczepić, wydaje się przez to mniej groźny niż się go maluje. Zgodnie z tym optymistycznym ujęciem kształtuje się też stosunek do komunizmu zachodnioeuropejskiego. Nie tylko w sferach „fellow-traveller”ów. ale i szczerych demokratów, dominuje dziś kierunek który bym nazwał „doncamillizm”. Jest to pobłażliwy stosunek do dziwaków, wprawdzie trochę męczących, ale nie pozbawionych poczciwości uparciuchów. Rozpropagowany przez jedną z najpopularniejszych książek i filmów europejskich p.t. „Don Camillo”, stanowi właśnie tę pełną parafialnego wdzięku konkurencję dwóch ideologii, wszakże u podstaw zespolonych braterstwem broni w ostatniej wojnie. Ten typ komunisty, w gruncie rzeczy dobrego patrioty, starają się dziś, już pod innymi auspicjami, aprobować wszyscy entuzjaści titoizmów i „narodowych komunizmów”.

Być może, wspólnym podłożem tych rozmaitych dążeń do zdeaktualizowania niebezpieczeństwa komunistycznego jest też strach przed wojną. Nikt prócz narodów ujarzmionych nie chce wojny. A poza wojną nikt naprawdę nie ma konkretnej recepty na usunięcie niebezpieczeństwa komunistycznego. I dlatego jedni drugich pocieszają że albo ono nie istnieje, albo nie jest niczym niezwykłym.

TO CO JUŻ BYŁO

Pozornie jest w tym pewna doza prawdy. To co się w t.zw. popularnie propagandzie antysowieckiej podaje za treść tej groźby, istotnie nie wydaje się żadnym „novum”. Wszystko to już było. Ani masowe mordy, ani obozy koncentracyjne, ani rządy policyjne, ani system totalitarnej monopartii nie stanowi wyłączności komunistycznej. W niektórych wypadkach zachodzą różnice ilościowe w tę lub w inną stronę. Zestawienie ze zbrodniami Hitlera (zwłaszcza jeżeli się zważy metody wytępienia Żydów!) często wypada na korzyść Sowietów. Prześladowanie inaczej myślących przeciwników politycznych oraz forma tych prześladowań w Sowietach nie zawsze przelicytowuje nawet demokracje zachodnie. Jeżeli się przypomni że ciało Mussoliniego i towarzyszy (w tej liczbie kobiety!) wisiały przez kilka dni pod bokiem kardynała katolickiego na Piazza Loreto w Mediolanie, powieszone za nogi jak zwierzęta ubite w jatkach… Jeżeli się przypomni że poeta wszechświatowej sławy Ezra Pound posadzony był w r. 1945 przez Amerykanów do klatki po gorylu… że 85-letniego Knuta Hamsuna, jednego z największych pisarzy kuli ziemskiej, wpakowano do domu wariatów… Jeżeli uświadomimy sobie cyfry tak mało znane szerokiej opinii – według Margaret Boveri, w r. 1946 aresztowano we Francji w okresie czystki przeszło pół miliona ludzi z oskarżeniem o zdradę, odbyło się 160.000 procesów; źródła amerykańskie obliczają że 100.000 Francuzów padło ofiarą wyzwolenia, t.zn. więcej niż Francja utraciła na polach bitew i w obozach Jenieckich, w Belgii 600.000 procesów i dochodzeń, w Holandii 130.000 -musimy dojść do przekonania że w stosunku procentowym do ludności tych krajów nie stanowią one zbyt rażącej dysproporcji z 15 milionami odsiadującymi karę w łagrach sowieckich. Proces norymberski również nie potwierdził zaszczytnej odrębności Zachodu europejskiego.

W tym wypadku można by się zgodzić, podobnie jak w zestawieniu: Rzym-Bizancjum, iż nie zachodzi tu żadna różnica historyczna w jakości.

TO CZEGO NIE BYŁO

Co innego wyróżnia komunizm jako fenomen jedyny w dziejach świata. Tym fenomenem jest odebranie ludzkim słowom ich pierwotnego znaczenia. Fenomen ten występuje pod rozmaitą postacią. Czasem chodzi tylko o zamącenie słowa, czasem o nadanie mu wręcz odwrotnego sensu. Charakterystyczne jest że to zdegradowanie mowy ludzkiej, czyli głównego wyraziciela kultury, do rzeczy bez wartości, występuje w epoce po XX zjeździe partii i „destalinizacji”, w sposób może jeszcze bardziej rażący niż w okresie Lenina-Stalina. Nigdy bowiem z taką wyrazistością nie stwierdzono dotychczas z trybuny oficjalnej że miliardy słów, wygłoszone w przeciągu dziesiątków lat w najwyższych areopagach politycznych, w literaturze, w teatrze, w szkołach, na uniwersytetach, na wiecach i t.d. i t.d nie tylko nie mają żadnego pokrycia w rzeczywistości, ale zwalniają od odpowiedzialności wskutek swego masowego charakteru.

Zarówno w samym Związku Sowieckim jak w państwach satelickich, jak w t.zw. „narodowym komunizmie”, premierzy, ministrowie, urzędnicy, pisarze, naukowcy i t.d., o ile nie zostali utrąceni ze względów personalnych, pozostali na swych stanowiskach, mimo iż lata całe mówili i pisali to co dzisiaj jest zakazane. Byle dzisiaj mówili i pisali to co jest nakazane. Zresztą w tych samych słowach i tym samym tonem. To administrowanie z góry sensem słów przybrało rozmiary nie notowanej w dziejach żonglerki. Należy przy tym wziąć pod uwagę że na zdewaluowanie ludzkiego słowa zużywa się materialna energia bloku państw obejmującego dziś największy obszar na globie! Rzecz jest poza tym jeszcze z tego względu bez precedensu że przeciw deprecjacji słowa nie wolno w ustroju komunistycznym bronić się nawet milczeniem. Odwrotnie, wszyscy muszą mówić.

W ten sposób komunizm staje się, największym z możliwych, wrogiem kultury, a tym samym nie jednego narodu, ale całej ludzkości. Jeżeli uznajemy że we wszystkich sprawach ludzkich istnieje hierarchia potrzeb, to w hierarchii potrzeb dzisiejszego świata pierwszą potrzebą powinno być usunięcie komunizmu.

NACJONALIZM I „POLITYKA REALNA”

Jest wielu ludzi, którzy z tym poglądem całkowicie lub częściowo się godzi. Istnieje natomiast duża rozbieżność w poglądach na metody, które powinny być zastosowane dla osiągnięcia tego celu. Źródło tej rozbieżności tkwi właśnie w pomieszaniu pojęć i braku dokładnej diagnozy.

Poprzednio omówiłem szereg aspektów w stosunku Zachodu do Wschodu europejskiego. Wyraziłem też przekonanie że nie zachodzi pomiędzy nimi kardynalna różnica. Nie ma jej też w stosunku do zrodzonego w XIX w. nacjonalizmu. Natężenie nacjonalizmu na Wschodzie i Zachodzie jest jednakie. Nacjonalizm, jak wiadomo, posiada właściwości, nie łączące ale dzielące narody. Te właściwości są naturalnym skutkiem genezy nacjonalizmu, w którym rzadko występują pierwiastki pro… najczęściej zaś: anty… w stosunku do innych narodów. Szczególnie więc działa hamująco na wielkie koncepcje zjednoczeniowe. Nacjonalizm obraca się w realiach narodowych. Obce mu są ideologie ponadnarodowe, nawet w przeczeniu, do którego odczuwa szczególne upodobanie. Potrzebuje konkretów w pojęciach sobie właściwych. Stąd ideologia antykomunistyczna jest dla nacjonalizmu zbyt abstrakcyjna, odpowiada mu natomiast program antyrosyjski.

Dużo ludzi zwalcza przerosty nacjonalizmu jako objaw sprzeczny z duchem humanizmu. Czasem czynią to dla osłabienia tylko – cudzego nacjonalizmu. Ale nawet w wypadkach, gdy powodują się szczerą i dobrą wolą, napotykają zaporę praktycznie nie do przełamania. Zapora ta występuje dziś wszędzie pod hasłem „realnej polityki”, którą powszechnie uznano za szczyt mądrości politycznej. Gdy się jednak zeskrobie zewnętrzną powłokę frazeologii, znajdujemy pod nią istotną treść tej polityki, która za rzecz realną uważa wyłącznie interes własny. W ten sposób powstaje błędne koło, poza którym pozostają „mrzonki”, „utopie” i wszelkie inne hasła ideowe, uznane przez realnych polityków za – nierealne. A w rzeczywistości wykraczające poza ciasny krąg ich interesów. Niewątpliwie tak było zawsze. Ale z drugiej strony nigdy nie było tak wielkiego rozdrobnienia interesów narodowych z jednej strony, gdy właśnie z drugiej powstawała wielka, ponadnarodowa potęga, zagrażająca wszystkim łącznie.

Jako klasyczny przykład tej „nacjonalistyczno-realnej” polityki służyć może taki fragment: naczelny publicysta emigracyjnej, polskiej „Kultury”, która uważa siebie za pismo zwalczające nacjonalizm, pisze co następuje: „Z chwilą gdy Rosja wycofa się całkowicie z Polski nie będzie żadnych przeszkód w nawiązaniu normalnych i poprawnych stosunków pomiędzy nami a Związkiem Sowieckim. Powinniśmy zawsze podkreślać że celem naszej polityki jest wyłącznie odzyskanie niepodległości a nie zagłada Związku Sowieckiego i wyniszczenie komunizmu na wszystkich lądach ziemi”.

Z oświadczenia tego wynika więc jednoznacznie że pod jarzmem komunistycznym mogą sobie pozostać: Łotwa, Litwa, Białoruś, Ukraina, Kaukaz, narody średniej i wschodniej Azji, Chiny, Vietnam i t.d. i t.d. -byle Polska była niepodległa. Można się słusznie obawiać że celem polityki niemieckiej jest wyłącznie uzyskanie ,.Wiedervereinigung” i granic z r. 1937, a polityk, który po uzyskaniu tego „wyłącznego” celu zechciałby jeszcze namawiać do walki z komunizmem, uznany by został za nierealnego, jeżeli nie wręcz szkodliwego utopistę. Analogiczną „realną politykę” reprezentują dziś przywódcy narodu litewskiego, ukraińskiego, gruzińskiego i tych wszystkich, wymienionych wyżej narodów pod jarzmem sowieckim. Ich program realny kończy się na wyzwoleniu spod jarzma „Rosji”. A co dalej? To „dalej” zdaje się zgadzać z programem „Kultury”. Jest to więc program tego samego politycznego współistnienia z komunizmem, który w tej chwili wszystkie te narody uważają za najfatalniejszy, jeżeli uprawiany jest przez Amerykę, dopóki one same nie są jeszcze wyzwolone.

W ten sposób u podłoża t.zw. „realnej polityki” leży głęboka nieszczerość haseł w zestawieniu z istotnymi celami. Ale jednocześnie głęboka nierealność, gdyż osiągnięcie celu możliwe jest tylko przy zespoleniu a nie rozdrobnieniu interesów. Tak np. jaki interes może mieć Francja we wspólnym froncie z Niemcami przeciw „Rosji”, skoro w ciągu niespełna stu lat trzy razy prowadziła wojnę z Niemcami, a Rosja była tej Francji sojusznikiem? Natomiast interes ten staje się jasny, jeżeli chodzi o wspólną obronę przed międzynarodowym komunizmem. To są dwie rzeczy głęboko różne. Niedostrzeganie różnicy prowadzi do dysproporcji, w której międzynarodową potęgę chce się zwalczać narodowym partykularyzmem.

Jeżeli przyjmiemy założenie że „realną politykę” wielkich mocarstw dyktują również wyłącznie ich imperialno-narodowe interesy w stosunku do Rosji, musielibyśmy dojść do pesymistycznego wniosku że w tej chwili nikt na Bożym świecie nie przeciwstawia się międzynarodowemu komunizmowi a wszystkie hasła ideologiczne głoszone na Zachodzie są tylko morzem nieszczerych frazesów.

Nie ma różnicy pomiędzy komunizmem i bolszewizmem. Tak jak nie ma różnicy pomiędzy leninizmem, stalinizmem czy chruszczewizmem. Jest tylko różnica taktyki i mniej lub bardziej ostrego kursu, który nie zmienia istoty systemu. Nigdy nie było żadnego stalinizmu jako koncepcji ideowej. Stalinizm wymyślili nie wrogowie bolszewizmu ale konkurenci do władzy, utrąceni przez Stalina. Komunizm nie jest zagadnieniem geopolitycznym. Jest rodzajem psychicznej zarazy, której pierwszą ofiarą padli Rosjanie. W tym położeniu Rosja nie jest przeciwnikiem Zachodu, a powinna być jego pierwszym sojusznikiem w walce z komunizmem, którego Moskwa jest w tej chwili imperialną stolicą.

Niezależnie jednak od celu, w jakim chciałoby się obalić jej panowanie nad ujarzmionymi narodami, można tego dokonać wyłącznie przez wbicie klina pomiędzy naród rosyjski i partię komunistyczną. Nigdy zaś przez utożsamianie Rosji i komunizmu. Mamy pod tym względem odstraszający przykład polityki Hitlera podczas kampanii sowieckiej. Niestety wydaje się czasem że dzisiejsza „realna polityka” zarówno Zachodu jak emigracyjnych przywódców narodów ujarzmionych nie osłabia ale wzmacnia potęgę międzynarodowego komunizmu.

Józef Mackiewicz.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close