• Wiadomości
  • / 07.02.1954
  • / Londyn
  • / Rok 9, Nr 6 (410)

MARIAN HEMAR

Tuwim

Wiele czasu przeminie, zanim z czarnoziemu poezji polskiej urodzi się znowu kwiat tak olśniewający. Wiele wody upłynie w Wiśle, zanim w jej toni ciemnej odbije się znowu blask gwiazdy tak wielkiej, tak ślicznej i tak jaskrawej.

Gdyby okresy historyczne mierzyć i oceniać polotem poezji którą wydały – a kto wie, czy taki miernik nie byłby najmądrzejszy – dwudziestolecie niepodległości polskiej stałoby pod zodiakalnym znakiem poezji tuwimowskiej.

Byliśmy zawsze, albo niemal zawsze, bogaci w poezję i poetów. Mnogość talentów poetyckich, którymi obrodziły lata niepodległości, była jednak urodzajem nawet w naszych dziejach wyjątkowo rzadkim. Ale od pierwszego tomu swych wierszy, od „Czyhania na Boga”, nad wszystkimi górował jeden. Każdy kolejny jego tom, każdy niemal nowy jego wiersz, był wydarzeniem literackim. On, z poezji, która wszędzie na świecie musi kołatać do zamykanych przed nią drzwi i prosić aby jej raczyły słuchać uszy obojętne, w Polsce znowu zrobił lekturę poszukiwaną, pochłanianą, ponętną, pokupną. Jego wiersze nie szukały czytelnika. Czytelnik szukał i czekał ich, jak kiedyś szukał i czekał wierszy Kochanowskiego, Krasickiego, Mickiewicza, Tetmajera. Poetą owym był syn żydowskiej, drobnomieszczańskiej rodziny łódzkiej, wychowanek szkoły rosyjskiej, szczupły, smukły, neurasteniczny, zarazem pyszny i pokorny, zarazem oschły i czuły Julian Tuwim.

Był takim w poezji, jakimi często bywają Żydzi w muzyce. Był wirtuozem wersyfikacji, który – pozornie – nie wiedział co to są trudności i mozoły rzemiosła. Był mistrzem form i rytmów, rymów i metafor, alchemikiem poetyckich barwistanów, żonglerem fajerwerków, czarnoksiężnikiem prostoty. On – sam jeden – przewagą swej klarownej prostoty i jasności wygrał w Polsce batalię ze snobizmem „ekspresjonistycznego” niezrozumialstwa, uodpornił poezję polską przeciw tej grypie, która zaraziła poezję całej Europy.

Przed pokusami i niebezpieczeństwem wirtuozerstwa, które tak często staje się celem samym w sobie, ślepym zaułkiem, lub błędnym kołem twórczości, broniło Tuwima nieustające napięcie prawdziwego natchnienia. Natchnienie jego nie podlegało prawom cykliczności – porom urodzaju i okresom hibernacji. Nie znał prawie owych tragicznych w życiu każdego pisarza okresów, gdy wysycha źródło i wygasa wulkan inspiracji i wydaje się że łaska sztuki pisania uleciała i nigdy już nie powróci. Był jakby tropikalny w swym wiecznie płodnym natchnieniu, w swej niewyczerpanej żyzności. Przez dwadzieścia lat wyrzucał z siebie i tomy wierszy, i czarujące piosenki, i prześliczne wierszyki dla dzieci, i setki utworów pisanych dla kabaretu wysokiej klasy, i przeróbki sztuk teatralnych, i drapieżne satyry i humoreski. Miał zawsze czas na podniecające studia szperacza, filologa i etymologa, zakochanego w słownikach. Jego przysłowiowy dowcip i wspaniałe poczucie humoru nie były zaprzeczeniem sztuki lirycznej, przeciwnie, były jej uzupełnieniem, były inną płaszczyzną tego samego roziskrzonego brylantu. Nie ma w poezji krewnych bliższych niż wzruszenie i humor.

W każdym wielkim poecie powtarza się, jakby w skrócie, proces narodzin i rozwoju mowy – podobnie jak w łonie matki, w okresie dojrzewania płodu, powtarza się ewolucyjny skrót ludzkości. W poezji Tuwima, rodziła się na nowo, rosła, dojrzewała, zieleniła się i kwitła, „węzłem korzeni zarosła w ziemi” – Mowa Polska. Tryumfem tego zdumiewającego słoworództwa były „Słopiewnie”, muzyczny dystylat, esencja różana polszczyzny.

Od pierwszych dni mego przyjazdu do Warszawy, w lecie 1925, do ostatniego dnia na ziemi polskiej, byłem z Tuwimem bardzo blisko. Stanowiliśmy przez lata spółkę autorską w warszawskich kabaretach, w politycznych szopkach, w Teatrze Polskim. Widywaliśmy się po 365 razy w roku. Bywałem świadkiem, i nieraz powiernikiem, jego twórczych sekretów, deliberacji i trudów. A mogę szczerze stwierdzić że poufałość przyjaźni ani na chwilę nie osłabiła we mnie świadomości, iż obcuję z geniuszem, z człowiekiem, w którym siedzi coś nie z tego świata.

Ostatnia książka, którą wydałem w Polsce, w r. 1936, „Koń trojański”, zawiera drukowaną dedykację: „Julianowi Tuwimowi, z nieustającą wdzięcznością za jego przyjaźń i w nieustającym hołdzie dla jego geniuszu”.

Co stało się przyczyną powrotu Tuwima do Polski sowieckiej i zdrady jaką popełnił – okrutnej zdrady siebie samego, całej swojej przeszłości i swej istoty?

Ta „miłość do Człowieka” – przez wielkie C – którą rzekomo tak głęboko i żywo poczuł w sobie Tuwim i która go zawiodła na stronę bolszewików – jakież to żenujące kłamstwo. Tuwim był prawdziwym mizantropem, nie lubił ludzi, nie znosił ludzi, nudzili go, drażnili, przeszkadzali mu. Na palcach jednej ręki można było policzyć jego przyjaciół, a i przed tymi często zamykał się i uciekał. „Szary człowiek” był przedmiotem jego pogardy i drwin, „tłum” widział jako rozbestwione bydlę. Nadskakiwał sanacyjnym bóstwom i bogatym Żydom, i na tym koniec tej miłości do Człowieka, którą się dziś zachwycają reżymowe po nim nekrologi.

Osławiony wiersz, w którym „do prostego człowieka” wołał „Rżnij karabinem w bruk ulicy!” – (poeta Broniewski pisze dziś: „Nie pochwalałem tego wiersza, bo wolałem zachować karabin do walki klasowej…” – cóż to za kwiatek! jak niemiłosiernie byłby go wykpił Tuwim przedwojenny!) – był bardziej wynikiem sztubackiej arogancji i przekornego epatowania uwielbianego Wieniawy, niż odruchem zbuntowanego pacyfizmu. Tuwim z pacyfizmu podrwiwał, jak z wszystkich -izmów, uwielbiał drapieżność, krwistość, bojowość i „hojractwo” – wiersze jego roją się od motywów i przymiotników tego uwielbienia – dlatego też uwielbiał projekcję owych przymiotników: Wieniawę. Pamiętam, jak wchodził do Ziemiańskiej i aby dokuczyć pacyfiście Słonimskiemu, zamiast słów „Dzień dobry”, witał się prowokacyjnym zapewnieniem: „A wojny będą!” Komunizm mierził go i przerażał chamstwem i barbarzyństwem. Z żargonu sowieckiego kpił, mając dowcip i ucho wyostrzone na „dętosć” wszelkiej frazeologii. „Indus – rozumiem. Trializacja – już mniej”. Tak napisał w wierszu – do kogo? Do Broniewskiego właśnie. W tych pięciu słowach był najprawdziwszy, metafizycznie prawdziwy Tuwim.

Łobodowskiemu, który się skręcał w swoich łamaniach z komunizmem, dał kiedyś szczerą radę: „Panie Józefie, czemu się pan zajmuje tymi rzeczami, zamiast pisać wiersze o ptakach, kwiatach i pszczołach?”

Miłość do Człowieka… Rzecz w tym że w ogóle nie ma żadnego t.zw. „Człowieka”. To tylko znak algebraiczny, bez odpowiednika, tylko ludzie – konkretni, rzeczywiści, prawdziwi. Jeśli się tych rzeczywistych ludzi nie lubi, nie jest się żadnym „społecznikiem”. Społecznictwo bez humanitaryzmu jest kłamstwem. Fikcyjny, wyimaginowany „Człowiek” jest tylko wykrętem samolubstwa i mizantropii, wykrętem straszliwie niebezpiecznym. W imię dobra tego nieistniejącego „Człowieka” mordercy bolszewiccy wytaczają krew z milionów ludzi prawdziwych, a zakłamany sobek obojętnie patrzy na mękę milionów ludzi rzeczywistych. Największe zbrodnie w historii świata popełniali zawsze ci, dla których „Człowiek” był ważniejszy, niż ludzie.

W lichym, zakłamanym wierszu „Do córeczki”, powojenny Tuwim nakazuje jej, aby w Zakopanem, w górach, zawsze pamiętała o Człowieku. Wielu znajomych Tuwima zamordowali bolszewicy w Katyniu. Był między nimi i weterynarz warszawski, poczciwy doktór Łabędź, który opiekował się ulubionym pieskiem państwa Tuwimów, uwiecznionym w poezji „Dżońciem” , i wykonawca tuwimowskich piosenek, czarujący Marian Rentgen. O jakimżeż to „Człowieku” myślał Tuwim, pisząc ów wykrętny wiersz? Czemu nie o tych dwóch?

Ale – i tu jest ta druga strona paskudnego medalu kłamstwa – gdyby nawet przyjąć, że wstrząs wojenny otworzył Tuwimowi oczy na grzech poetyckiego sobiepaństwa i samolubstwa, na niedolę ludzką, zmienił go i kazał mu stanąć w szeregach walczącej demokracji – gdzież, po której stronie powinien był znaleźć się gorliwy neofita-demokrata? Po stronie morderców Ehrlicha i Altera? Po stronie handlarzy niewolnikami? Po stronie czrezwyczajek, łagrów, czystek i zsyłek? Po stronie, po której nie ma praw człowieka i obywatela, nie ma związków zawodowych, prawa strajku, wolności słowa i sumienia? Tam, z Ameryki, zobaczył demokrata, liberał, anglofil, piłsudczyk – pole dla siebie i klimat dla swej miłości?

Ten sam powojenny Tuwim, który nazwał Piłsudskiego „legionerskim upiorem”, napisał przed wojna dla Qui Pro Quo piosenkę, śpiewała ją Ordonówna. W piosence tej, Kopernik i Mickiewicz, z pomników swych idą do Belwederu, do Komendanta, ze skargą że źle traktuje sejm. A Komendant mówi im: „Pocałujcie mnie w d…” I śmiechom nie było końca. Mickiewicz i Kopernik… ba…

I nie w tym rzecz, że poeta, który gorzał uwielbieniem Piłsudskiego i oddał mu na usługi swe namiętne pióro w sposób aż nadto służalczy – „zdradził” swego „Komendanta” i swych
umarłych przyjaciół. Każdemu wolno odejść od bożków młodości. Być może że tylko durnie zostają im na zawsze wierni. Każdemu wolno zmienić ideały, znienawidzieć co się kochało. Chodzi o styl, w jakim to się robi. Chodzi o sposób, w jaki człowiek się oczyszcza i jak się z tej zmiany frontu ludziom tłumaczy. Jeśli dwudziestoma latami swej pracy wpływał na ludzi i namawiał ich na swoją wiarę a sam wiarę zmienił – trzeba by im dokładnie powiedział, że był w błędzie i dlaczego był w błędzie i że ich przeprasza. Chodzi o to, aby w łańcuchu moralnego czy umysłowego rozwoju nie brakło tego ważnego ogniwa zmiany i przełomu. Chodzi o to by się nie wykręcał jak kurek na kościele, bo to znowu co innego.

Dlaczego Tuwim tak się właśnie wykręcił?

Geniusz Tuwima był niepomiernie większy niż jego charakter. Inny był materiał jego geniuszu; inny -charakteru. Nawet z drobnych prób, w łatwym i pogodnym życiu w szczęśliwej Polsce, Tuwim nie zawsze wychodził zwycięsko. Nie sprostał próbie trudniejszej.

Ataki antysemickie, które go spotykały w Polsce ze strony zazdrosnych półgrafomanów i antysanatorów, zapadały mu w duszę bardzo głęboko. I Tuwim i Słonimski byli najzłośliwszymi żydożercami w swych wierszach, satyrach, czy kabaretowych humoreskach. Obaj tak właśnie bronili się przed antysemityzmem, tak go chcieli odparować, tak nań byli czuli, tak przezeń cierpieli. W obu została ta zadra, ta niemądra chęć odpłacenia „faszystom” – jakby można porachunki takie załatwić sposobem Radziejowskiego.

Tuwim bał się wegetowania na uchodztwie, gdzie dla poetów nie ma innych miejsc, prócz „honorowych”, to znaczy bezpłatnych. Londyński rząd emigracyjny nie mógł dać mu wiele, nic mu nie przyrzekał. Komitet lubelski dawał mu wszystko. Obskoczyły go prośby i błagania rodziny, naciski, pokusy i zachęty, aby wracał do Kraju, gdzie go powitają chlebem i solą, gdzie mu zamienią beznadziejność egzystencji i skąpy chleb wygnania na złote życie, gdzie mu dadzą ordery i własny teatr i pieniędzy w bród i wieniec laurowy, gdzie nikł mu Żydem w oczy nie zaświeci. Łatwo uwierzył samemu sobie, że zawsze był takim, jskim go chcą. Że zawsze kochał „Człowieka” i Stalina i nienawidził „legionerskiego upiora” i jego faszyzmu. Pogodził się z Katyniem. Nie zauważył, wśród kolegów-komunistów, byłych „oenerowców”, którzy go kiedyś antysemityzmem tak zrazili do polskiego faszyzmu.

Kłamstwo zemściło się na nim, jak się zawsze mści na poetach. Julian Tuwim umarł w chwili, kiedy wstąpił na statek wiozący go na bierutową służbę. Był umarły w chwili, kiedy w Gdyni witała go „radziecka czołówka artystów baletu”. Zbrodnia jego zdrady jest w tym, że po przyjeździe do Kraju nie napisał ani jednego wiersza dobrego, ani jednego wiersza, którego by nie potrafił napisać byle kto, byle wierszokleta, byle sowiecki chałupnik.

Jest coś straszliwego, coś okrutnego w tym samobójstwie Ikara, w tym zagaśnięciu wulkanu, w tryumfie kłamstwa, w tryumfie sępa, który pożarł Prometeusza.

Geniusz Tuwima był bowiem niepomiernie większy, niż jego charakter. Geniusz Tuwima nie wrócił do Kraju, na służbę u wroga.

Na szczęście, pamięć potomności jest zarazem krótka i długa. Krótka – gdy chodzi o człowieka. Długa – gdy idzie o jego dzieło.

Człowiek smutny i słaby, „jeden z najbogatszych w Polsce”, jak o tym nieomieszkał wspomnieć nekrolog w „Times”ie – utracił wszystkie bogactwa i ordery bierutowe, miskę soczewicy i trzydzieści srebrników, zapadł się w mrok i mróz grobu, ukarał sam siebie śmiercią tragiczną. Krótka pamięć potomności zapomni o tym i kiedyś mu przebaczy.

Długa pamięć potomności, oby zachowała jego Rzecz Czarnoleską i Biblię Cygańską, Siódmą Jesień i Lutnię Puszkina, Czyhanie na Boga i wiersze dla dzieci.

„Na gałązce usiadł ptak: zaszczebiotał, zatrzepotał, ostry dzióbek w piórka otarł, rozkołysał cały krzak. Potem z świrem frunął w lot! A gałązka rozhuśtana jeszcze drży, uradowana że ją tak rozpląsał trzpiot”.

Wiele czasu przeminie, zanim z czarnoziemu poezji polskiej urodzi się znowu kwiat tak olśniewający. Wiele wody upłynie w Wiśle, zanim w jej toni ciemnej odbije się znowu blask gwiazdy tak wielkiej, tak ślicznej i tak jaskrawej, jaką był ten poeta.

Marian Hemar.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close