Warszawa niepodległa
Literatura, cyganeria, Askenazy, Daszyński*

Warszawa, która wbrew zakorzenionej w opinii nieprawdzie, była zawsze najbardziej literackim miastem Polski od dnia niepodległości stała się naprawdę stolicą literatury polskiej, ściągnąwszy do siebie na stały lub na dłuższy pobyt wszystkich niemal wybitnych pisarzy polskich, tak że – poza Kasprowiczem i Karolem Hubertem Rostworowskim – w pewnym okresie wszystkie chyba pierwsze szeregi literackie w niej kwaterowały. Niektórzy ze świeżo przyjezdnych tak się z Warszawą natychmiast zrośli, taką nieodłączną stali częścią jej pejzażu, że z trudem przychodziło zdać sobie sprawę, iż arcywarszawski Kornel Makuszyński albo tak cudownie pasujący do warszawskiego dowcipu Boy-Żeleński byli to niedawni przybysze ze Lwowa i Krakowa. Ten najazd na Warszawę pisarskich i niepisarskich wedet z innych miast, przy jednoczesnym wyroju nowego, świetnego pokolenia pisarskiego, w atmosferze upojenia odzyskaną wolnością i najśmielszych marzeń, których żadna rzeczywistość zdawała się nie hamować, był cementem i drożdżami dla kilku lat boskiego, cygańskiego życia, pełnego nie tylko niezapomnianych popijań, niezliczonych i najbardziej nieprawdopodobnych bruderszaftów, czarujących i pełnych podniecających przeszkód romansów z pięknymi aktorkami ale zarazem inwencji, humoru, prawdziwych fajerwerków dowcipu, rasowej i porywającej satyry politycznej, które nigdy może przedtem w Polsce nie strzelały tak wspaniale, nie miały takiej lekkości i takiego artystycznego kształtu.

Te lata – choć sami uważaliśmy je za marnowanie czasu – nie przeszły przecież bez śladów w literaturze, i zostały po nich roczniki „Cyrulika Warszawskiego”, teksty „Szopek politycznych” i cała literatura warszawskich teatrzyków rewiowych, gdzie wśród plew, szmoncesów i jednodniowych błazeństw świecił niejeden drogi kamień prawdziwej poezji czy satyry, mądrzejszej od wielu politykierskich bajań i stękań.

Przede wszystkim jednak dziś, kiedy z naszego życia emigranckiego coraz bardziej znika beztroski uśmiech, kiedy zapominamy coraz bardziej, co to jest zabawa, żart wynikły nie z ponurej złości, ale z lekkiej i pogodnej gry myśli, co radość, która musi się wyszumieć przez piosenkę, kiedy wierzyć nam się nie chce, że można by nagle w towarzystwie ku jego prawdziwej rozkoszy deklamować nie tylko własne wiersze ale „Dobranoc” Mickiewicza albo nawet monolog Hamleta w przekładzie Paszkowskiego – dzisiaj na twardym, jakże twardym nowojorskim bruku, wspominając owe beztroskie, rozrzutne, pełne czarującego próżniactwa młode, pierwsze lata niepodległej Warszawy, jakże jesteśmy szczęśliwi, że były one nam podarowane przez niedopatrzenie przeznaczenia, odpoczywającego przed nowym, mającym na nas spaść ciosem, że możemy je wspominać, że wiemy iż są na świecie takie radości, uśmiech, przyjaźń – nie tylko ponura troska i mały, głupi rachunek.

Wielka cyganeria warszawska tych czasów miała swoje rozgałęzienia we wszystkich sferach społeczeństwa i w każdej z nich – w towarzystwie, w wielkiej burżuazji, w wojsku, polityce, literaturze, teatrze – swoich przedstawicieli, których dowcip, wytrzymałość na bezsenne noce, temperament nie do wyżycia – dawały kolor i rozmach życiu Warszawy. Kto jak ja wtedy miał dosyć siły by wszystkiemu sprostać, wchodził po trosze we wszystkie te bohemy, ale oczywiście wtedy już o poważnej innej robocie trudno było mówić. Ale za to co za sezamy obserwacji, znajomości ludzi, co za skarbnice powiedzeń, dowcipów, nie do zapomnienia i nie do powtórzenia piosenek – otwierały się przed tym co się zdecydował, jak kiedyś Proust w paryskim towarzystwie, zatonąć na kilka lat w tej oszołamiającej cyganerii.

Jak to! Przeżyć młodość i nie słyszeć jedynego na świecie Franca Fiszera, jak nie poznając Heleny Sulimy, huczy basem dwuznaczny komplement:

– Pani jest jak dwie krople wody podobna do Sulimy, tylko oczywiście tysiąc razy piękniejsza!

Nie znać boskiego Hipcia Śliwińskiego, posła miasta Lwowa, który na zapytanie o kryzys gabinetowy, takim oto, jednym ze swych nieprawdopodobnych odpowiedział aforyzmem:

– Cóż szanowna pani chce? Koryto to samo, tylko świnie inne.

Nie widzieć Tadeusza Hersego, szefa sławnej firmy, jak w prawdziwym zapamiętaniu tańczy jakiś wschodni taniec naokoło porzuconej na podłodze chusteczki do nosa, nie nucić za zawoalowanym, tęsknym barytonem Lulka Schillera staropolskiej sprośnej „Bandurki”, nie ciągnąć lwowskim akcentem za Adamem Zagórskim cudnego romansu z Łyczakowa: „Żeby czarne oczy w sklepie sprzedawali – tobym sobie kupił żeby mnie kochali”…

Jak to! Miałbym dożyć tych nowojorskich smutków, tej beznadziei polskiej i nie mieć na pociechę tego wspomnienia, że słyszałem jak Boy-Żeleński, któremu pod wpływem alkoholu na jednym bardzo eleganckim wieczorze przypomniała się piosenka o „dwóch cywilach”, zawołał nagle na widok wchodzących dwóch wytwornych panów we frakach:

– Ci panowie wcale tutaj nie pili, w takim razie jakim prawem przychodzą tutaj bić po mordzie?

Przecież jeszcze dzisiaj, kiedy tak mało jest powodów do śmiechu, robi mi się jasno na duszy, kiedy sobie przypomnę jak u Heleny Sulimy na Tamce Kazio Wierzyński między jedną a drugą zwrotką śpiewanej wspólnie piosenki „Die Vöglein in Walde” wpijał się z pijackim zapamiętaniem w usta Ignacego Daszyńskiego, albo jak po pewnym P.E.N. Clubowym obiedzie dwadzieścia par najpoważniejszych dyplomatów i świetnych pisarzy stanęło do mazura, przy czym w pierwszą parę Wieniawa w mundurze wlókł po prostu za sobą ledwo mogącego za nim nadążyć i starającego się drobić panieńskie kroczki swego krajana spod Grybowa, ambasadora Alfreda Wysockiego, skądinąd człowieka sławnego z powolności i rozsądku. Wiele książek, uznanych za cenne, mniej jest wartych przeczytania niż warte było słyszenie tego co mówili i czynili malarze Kamil Witkowski, Kazimierz Grus, Kamil Mackiewicz, niejeden komediopisarz w całej twórczości nie zostawił tylu zabawnych powiedzeń ile ich w jeden wieczór rozsypali Wieniawa, Makuszyński czy Winawer. Pamiętam jedną, jakby się tutaj powiedziało, „party” na Zamku u ówczesnego jego kustosza, prof. Skórewicza, na którym Marysię Brydzińską, obecną hrabinę Maurycową Potocką z Jabłonny, obsiedli ni mniej ni więcej tylko Żeromski, Reymont i późniejszy marszałek sejmu Wacław Makowski, pamiętam też obiad wydany na cześć Kasprowicza przez księgarza Fiszera, na który to obiad zapomniano zaprosić Kasprowicza, co nie przeszkadzało że bawiliśmy się fantastycznie. Jerzy Leszczyński, Julek Osterwa i – zanim się zupełnie zapili – Jaracz i Grabowski grali na tych zabawach prawdziwe „commedia dell’arte” a kto znał Józefa Czaykowskiego – tylko z jego malarstwa, Or-Ota, Nowaczyńskiego, Langego, Leśmiana – tylko z ich pisania, ten nie znał całej połowy ich twórczości, która się objawiała w ich rozmowach, dziwactwach, bosko przesadnych zachwytach i awersjach.

Oczywiście, ten wielki okres cyganerii warszawskiej trwał lat parę, naturalnie też, poza tą bawiącą się sztuką, byli malarze i pisarze zamknięci w swych domach i wieżach ze słoniowej kości, zresztą większość z nich, jak sam olimpijski Miriam i hermetyczny mimozowaty Berent, mieli już za sobą wiele nocy jak nasze – mimo to Poldzio Staff zawsze był gotów odświeżyć sobie dawne wspomnienia; nie zapomnę, jak kiedyś, ukołysany do marzeń alkoholem, tak streszczał jednej pani świeżo przeczytaną „Fantazję Almayera” Conrada:

– I wtedy proszę pani, gość dostaje katzenjammera, który trwał dziesięć lat.

Po „burzy i naporze” przyszła nieuchronnie kolej na bardziej normalne i banalne życie towarzyskie. Wielka cyganeria artystyczna, odprasowana, ubrana o każdej porze dnia w to co trzeba, stała się niezbędnym gościem salonów arystokratycznych, ambasad, niektórzy też artyści, zwłaszcza zaś panie, skłonne do snobizmu, zaczęły same gęsto przyjmować, stwarzając czasem -jak wzruszająco egzaltowana siostrzenica i tłumaczka Conrada, Anielcia Zagórska – prawdziwie cenne i ważne centra, gdzie obcy ambasadorzy i ważne polityczne figury lubili przychodzić, pewne że zetkną się z tym co najciekawsze w społeczeństwie. Zebrań takich, jak kiedyś u dr. Karola Benniego lub u Dionizego Henkla, o których słyszałem w dzieciństwie legendy, że były kuźnią opinii politycznej i literackiej, że im różne ważne utwory zawdzięczały swe powstanie – z moich czasów, przyznam się, sobie nie przypominam, miałem natomiast szczęście być dopuszczonym i zostać w kręgu ostatniego w wielkim stylu inspiratora i mistrza, którym zarówno w polityce jak w wiedzy historycznej był autor „Księcia Józefa”, Szymon Askenazy. Nie byle kto bo sam Wyspiański nazwał „Księcia Józefa” jedną z najpiękniejszych książek polskich, i na pewno jest to najpiękniej napisany po polsku, najbardziej porywający bohaterski życiorys w naszej literaturze, tak samo jak każda niemal stronnica „Uwag” lub „Wczasów historycznych” są arcydziełami zarówno stylu, intuicji jak metody historycznej. Ale kto nie znał Askenazego, kto nie słyszał jego nieprawdopodobnych monologów, w których rozprawiał się z przeszłością jakby to chodziło o zdarzenia z tego samego dnia i z tej samej kamienicy, jego bezlitosnych filipik przeciw różnym fałszywym wielkościom współczesności, kto nie obcował z tą wspaniałą inteligencją, bez wahania powiedziałbym, najbłyskotliwszą, najbardziej wszechstronną, jaką wydała Polska w tym czasie, ten oczywiście nie wiedział, kim był ten człowiek, stworzony by wypowiedzieć się nie tylko w piśmie ale i w działaniu, w naukach i radach, które dawał innym.

Była to już fizycznie biorąc postać niezwykła, uchodząca za typ Żyda-arystokraty, Askenazy bowiem miał za sobą coś tysiąc lat znanych przodków, wywodzących się od proroków, równie dobrze przecież można go było wziąć za granda hiszpańskiego, jakiegoś Albę, albo za arabskiego króla.

Co w jego umyśle było tak nadzwyczajne, co uczyniło go mistrzem młodzieży i kazało kierownikom polityki zagranicznej polskiej szukać wielokrotnie u niego rady – było to z innych pokładów duszy płynące, ale to samo niemal co było w Piłsudskim: życie historią, poczucie niezawodnego związku historii z współczesnością. Dlatego też Askenazy, który był w pełni twórczości, gdy Polska odzyskała niepodległość, uważał za ważniejsze, godniejsze historyka prowadzić politykę niż pisać książki.

Wielkie zagadnienia historii Polski – więc stosunek Napoleona do Polski czy orientacja sejmu czteroletniego – były dla Askenazego tak samo ważną rzeczą, jak stosunek Francji i Polski za Piłsudskiego albo spór z Waldemarasem a Wilno, nawzajem jednak, wszystko co się rozgrywało w polskim sejmie, politykę naszego M.S.Z., odczuwał on całym sobą, wiedząc, że historia Polski nie jest to rzecz umarła i że staje się ona codzień na naszych oczach.

Niewiele w ostatnich latach ruszając się z domu, umiał tak o wszystko wypytać się odwiedzających go że znał wszystkie plotki i ploteczki z polityki i literatury, nie wyłączając tak zwanych alkowianych, ale jednocześnie, kiedy opowiadał o miłostkach Izabelii z Flemingów Czartoryskiej, o dziwnych skłonnościach Warneńczyka albo o tym że nie było w ogóle żadnych Jagiellonów tylko Zarembowie – ściszał głos i nieraz nawet szeptał te zwierzenia na ucho, jakby chodziło o niedyskrecję względem żywych osób.

Darem przedziwnym, jakimś doprawdy szóstym zmysłem, jak też fantastyczną zdolnością dedukcji, potrafił zawsze odcyfrować właściwy sens dokumentów historycznych, miał też w historii różnych swoich ulubieńców, których cnoty on sam odkrył, jak np. Gustawa Małachowskiego, ministra spraw zagranicznych rządu listopadowego, którego uważał za największego polityka polskiego XIX w.

Był bezlitosny dla nieuctwa i mierności i z powodu ataku Jana Nepomucena Millera na filomatów napisał w przypisach do nowego wydania „Łukasińskiego”: „Pan Jan Nepomucen Miller, żadną zgoła o tych czasach i ludziach wiadomością nie obciążony”, kiedy coś go złościło, wybuchał wściekłością wzniosłą i komiczną, jak wtedy, kiedy po dość niefortunnym mianowaniu Kazimierza Świtalskiego biegał po pokoju, wołając:

– Kazio Świtaiski ministrem oświaty – po Stanisławie Potockim!

Jego duma polska, płynąca bynajmniej nie ze ślepej admiracji dla wszystkiego co nasze ale z poczucia wielkiego historycznego dziedzictwa, sprawiła, że on pierwszy z polskich dyplomatów zachowywał się za granicą jako przedstawiciel wielkiego narodu, że wykłócał się jak równy z równymi – a myślę, że uważał iż jak lepszy z dobrymi – z lordem Balfourem, Hanotaux i Hymansem. Próbkę tego stylu, który Askenazy stosował względem cudzoziemców, przyzwyczajonych do czołobitności polskiej, mieliśmy z okazji wizyty w Warszawie Thomasa Manna, kiedy to po świetnym obiedzie na jego cześć Askenazy podszedł do niego i powiedział:

– Bardzo się cieszę że tutaj pana widzimy, bośmy tu dotychczas miewali głównie pańskich rodaków w pikielhaubach.

Jeżeli Askenazy jako zarazem wielki humanista, wspaniały pisarz, polityk i inspirator, jako szerokość i niebywała błyskotliwość inteligencji, był w polskim życiu publicznym fenomenem, to pierwsze zwłaszcza lata niepodległości dały nam we wszystkich tego życia dziedzinach, we wszystkich niemal partyjnych odłamach, ludzi wielkiej klasy, o wielkiej kulturze ogólnej, o formacie, jak to się mówiło, europejskim, których się dopiero oceniało, poznawszy rzekome wielkości zagranicy, i którzy dobrze przesłaniali szarość a nieraz i nędzną pospolitość politycznych i parlamentarnych dołów.

Nie mówiąc już o Paderewskim czy o Dmowskim, których trudno przecież pomieścić w tym krótkim wspomnieniu, wszyscy kolejno Prezydenci Rzeczypospolitej: Narutowicz, Wojciechowski i Mościcki oraz późniejsi ich następcy na wygnaniu, Raczkiewicz i Zaleski, i tacy ludzie, jak marszałek Rataj, jak Daszyński, gen. Sosnkowski, Janusz Radziwiłł, premierzy Kucharzewski, Władysław Grabski, Aleksander Skrzyński, Bartel, ministrowie Maurycy Zamoyski i Skirmunt, ambasadorzy Władysław Skrzyński i Olszowski – wszyscy oni wszędzie na świecie byliby luminarzami życia publicznego, wzorami kultury i oddania sprawie publicznej. Kiedy zdarzyło się na raucie na Zamku czy w Pałacu Namiestnikowskim, że się ich widziało razem kilku czy kilkunastu -było się uderzonym niezwykłością, świetnością fizycznego nawet ich wyglądu, nie można się było pomylić, że to są ludzie pierwszej klasy, wielkie indywidualności.

Daszyński, wtedy gdy go poznałem już siwy o drapieżnej głowie wielkiego trybuna i ujmującym szlacheckim geście, był nie tylko jednym z największych mówców świata, wcale nie mniejszym choć innym niż Briand i przyrównywanym do Jauresa, był to zarazem jeden z najbardziej uroczych Polaków, wychowanych nie tylko w religii patriotyzmu ale i w czci dla kultury, w miłości do poezji, o której w swej cudownej książeczce o Piłsudskim napisał, że zrobiła więcej dla Polski niż polityka.

Pamiętam scenę roztaczania tych czarów przez Daszyńskiego w czasie wizyty, którą złożył Żeromskiemu w Konstancinie po wielu latach wzajemnego boczenia się czy zgoła nieznania na tle orientacyjnych kwasów z czasów N.K.N.

Żeromski przyjął Daszyńskiego spowity w swoje najcięższe chmury, które Daszyński jak prawdziwy czarodziej zaczął rozpraszać, opowiadając z nieporównanym czarem różne kawałki z legionowych czasów, m.in. zaś niezmiernie pocieszne przygody wojenne Sieroszewskiego, którymi Żeromski nigdy dosyć nie mógł się nacieszyć. Pod wpływem tych opowiadań, wybranych z nieomylną trafnością wielkiego uwodziciela, Żeromski począł topnieć w oczach, radować się wyraźnie gościem, i kiedy się żegnali – byli to już dwaj panowie-szlachta, sąsiedzi pogodzeni wreszcie po typowo sąsiedzkiej, obu im ciążącej kłótni.

Jan Lechoń.

——
*) por. „Przedwiośnie wolności” w nr. 107 i „Piłsudski i Żeromski” w nr. 109 „Wiadomości”. – W jednym z numerów najbliższych dokończenie: „Stolica Stefana Starzyńskiego”.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close