Warszawa niepodległa
Przedwiośnie wolności*

To, o czym zamierzam pisać, nazywam „Warszawą niepodległą” dlatego przede wszystkim, że trzeba było ograniczyć ramami jakiegoś czasu te niezliczone, cisnące mi się na pamięć wspomnienia, których właśnie mnogość i rozmaitość nie pozwoliły mi dotąd spełnić mego zamiaru napisania książki o Warszawie.

Od czegokolwiek bym zaczął tę książkę, od najbłahszego zdarzenia z dzieciństwa czy od najważniejszego historycznego wypadku, na który patrzałem – wszystko co dotyczy Warszawy staje się dla mnie owym sławnym ciastkiem „madeleine” z pierwszego tomu Prousta, którego smak wskrzesza od razu w pamięci cały świat obrazów, doznań i myśli, odbudowuje w niej całą przeszłość.

Ile razy zaczynam pisać o Warszawie, doświadczam zawsze zbliżonego do lęku uczucia, że wdaję się w sprawę, która nie będzie miała końca, że po prostu, jak Proust, wybieram się „a la recherche du temps perdu” i że ta podróż wypełni mi resztę życia.

Mając słusznie czy niesłusznie jeszcze inne na ten czas plany, cofam się przed tą podróżą, choć, przyznam się, z coraz większym wahaniem, gdyż nic nie jest lepszym niż wspomnienia Warszawy kluczem do mej pamięci, nic żywiej nie porusza mojej skłonności do zwierzeń i mojej fantazji. Tak czy owak – to co zdołam tutaj opowiedzieć może być tylko drobnym okruchem moich wspomnień, zaledwie bladym cieniem wypadków i ludzi, którym chciałbym dać kiedyś blask życia, właściwy kolor i pokazać ich w najpodobniejszym do rzeczywistości kształcie.

* * *

Tych parę wspomnień, te zarysy, te cienie nazywam „Warszawą niepodległą”, mając zamiar mówić przede wszystkim nie o Warszawie przedwczorajszej, Warszawie mego dzieciństwa, ale o wczorajszej, pomiędzy rokiem dwudziestym i trzydziestym, od roku osiemnastego, od dnia niepodległości.

Ale zaledwie zdecydowałem się na ten właśnie a nie inny wybór, nie tylko pożałowałem w tej samej chwili wszystkich innych wspomnień, ale zdałem też sobie sprawę, że nie można nazywać „Warszawą niepodległą” tylko jednego okresu jej historii, dlatego że to co było, co jest wciąż najbardziej nam drogie w Warszawie i najważniejsze – jest to właśnie jej niepodległość pod Prusakiem po zaborach, pod Aleksandrem, pod Mikołajem, pod Beselerem. Wyspiański powiedział w „Wyzwoleniu”, że nie rozumie, dlaczego Polacy czują że są w niewoli, on sam bowiem jest zawsze wolny. I tak samo Warszawa była zawsze wolna nie tylko wtedy kiedy powstała za Kilińskim, szła za księciem Józefem pod Raszyn, z podchorążymi na Belweder, z Trauguttem do lasu, nie tylko wtedy, kiedy we wrześniu 1939 i w sierpniu 1944 własną wolą wybrała swoje tragiczne, antyczne przeznaczenie.

Była wolna zawsze, i nic i nigdy nie zdołało złamać w jej zbiorowej duszy, w sercach prostych ludzi Warszawy ducha polskiego, poczucia wolności, nadziei dni lepszych, nic nie zdołało sprawić aby ci ludzie oduczyli się, kiedy trzeba, umierać z uśmiechem za Polskę i za Warszawę.

Mówić o Warszawie niepodległej – nie znaczy to więc mówić jedynie o patosie Warszawy, o wielkich zdarzeniach tego miasta, o ludziach historycznych; symbolem, wyrazem tej niepodległości był bowiem zawsze tak samo żart stolicy, humor warszawskich gazeciarzy – nie tylko „Róża” Żeromskiego ale i „Lalka” Prusa.

* * *

11 listopada 1918 był na pewno od wejścia za Stanisława Augusta wojsk rosyjskich do Polski – pierwszym dniem prawdziwej wolności Warszawy, gdyż wychodzących z niej pułków niemieckich żadni inni zaborcy nie mieli zamienić.

Ale jako warszawiak mogę powiedzieć śmiało, że już kiedy w sierpniu 1915 Moskale wychodzili z Warszawy, mimo wstrętnego widoku bawarskiej landwery wszyscyśmy poczuli, że oto kończy się niewola Polski i że jeśli dzień ten nie był dniem niepodległości, to był jej niezawodną zapowiedzią.

Tego to dnia, a raczej poprzedzającej go nocy, Moskale, wychodząc z Warszawy, mówiąc dosłownie i przenośnie, palili za sobą mosty, a ponieważ nie znaliśmy wówczas nalotów lotniczych i całego tego piekielnego huku, który jest wynalazkiem drugiej wojny, ludzie oczywiście nie spali ale wyglądali przez okna albo siedzieli na balkonach. I wtedy to, jak gdyby zapowiadając zimną krew ludu warszawskiego pod bombami wrześniowymi w r. 1939, bardzo wytworna aktorka Iza Kozłowska, której huk wysadzanych mostów nie płoszył bynajmniej snu z pięknych powiek, którą natomiast rozbudzały rozmowy sąsiadów – wyszła w pięknym czepeczku i w koronkowym peniuarze na balkon swego mieszkania na Tamce i zaczęła wołać najbardziej dramatycznym ze swoich salonowych głosów:

– Że też nawet w taką noc człowiekowi spać nie dadzą! Proszę zaraz przestać gadać, bo poślę po stróża!

W dziesięć lat później podobną mowę, w podobnych okolicznościach wypowiedziała inna warszawianka, innego wieku i sfery, ale podobnego stanu ducha. Było to w dniu najcięższych walk w maju 1926, kiedy linia frontu biegła przez al. Jerozolimskie i wskutek tego Nowy Świat od Ordynackiej, przynajmniej do Alei, był bardzo niebezpiecznym miejscem dla spacerów, był też zupełnie opustoszały.

I otóż po tym o wczesnym zmierzchu wymarłym Nowym Świecie dreptała sobie, jak gdyby nigdy nic, jakaś babinka w chustce i z koszykiem w ręku, która uznała najwidoczniej, że świszczące o parę kroków od niej kule nie są niebezpieczeństwem dostatecznym, aby zmusić ją do zmiany codziennej, najkrótszej marszruty z mieszkania do sklepiku. Inni byli przecież innego zdania i kiedy babulinka przechodziła koło Smolnej, skąd można było nie tylko słyszeć ale i doskonale widzieć zaczynającą się bitwę, ludzie, ustawieni bezpiecznie u wylotu tej ulicy, zaczęli na nią wołać:

– Niech pani zawraca! Tam strzelają, mogą panią zabić!

I wreszcie ktoś zawołał:

– Gdzie leziesz, babo!

Na co staruszka postawiła koszyk na ziemi, podparła się pod boki i rozpoczęła pod świszczącymi kulami typową warszawską orację, zaczynającą się od sakramentalnych zwrotów:

– Tylko nie babo! Ja dla pana żadna baba!…

* * *

Wyjście Moskali, pomimo wojny, rekwizycji, władz niemieckich dało stolicy smak wolności, ponieważ Niemcy, zanim jeszcze ogłosili swego pojęcia i dla swych korzyści niepodległość Królestwa – pozwolili na szereg swobód nie do pomyślenia za Moskali.

Polski prezydent miasta, była to już rzecz niebywała, podniecająca do najśmielszych marzeń, w krótkim czasie poszły za tym uniwersytet i politechnika w Warszawie, rady miejskie w całym kraju, wolność grania sztuk, dotąd zakazanych przez Moskali, wreszcie różne oznaki i symulacje politycznej niezawisłości, te właśnie przyjmowane najbardziej nieufnie.

Książę Zdzisław Lubomirski, który w jedną noc wyrósł na przedstawiciela całego kraju, gdyż Niemcy musieli z kimś takim mówić, – a on był prezesem Komitetu Obywatelskiego, – wszedł w tę swoją rolę jak gdyby całe życie nic innego nie robił, chociaż właściwie robił głównie wszystko inne, zajmując się nieco dobroczynnością ale znacznie więcej rżnąc w pikietę w Klubie Myśliwskim.

Może być że to właśnie niezblazowanie służbą publiczną sprawiło, że książę Zdzisław, czy książę prezydent, jak go wtenczas wszyscy nazywali, od razu wziął w swej pracy ton bardzo ludzki, że zaczął sobie poczynać z doskonałą mieszaniną godności, humoru i lekkości, w których Warszawa poznała swego człowieka, prawdziwego warszawiaka.

Nikt też za pamięci mego pokolenia, to znaczy w ciągu czterdziestu lat, nikt – nie wyłączając największych, najbardziej czczonych Polaków – nie miał takiej popularności w Warszawie, jak jej pierwszy polski prezydent, i może z wyjątkiem szlachetnego frazesowicza pana Andrzeja Zamoyskiego w latach poprzedzających rok 1863, nikt w ogóle od czasów księcia Józefa.

Być warszawiakiem, nigdy nie znaczyło to jedynie mieszkać w Warszawie, tak jak na to by być paryżaninem, nie wystarczało mieszkać w Paryżu.

Znaczyło to przede wszystkim umieć ukrywać swoje uczucia pod lekkością i żartem; warszawiakiem był szewc, któremu nie imponował książę, i książę, który umiał być za pan brat z dorożkarzami, nie można też było być warszawiakiem nie zajmując się tak zwaną w tamtych czasach „płcią piękną”.

Kiedy gen. Schaefer – Boyadel, wódz wojsk, które zdobyły Warszawę, przyjmował w dniu swego wejścia do stolicy ks. Lubomirskiego – chciał go w chwili przechodzenia z jednego pokoju do drugiego przepuścić przed sobą, mówiąc:

– Ja tu, proszę księcia, jestem już trochę jak u siebie w domu.

Na co mu Lubomirski odpowiedział:

– Pan generał pozwoli pierwszy. Ja tu jestem zupełnie u siebie w domu.

Książę Zdzisław za czasów swej prezydentury nie tylko był wszędzie, gdzie powinna się była znaleźć pierwsza polska osoba w okupowanej Warszawie, nie tylko zawsze, gdy było potrzeba, potrafił przemówić piękną polszczyzną, z ciepłem a niezdawkowo, ale umiał też trafić do hal targowych, do biednych dzielnic, między prostych ludzi, umiał uczynić swoją prezydenturę czymś tak bliskim, że kiedy przejeżdżał przez miasto, wszyscy kłaniali mu się jako najbardziej ulubionej warszawskiej osobie. I wszyscy też z ciepłym i łobuzerskim uśmiechem patrzyli na samochód księcia, który codziennie, niezmiennie o tej samej porze stał przed jednym z domów na Mazowieckiej, gdzie mieszkała piękna i mądra pani z warszawskiej burżuazji, darzona wierną admiracją księcia i nazywana przez to świetnym warszawskim dowcipem „księżną mazowiecką”.

Jak książę Zdzisław był najpopularniejszą w Warszawie jednostką – długo, aż do swej niefortunnej regencji, tak wyższe uczelnie w rok po wyjściu Moskali stały się od razu, jako instytucje, jako zbiorowość, beniaminkiem Warszawy, niezbędną częścią jej życia.

Brak ich przez długie lata, od zamknięcia Szkoły Głównej, był symbolem niewoli, to też ich inauguracja, chociaż Beseler jej dopełniał, a później różne uroczystości akademickie, wszechobecność białych i brązowych czapek studenckich – wszystko to mówiło stolicy, że najgorsze już minęło, że więc tak samo minie to zło, które jeszcze musiała znosić.

Ostatni studenci, których Warszawa pamiętała, byli to młodzi ludzie w mundurach ze złotymi kołnierzami, niezastąpieni wodzireje na balach, kawalarze z czwartaków po stokroć w najróżniejszych komicznych sytuacjach rysowani przez Kostrzewskiego, byli to pan Patkiewicz i pan Maleski z „Lalki”. Rzadszy był wśród nich jakiś blondyn o grottgerowskiej twarzy, jakby zeszły z rysunku Antoniego Kamieńskiego, albo wyszły z kart Żeromskiego.

Nasi studenci intuicyjnie utrafili w styl własny, w którym łączyła się owa z Kostrzewskiego wesołość z czynnością polityczną, pozbawioną przecież grottgerowskiej melancholii.

Polityka, choćbyś jej nie chciał, wchodziła sama w nasze życie, tkwiło w niej wielu naszych najlepszych profesorów a przede wszystkim przedwcześnie zmarnowany w niej nasz pierwszy rektor dr Józef Brudziński, raz po raz jakieś ważne wypadki domagały się od nas wyjścia na ulicę, studenckich hałasów, to też dzieliliśmy nasze godziny między Kostaneckiego, Tatarkiewicza czy Kleinera, nie kończące się kłótnie polityczne w Udziałowej i latanie po mieście z okrzykiem: „Precz z Beselerem i Kukiem!” albo z transparentami „Żądamy rządu i wojska!”, które po r. 1917 zastąpione zostały napisem „Żądamy uwolnienia Józefa Piłsudskiego!”. Oczywiście beselerowskiej okupacji ani porównać nie można, jeżeli cho-
dzi o swobodę polityczną, z bierutowską „niepodległością”, i kiedy czyta się dzisiaj ze zgrozą i wstrętem odezwę profesorów polskich, wypierających się swych aresztowanych przez Bezpiekę kolegów, jakże nie wspomnieć żeśmy w owych czasach niewoli mogli robić za bramą uniwersytetu wszystko co się nam podobało, psiocząc ile się dało w mowie i w piśmie na Niemców.

W kołach Lelewela, Kołłątaja, Staszica, Mochnackiego, które były studenckimi odpowiednikami partii politycznych, skakaliśmy sobie do oczu o Polskę socjalistyczną, zaraniarską, liberalną, albo endecką, o jedno tylko zupełnie się wtedy nie troszcząc, o jakieś widoki na przyszłość, jakieś kariery i posady.

Kiedy jeden z naszych kolegów, późniejszy nasz poseł w Genewie, Tytus Komarnicki, specjalista od historii dyplomacji, dostał miejsce, zasłużone najzupełniej, w departamencie politycznym Rady Stanu, pamiętam że byli wśród nas tacy puryści, którzy patrzyli na niego jak na wyrodka że niby dostaje pensję, że nie jest niezależny, że robi karierę.

Przez pierwsze dwa lata moda na studentów była tak wielka że żadne zebranie, żaden bal bez nich obyć się nie mogły, należało też niejako do protokółu, że na wszystkich oficjalnych obchodach po wielkich honoracjorach mówić też musiał przedstawiciel młodzieży. I temu to właśnie zawdzięczam, że po śmierci Sienkiewicza przemawiałem na akademii w Filharmonii jako jeden z czterech najwybrańszych po księciu Zdzisławie, rektorze Brudzińskim i Janie Lorentowiczu, wówczas prezesie Tow. Literatów i Dziennikarzy – jak również że na przyjęciu w sali Malinowej dla legionistów, w sam nos późniejszego generała Szeptyckiego mogłem wznieść zdrowie nie dopuszczonego jeszcze wtedy do Warszawy brygadiera Piłsudskiego.

Monopol studentów na różne bale i zabawy i pierwszeństwo w sercach warszawskich pań i panien – zachwiał się kiedy pierwsi legioniści przybyli do Warszawy. Zwłaszcza zaś odkąd zjawili się pierwsi beliniacy w swoich ogromnych czakach i kurtkach z czerwonymi rabatami.

Panie warszawskie, panny na wydaniu i aktorki, w przeciwieństwie do różnych panów, nie dały się nigdy nabrać na odezwę wielkiego księcia Mikołaja do Polaków, ani na chwilę nie uważały, żeby dała się ona urzeczywistnić według obrazów Juliusza i Wojciecha Kossaków – natomiast z miejsca, bez wahań i namysłów zaczęły rozrywać między sobą ułanów od Beliny, którzy reprezentowani byli zresztą przez takie fenomenalne okazy wojskowej fauny, jak Wieniawa, Orlicz-Dreszer i Grzmocik-Skotnicki, od razu nauczyły się historii, specjalności i drażliwości różnych pułków legionowych, i od razu dzięki nim „Przybyli ułani pod okienko” i „Rozmaryn”, nieraz mimo zakazów ojców czy sarkania mężów, stały się najczęściej śpiewanymi piosenkami w warszawskich domach.

Jan Lechoń.

——–
*) W jednym z najbliższych numerów „Wiadomości” dalszy ciąg: „Piłsudski i Żeromski”.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close