Warszawa niepodległa
Stolica Stefana Starzyńskiego*

Świetne pokolenie, które przygotowało myślą, piórem i czynem odbudowę Polski i które było chlubą jej pierwszych lat wolności, poczęło schodzić ze świata albo, szanując siły, odchodzić od czynnego życia. Przychodzili ludzie nowi, mniej związani z przeszłością, instynktem czujący nową rzeczywistość, zapaleni aby ją kształtować albo zręcznie w niej pływać. Warszawa robi się coraz większym miastem, w które cała Polska rzuca żużel ludzki; w niej krzyżują się wszystkie ważne interesy, inicjatywy polityki, gospodarstwa czy sztuki; kto chce wybić się, czegoś znacznego dokonać, tutaj dąży, tutaj chce wrosnąć.

W tej gorączce przepychania się jednych przez drugich, w tym przetapianiu się ludzkiego surowca z całej Polski na coś nowego, innego, co dopiero przyszłość miałaby zobaczyć i ocenić, zanikał oczywiście dawny, swoisty styl Warszawy, patrycjusze Warszawy ze wszystkich dziedzin jej życia ginąć poczęli w nowym tłumie, coraz bardziej sens traciło pojęcie warszawskiej tradycji. Jej stare zamki, czcigodne firmy przemysłowe i handlowe, szły jedna po drugiej w ruinę w walce z nowym światem interesów, staruszek „Kurjer Warszawski”, chcąc się ratować, zaczął się sztucznie i forsownie odmładzać, typ studenta warszawskiego, ledwie zdoławszy się rozwinąć, już wyparty został przez zziajanego, niepewnego przyszłości wyrobnika dyplomu, z ponurą zazdrością patrzącego na konkurencję. Teatry warszawskie, od stu lat chluba miasta, mogące równać się z najświetniejszymi za granicą, wchłonąwszy co najlepsze z całej Polski, uległy przecież pośpiechowi, nerwowości, zacieraniu się tradycji, straciły dawny blask i jakby dawne dla Warszawy znaczenie.

Kiedy w r. 1932 umiera Or-Ot, bard starej Warszawy, nie tylko jego staromiejski rynek jest już tak uszminkowany i wyglansowany że cała dawność z niego się wyniosła. Zarazem cała Warszawa romantyczna i pozytywistyczna, Warszawa Prusa i Żeromskiego, zdaje się być już odległą przeszłością, wypartą przez nową, jeszcze nie amerykańską ale już wiele mającą z jej brutalności i tymczasowości rzeczywistość. Szewc warszawski, posłaniec, przekupka, gadatliwy fryzjer a zwłaszcza gazeciarze, wiedzący wszystko co się w mieście dzieje, mówiący nieporównanymi zwrotami, jak ich sławne: „Nie denerwuj hrabiego” – oczywiście nie wymarli, choć nie masz czasu z nimi jak dawniej mówić. Ale już ani szopkarzy, ani froterów, ani zdunów, ani szatkowników kapusty nie dostrzeżesz w nowym rwącym, nerwowym, niepamiętnym tłumie.

To samo dzieje się na szczytach polskiego i warszawskiego życia. Po wzniosłych pasjach i marzeniach Żeromskiego przychodzi bezlitosna prawdomówność Kadena, który właśnie chce być „krzykiem pokolenia”, w polityce świeci jeszcze szlachetne i naiwne marzycielstwo Walerego Sławka, kanclerska rozwaga Aleksandra Prystora, działaja tacy romantycy, jak Juliusz Poniatowski, świetni intelektualiści, jak Ignacy Matuszewski, ale i tutaj coraz twardszą stopą staje i wypiera innych człowiek nowy, bezwzględny, nieraz jakże krótkowzroczny realista, produkt i odrębnych polskich przemian i idącego przez cały świat kryzysu inteligencji, jakże niepodobny do dawnych Polaków, jakże różny od takich warszawiaków, jak Judym, a nawet Wokulski.

I oto na kilka lat przed wojną, jakby w przeczuciu, że powołana będzie aby raz jeszcze nad całym krajem zaprzodować mocą ducha, całą polskość wziąć w siebie i w niebywałym porywie wyrazić – Warszawa zwraca się nagle ku swoim najlepszym tradycjom, zarazem w przeszłość i w przyszłość wpatrzona, przetwarza swoją codzienność we wspaniałą romantyczną improwizację i czego nie zdołała czy nie chciała dokonać przez lat dwadzieścia, teraz nadrabia w tempie, w polskim życiu niebywałym, rosnąc i piękniejąc w oczach, stając się nową, wielką stolicą, do której przecież powraca właśnie najpiękniejszy duch starej Warszawy.

Stefan Starzyński, warszawiak, który tu kończył szkołę Konopczyńskiego, w środku świetnie zapowiadającej się politycznej kariery zepchnięty na fotel prezydenta Warszawy, co dla ambicji politycznych było na pewno bocznym torem – poczuł się na krześle Jana Dekerta jego następcą i dziedzicem, zrozumiał że bardziej niż na innych, pozornie wyższych stanowiskach może tworzyć, budować i nowy kształt nadawać przyszłości.

Wszystkie przeszkody czasu, pieniędzy, cały bezwład i lenistwo biurokracji mają oto ustąpić przed tą nie znającą przeszkód i granic marzenia wolą. Co się kiedyś wlokło latami, ma się teraz stawać w miesiącach, rzeczy niemożliwe mają być osiągalne, i nie ma być żadnego czekania, żadnej odwłoki w tym odrodzeniu, tej apoteozie Warszawy.

Wszystko jest zarówno ważne, niezbędne, pilne: osiedle robotnicze na Kole, nowe, szerokie jak Pola Elizejskie aleje na Mokotowie, nowe miasto Grochów, odbudowa pałacu Blanka i władysławowskiego Arsenału, szkoły miejskie, mogące być wzorem dla całej Europy, porządek na miejskich rogatkach, nowe pomniki, kaprys, godny króla Stasia, czarujący kanał łazienkowski i wreszcie wydobycie naprawdę spod ziemi starego barbakanu, który niczemu nie jest potrzebny, tylko miłości do rodzinnego miasta, zamyśleniu nad przeszłością.

Starzyński, krępy, przysadkowaty, rumiany, typowy Mazur ze średniego rodu, jest nieodrodnym dzieckiem swego czasu, który się śpieszy, buduje i burzy, czyny przenosi nad słowa, jest on nowym Polakiem, jak ci wszyscy, którzy wypierają teraz rozmarzoną, pełną wahań i skrupułów moralnych, spętaną tradycjami dawną Polskę.

Zarazem przecież wszystko co w tej przeszłości było twórcze i piękne, wszystko dla czego walczył pod Piłsudskim, czego go uczyli w szkole starzy romantycy i romantyczni pozytywiści, wszystko o czym mówią mu mury starej Warszawy, noc belwederska, czwartaki Judyma, biedne inteligenckie mieszkania Mahrburgów, Dawidów i Krzemińskich – wszystko to jest w nim przytomne, najważniejsze, nietykalne, i cała jego młodość, rozmach, nowoczesność idą teraz na to by z Warszawy uczynić wzór dla całej Polski, wzór życia, o jakim śnili ci marzyciele i jakiego nie mogli zbudować. Pomaga mu sztab ludzi młodych, zapalonych, przez niego dobranych, ale on jest ich duszą, on ogniem tej całej wielkiej sprawy, on w niej wydziera innym nie tylko pracę ale i odpowiedzialność i wszystkie trudności. Jakże jest inny niż owi komiczni wielmoże, wielcy ludzie do małych interesów, od których roi się po wszystkich biurach i urzędach na górze i na dole. Jest zawsze uśmiechnięty, powiedziałbyś – szczęśliwy, zawsze ma czas na wszystko, nigdy nie śpieszy się, jest dla wszystkich dostępny, odpisuje na wszystkie listy.

Jakże drogie na całe życie jest dla mnie wspomnienie zwiedzania tych wszystkich cudów nowej Warszawy w towarzystwie samego Starzyńskiego, który, kiedy przyjechałem z Paryża, kazał mi wjeżdżać z nim kolejno do miasta przez wszystkie rogatki, by pokazać jak się teraz będzie stolica przedstawiała cudzoziemcom.

I oto Starzyński, budowniczy, twórca, który zamarzył nowy, wspaniały kształt stolicy i widział wzniesione przez siebie jej zręby, własną wolą, w imię piękna wyższego niż płótna, mury i marmury – gdy przyszło o to piękno walczyć, nie tylko życie swe położył ale i poświęcił mu zawartą w tych nowych murach, nowym życiu – własną nieśmiertelność. Wziąwszy w siebie ducha Warszawy, pojąwszy dobrze mowę jej historii, zrozumiał, że ten duch tak mu właśnie nakazuje postąpić i takimi właśnie drogami prowadzi jego do legendy a Warszawę do dalekiej ale pewnej wolności.

Dzisiaj Warszawa jest kupą gruzów, miejscem niewoli i hańby, jakiej dotąd nie zaznała w historii. Wielki książę Konstanty, tłukący się jak dziki zwierz po pokojach Belwederu, nie był taką zniewagą dla narodu polskiego, jak ów wyrodek polskości, który dzisiaj w tych murach podpisuje rozkazy wroga, mające zniszczyć nasz naród, zrównać go z moskiewską dziczą. Na miejscach Dekerta i Starzyńskiego, Małachowskiego i Rataja, Daszyńskiego i Prystora, panoszy się plugawy szpieg Makrot i z najciemniejszych mroków wypełzły pomiot Szeli, dziedzice Radziejowskich i Ponińskich.

Zdawałoby się, że nad tymi ruinami i tryumfującą nad nimi zdradą nie ma już żadnej nadziei, żadnego ratunku, że Warszawa, która była bohaterską duszą i cudownym obrazem polskości, jest już jak jakaś dawna Niniwa cmentarzem rzeczy niepowrotnych, z kórego nocą podnosi się złowieszczy okrzyk: „Biada zwyciężonym!”.

Ale my, warszawiacy którzyśmy unieśli zdrowe za granicę głowy, kiedy myślimy o wielkich i małych ludziach naszego miasta, o tych, którzy zasypali się z własnej woli w jego ruinach, o tych, którzy dziś wśród tych gruzów wyglądają wolności, czujemy, że nie mamy prawa rozpaczać i wątpić.

Jak Stefan Starzyński wywiódł z podziemi średniowieczne mury Warszawy, tak ktoś podniesie ją z gruzów niewoli, z pyłu hańby – kościoły, gdzieśmy się chrzcili, ogrody, po których snuliśmy się zakochani, sale naszej nauki, i pozwoli nam położyć się na cmentarzach Warszawy obok naszych ojców i poległych braci.

Jan Lechoń.

——-
*) por. „Przedwiośnie wolności” w nr. 107, „Piłsudski i Żeromski” w nr. 109, „Literatura, cyganeria, Askenazy, Daszyński” w nr. 111 „Wiadomości”.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close