Warszawski „zamtuz łaziebny”

W swoich wrażeniach z pobytu w Warszawie w r. 1793, Friedrich Schulz (por. „Wiadomości”, nr 372) poświęca nieco miejsca „stosunkom z kobietami i dziewczętami płochego życia, których nigdzie może nie ma tyle co w Warszawie” (cytujemy według przekładu J. I. Kraszewskiego). Pod tym względem Warszawa bije Paryż, Wiedeń i Neapol: „świętość małżeńskich związków jest tu zupełnie lekceważona”.

Scharakteryzowawszy klasę metres, t.j. „dziewcząt utrzymywanych, które się zaprzedają za mieszkanie, wyżywienie, ubranie i pensję”, przechodzi Schulz do panien „drugiej klasy”, która „mieszka o własnym koszcie i rachuje na znajomych i odwiedziny.

Wybierają one zwykle lokale na Krakowskim Przedmieściu, w najbardziej ożywionej jego części, pomiędzy pocztą a wniściem do Saskiego pałacu. – Są tu domy niektóre i piętra całe po domach, które od lat wielu dla tego rodzaju mieszkanek wyłącznie zdają się przeznaczone. Tu się przychodzi jak gdzie indziej do kawiarni. Mężczyźni nie wahają się pokazywać w oknach razem z tymi paniami”… Nawet w dzień obchodu konstytucji, gdy Krakowskim Przedmieściem kroczył uroczysty pochód z królem na czele, „wszystkie okna tych panien pełne były oficerów i różnych ich znajomych”.

Trzecia klasa dziewcząt publicznych pozostaje pod opieką „t.zw. gospodyń”. Bez zezwolenia swojej pani nie mogą ani przyjmować ani odwiedzać mężczyzn. „Dla zachowania pozoru przyzwoitszego podobna rodzina wywiesza zwykle szyld kapeluszniczy, modniarski, kawiarni lub winiarni”.

Czwarta klasa dziewcząt składa się ze sług w licznych szynkach, szczególnie przy ulicach Trębackiej, Żabiej, Świętojerskiej i Wałowej. „Na parterze przy Trębackiej we wszystkich niemal domach mieszczą się szynki i domy publiczne”, odwiedzane przez najgorszego rodzaju męty; są to gniazda „najobrzydliwszego plugastwa i najstraszniejszych chorób”…

Dla „nieszczęśliwych, uciśnionych kochanków” miejscem schadzek służyły publiczne łazienki nad Wisłą, gdzie kąpiel kosztowała cztery złote i gdzie „się nikt nie sprzeciwia, jeśli dwie osoby płci różnej do jednego wchodzą gabinetu”.

Zapewne o tym „zamtuzie łaziebnym” mowa w „Diogenesie w kontuszu” Wacława Berenta. Właścicielem jego, „panem na lupanarze warszawskim”, był kasztelan łukowski Jacek Jezierski, krewny znanego publicysty Franciszka Salezego Jezierskiego (pisywał pod pseudonimem Jarosława Kutasińskiego), sam głośny mówca sejmowy, który słynął także z tego że pierwszy przekroczył leżącego w drzwiach Rejtana. Ów zamtuz, „założony z rozmachem iście pańskim a z polska szerokim, zajmował olbrzymi czworobok, w którym mogłoby się i dziś pobudować osiedle całe”, między Dobrą, Bednarską i Wisłą. Satyra nie oszczędzała Jezierskiego. Pisano o nim: „Przy wiślanym moście gospodarz jedyny częstuje francą przybyłe Litwiny”, a Zabłocki wyrażał mu wdzięczność, „tę wdzięczność, którą z całym narodem rad dzielę, ilekroć widzą wielkie twe dzieła: burdele”.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Close