Wojciechowski

W związku ze śmiercią byłego Prezydenta Rzeczypospolitej Stanisława Wojciechowskiego, człowieka uczciwego, zacnego, prawego, sumiennego, pracowitego, ideowego i patriotycznego, przeczytałem jego „Wspomnienia”. Jakże sowicie byłem wynagrodzony za ten akt obywatelskiego pietyzmu! Od razu na drugiej stronie spotkałem się ze scenką rodzajową, która mnie zachwyciła.

Prezydent Wojciechowski zaczyna swe opowiadania od ukończenia w r. 1888 gimnazjum w Kaliszu, mieście wówczas bardzo odległym od stacji kolejowej, krótko mówiąc „głuchej prowincji”. Zdarzyło się że koledzy Prezydenta chcieli ukarać swych współkolegów za złamanie solidarności w bojkocie i szykanach, które miały być stosowane do jakiegoś nielubianego belfra-Moskwicina. Prezesem tego sądu koleżeńskiego był niejaki Idzikowski, a wśród dotkniętych karami znalazł się inny kolega Prezydenta, jak się wtedy mówiło – „starozakonny”. I oto matka tego chłopca, solidna kupcowa kaliska, natychmiast przyniosła owemu prezesowi sztubackiego sądu głowę cukru, prosząc o załagodzenie sprawy czy też o złagodzenie wyroku.

Prezydent Wojciechowski wspomina o oburzeniu Idzikowskiego z powodu próby wręczenia mu łapówki; – dla mnie ten incydent ma coś maupassantowskiego w swoim rysunku, w swej ostrej wyrazistości. I któż teraz ośmieli się powiedzieć że za czasów najgłębszej nocy carskiej okupacji samorzutne władze polskie nie były należycie szanowane i respektowane, chociażby nawet samorzutność ujęcia tej władzy pochodziła z nieletniouczniowskiego środowiska?

Cóż, kiedy te uczucia podniosłe o autorytecie sądu uczniowskiego, wyrokującego wbrew swoim nauczycielom gimnazjalnym, zakłóca nam gehenna ucisku, którąśmy wtedy znosili ze strony siepaczy carskich.

Oto, jak wiadomo, wszystkie podręczniki naszej martyrologii znają datę 3 maja 1891, kiedy zorganizowano wielką manifestację na cześć setnej rocznicy konstytucji 3 maja. Wojciechowski był jednym z czynnych aktorów w tym dramacie i został za to aresztowany. W związku z tym pisze:

„Na Chłodnej osadzono około 25 kolegów o bardzo różnych przekonaniach, ale zgodnych w tym że na śledztwie nikt nie będzie wypierać się udziału w pochodzie, a na wszystkie inne pytania będziemy odpowiadać: nie wiem. Sienniki były tak nabite słomą że po bezsennej nocy zajęliśmy się przede wszystkim ubijaniem i obłaskawianiem naczelnika więzienia. Udało się to znakomicie dzięki temu że nasza delegacja zastała w kancelarii naczelnika jego córki, które od razu stanęły po naszej stronie i zjednały „papaszę”. Z miasta przysyłano nam moc smakołyków i kwiatów: objawy powszechnej sympatii osładzały utratę wolności”…

Generał-gubernator Hurko wymierzył demonstrantom karę od 4 do 6 tygodni aresztu, zależnie od ich wieku – młodsi mniej, starsi więcej, ale na szczęście po dwóch tygodniach któraś z ciotek cesarza obchodziła święto swoich urodzin. W dniu tak uroczystym serce nawet takiego oprawcy, jak Hurko, zmiękło, i wszyscy przestępcy zostali wypuszczeni na wolność bez żadnych dalszych konsekwencji.

Człowiek się wprost zżyma ze zgrozy, gdy czyta o bezmiarze okrucieństwa w tych ponurych czasach.

Wojciechowski pisał swoje wspomnienia w kilkanaście lat po rewolucji bolszewickiej, ale żadne uwagi mu się nie nasuwają, aczkolwiek w pewnej chwili ujawnia nam że sprawa manifestacji warszawskiej zainteresowała Francję, a ponieważ rząd rosyjski miał wtedy ochotę zaciągnąć pożyczkę, więc nie chciał „przeciągać struny”.

Oczywiście jest to całkowita bzdura, wciąż ten sam objaw patologiczno-psychicznej obsesji że nikt na świecie nie ma nic innego do roboty niż tylko nas ratować. Już w XVIII w. i radomianie i barszczanie i inni szkodnicy wołali że świat cały musi ich wziąć w obronę przed straszliwą tyranią ks. Czartoryskich i Stanisława Augusta. To nie tylko za obecnej emigracji istniała polska psychopatyczna wiara w cudowne skutki roztkliwiania opinii publicznej co do naszych nieszczęść i kłopotów. Wojciechowski, gdy to pisał, był już i byłym ministrem i byłym Prezydentem Rzeczypospolitej, a jeszcze nie uświadamiał sobie że bankierom francuskim udzielającym Rosji pożyczek chodziło o procenty, a nie o to, czy dwudziestu studenciaków warszawskich siedzi czy nie siedzi w jakimś areszcie.

Tymbardziej że w kilka lat po tym pierwszym zaaresztowaniu spotkały Wojciechowskiego doświadczenia, które powinny były wzbudzić w nim refleksje że Francuzi nie zawsze myślą o tym, jak ratować Polaków z carskich więzień. Oto na życzenie agentów policji carskiej w Paryżu policja francuska aresztowała szereg polskich socjalistów, między innymi Wojciechowskiego. Z jego zacnych wspomnień widać że do końca życia nie mógł zapomnieć tego wstrząsu, który wtedy przeżył. Opowiada że oburzyło go do głębi, iż na policyjnym nakazie aresztowania jego osoby był wypisany nie tylko tytuł „Rzeczpospolita Francuska”, ale także i godło rewolucyjne: „Równość, Wolność, Braterstwo”. Prostolinijny Wojciechowski nie mógł zrozumieć tej hipokryzji. Tym bardziej że więzienie republikańskie wcale nie było doskonałe. Na ścianach korytarzy, cel i ustępów pełno było serc przebitych strzałą, co – jak wnikliwie domyśla się Wojciechowski – wskazywało że w więzieniu siedziało mnóstwo zawiedzionych kochanków. Jedzenie było marne – pisze – i bardzo jednostajne, codzień
jakaś „lura z soczewicą”. „Chleb był tak zakalcowaty że mogłem jeść tylko skórę”.

Szczęściem i w tym więzieniu długo Wojciechowski nie siedział, został wypuszczony i wyjechał do Anglii. Na dworzec kolejowy przyszły pożegnać go koleżanki ideowe i przyniosły mu prezenty. Pani Budzyńska przyniosła mu jasiek, a pani Skłodowska (Curie) – „wiersz o jasnych duchach”.

Jak to do Anglii? – zapyta czytelnik z r. 1953, a wiza wjazdowa?

Oho! Wiza wjazdowa! Wojciechowski opowiada nam przecież jak pierwszy raz uciekał przez granicę rosyjską. Po przekroczeniu jej w towarzystwie przemytnika, dostał się do Torunia i przez Poznań, Katowice, Wiedeń, pojechał od razu do Zürichu. Nie wysiadał z pociągu, tłumaczy, bo nie miał ani walizki ani dokumentów. Granicę prusko-austriacką i austriacko-szwajcarską przejeżdżało się w ogóle bez paszportu, i nawet pasażer bez walizki nie był przedmiotem indagacji.

Wojciechowski nie zwraca najmniejszej uwagi na zmiany zaszłe pomiędzy epoką, którą opisuje, a epoką, w której pisze. Tylko przeplata swe opowiadania wspomnieniami o czasach późniejszych, co często powoduje rozmaite refleksje. Oto ni stąd ni zowąd zaczyna się gniewać że gdy był polskim ministrem spraw wewnętrznych nie pozwolono mu wydać zarządzenia zamykającego wszystkie restauracje, bary, knajpy i t.d. o wczesnej godzinie wieczornej. Oburza się że mu tłumaczono, iż w ten sposób straci zajęcie mnóstwo ludzi związanych z restauracjami nocnymi. Oczywiście, tłumaczono mu to w niedostateczny sposób, bo jasne jest że nocne życie restauracyjne było poważnym czynnikiem gospodarczym, przyśpieszającym obrót handlowy, czego oczywiście lekceważyć nie można. I oto ten człowiek, urodzony w epoce tak szczęśliwej, tak wolnej, gdy zaczął rządzić, natychmiast wyrywał się do kłódkowania i zamykania. Czyż nie mógł zrozumieć o ileż lepsza była ta epoka, kiedy mógł po całej Europie jeździć chociażby trzecią klasą, ale bez paszportu, wizy, świadectwa dewizowego, podkładać sobie pod głowę jasiek pani Budzyńskiej i czytać wiersze o „jasnych duchach”, ofiarowane przez samą panią Curie.

Tutaj jeszcze anegdota, którą sam Wojciechowski o sobie opowiada a która dziwnym zbiegiem okoliczności jest bardzo podobna do anegdot, które o nim opowiadano.

W czasie pobytu w Paryżu Wojciechowski do tego stopnia nie umiał po francusku że wysłany przez kolegów po butelkę wina, – wiedząc że w domu nie ma korkociąga, – zwrócił się do sprzedawczyni: „Cordon, s’il vous plaît”, a ponieważ nie otwierała ona butelki, więc powtarzał kilka razy: „Cordon, s’il vous plaît”, bo słyszał że tak się mówi do portiera, gdy drzwi są zamknięte, i myślał że to znaczy: „Proszę otworzyć”.

Pan Prezydent poczciwie przyznaje się w swoich wspomnieniach iż „wiele było śmiechu, gdy powiedziałem kolegom że w sklepie nie mogli zrozumieć o co chodzi”.

Nie wiem dlaczego w tym miejscu korci mnie by opowiedzieć już nie anegdotę, lecz poważną informację historyczną, którą znalazłem w związku z odczytywaniem książek dotyczących Prezydenta Wojciechowskiego. Władysław Grabski, nasz były premier, w swej książce „Dwa lata pracy u podstaw państwowości naszej”, opowiada o ciężarach, które narzucała nam Anglia w zaraniu naszej niepodległości. Na początku Anglicy wymyślili byśmy zapłacili za własność państw zaborczych na naszym terytorium, a więc na przykład za austriackie, niemieckie, rosyjskie koleje państwowe, gdyż koleje żelazne do dawnego państwa polskiego nie należały i zostały później dla nas wybudowane. To żądanie było oczywistym nonsensem, w takich kolejach na naszych terytoriach, fortecach, czy koszarach i t.d. i t.d. tkwił przecież grosz wpłacony przez podatnika polskiego, tkwił nasz „pot i krew” używając języka wiecowego. Jakoś to wyperswadowano, ale wtedy zażądano od Polski by wzięła udział w spłacie długów państw zaborczych. To żądanie było rozsądniejsze, bo przecież – jak słusznie pisze Grabski – mała Austria powojenna nie była w stanie zapłacić wszystkich długów przedwojennej monarchii Habsburgów. Ale Anglicy wymogli byśmy także przejęli część długów cesarstwa rosyjskiego.

I tutaj przychodzi moment, który znów mnie zachwyca.

Anglicy jak zawsze, sprzyjali wtedy raczej Sowietom, niż nam, a w każdym razie wciąż żądali, byśmy z Sowietami zawarli pokój. Wreszcie w Rydze dochodzi do układów pokojowych, Anglicy są zadowoleni, że układamy się z Sowietami samodzielnie i że nie żądamy od nikogo, by na Sowiety naciskał na naszą korzyść. I oto p. Kauzik – był wtedy jednym z sekretarzy naszej delegacji – porozumiewa się z Sowietami by spłatę tych dawnych długów cesarskich, które już Polska zobowiązała się zapłacić, Sowiety przejęły na siebie tytułem jednego z warunków pokojowych. Sowiety warunek akceptują, bo przecież one i tak… zasadniczo żadnych długów nie płacą.

Ale wróćmy do Prezydenta Wojciechowskiego.

Zrobię tutaj uwagę ogólną.

Każdy człowiek wybitny uwidacznia cechy swej epoki, i to te cechy, które w jego epoce nie były już schyłkowe, kończące się, lecz właśnie dopiero rosły, dopiero walczyły, dopiero były młode. Dlatego Długosz, może największy człowiek pióra w Polsce, był tak bardzo człowiekiem renesansu, i z tego mamy prawo być dumni. Nie lubimy czy też nie lubiliśmy secesji, a jednak wszystkie elementy secesji mieszczą się i w genialnym Francuzie Rodinie i w naszym wielkim Wyspiańskim. Jakże mimo wszystko duchem, bliski Wyspiańskiemu był Piłsudski. Oczywiście cytując wciąż artystów robię to całkiem świadomie. Wciąż powtarzam swój pogląd że aby zrozumieć historię, nie trzeba sięgać do ekonomii, lecz przede wszystkim do historii sztuki, do tej galerii zasuszonych kwiatów uniesień ludzkości.

Otóż uderza mnie jak umysłowość Wojciechowskiego była niepodobna do umysłowości sfery artystycznej jego epoki.

Oglądam pismo „L’Assiette au Beurre” (1901-1907), odzwierciedlające w pełni nastroje, które w latach 1890-1900 kiełkowały i pączkowały. Uderza tu wywracanie wszelkich zasad moralnych: w stosunku do Boga – bluźnierstwo, w stosunku do ojczyzny – szyderstwo, w stosunku do honoru – pośmiewisko, ale także i w stosunku do reform społecznych, idealizacji robotnika – niedowierzanie, sceptycyzm, ironia.

Jest to, oczywiście, wyolbrzymienie, skrajność. Ale niewątpliwie w latach 1890-1910, kiedy upływały lata młodzieńcze Wojciechowskiego, cały artyzm odwracał się od tego co byśmy nazwali cnotami mieszczańskimi. Takie już były czasy, taka jest o nich prawda historyczna.

Otóż Wojciechowski, który zaczyna jako brat „Zetowy”, czyli włącza się do szeregów powstającego nacjonalizmu polskiego, potem staje się patriotycznym socjalistą, towarzyszem walki Piłsudskiego, Studnickiego, Jędrzejowskiego, Jodki-Narkiewicza i t.d., jest dziwnie odległy w swoich upodobaniach od upodobań artystów swojej epoki.

W jego wspomnieniach uderzył mnie dziwny szczegół. Ten człowiek ciągle obawia się złodziei. Ma widać uraz na ten temat. Stale o tych złodziejach pisze, swoje sympatie do różnych krajów dawkuje według zabezpieczenia przed złodziejami na kolejach i tak dalej. A przecież w czasach Nieczajewa i Bakunina i w rewolucyjnym socjalizmie niemieckim XIX w. złodziej był osobistością raczej popularną; dla niektórych „przodujących” kół artystycznych Paryża właśnie w tym okresie apasz był postacią sympatyczną, jak Rinaldo-Rinaldini w epoce romantyzmu.

Wojciechowski – broń Boże! Szczegół zabawny. Opowiada jak jedzie kiedyś z ogromną walizą, wypakowaną po brzegi pismem „Górnik”, czyli propagandą nielegalną, i oto w tym samym pociągu złodziej okrada bogatego przemysłowca. Wojciechowski nie zna przemysłowca, sam musi uważać by nie schwytali go żandarmi, nie może powiedzieć swego nazwiska, bo jest poszukiwany; nie ma z sobą żadnego dokumentu, w ogóle jest w bardzo trudnym położeniu, a jednak wyrywa się z pomocą dla okradzionego, pożycza mu 25 rb, kwotę wówczas dla wędrownego socjalisty wprost olbrzymią. Przemysłowiec oczywiście pyta go o nazwisko i adres – Wojciechowski musi je na poczekaniu zmyślić – i co gorzej, ciągnie go do biura żandarmerii na świadka kradzieży. W związku z tą pożyczką Wojciechowski ma dziesiątki przykrości.

Jakże inaczej w takiej sytuacji zachowałby się Nieczajew. Cieszyłby się że przeklętego burżuja okradli i trzymałby brudne ręce w brudnych portkach.

Wojciechowski niedługo popasał w socjalizmie, choć odegrał tam wybitną rolę organizacyjną. Wylądował w spółdzielczości. To tak jakby ktoś robił wybór: ja będę w wojsku ułanem i będę szarżował konno, a ty będziesz w wojsku w wydziale segregacji materiałów mundurowych.

Pomiędzy bojem pod Bezdanami a spółdzielczością różnica była duża.

Ale bądź co bądź w ostatnich latach XIX i pierwszych XX w. Wojciechowski jest najbliższy ideologii Piłsudskiego, jego zrywu do niepodległości, jego posunięć politycznych. W naczelnych władzach P.P.S. zasiadają czasami Piłsudski, Sulkiewicz i Wojciechowski, czasami, jak w chwili aresztowania Piłsudskiego, rola Wojciechowskiego jest jeszcze większa. Sulkiewicz zginął w legionach, Wojciechowski… po wybuchu wojny, w r. 1914 zgłosił się do… drużyn Gorczyńskiego.

Drużyny polskie Gorczyńskiego było to przedsięwzięcie prywatne p. Gorczyńskiego, nie pochwalane nawet przez Dmowskiego, ani przez nikogo w polskich kołach politycznych, nawet skrajnie rusofilskich. Miały to być drużyny walczące po stronie rosyjskiej.

Wspomnienia Wojciechowskiego zostały wydane tylko w jednym tomie, kończącym się na chwili odzyskania niepodległości. Ostatnie rozdziały tych wspomnień opowiadają nam o jego współpracy z największymi wrogami Piłsudskiego, z rusofilskimi endekami i konserwatystami. Zżyma się nawet na niektórych konserwatystów za to właśnie co było bliższe temu co można by nazwać linią polityczną Piłsudskiego. W każdym razie w czasie wojny Wojciechowski znalazł się w obozie politycznym diametralnie przeciwnym dawnemu jego towarzyszowi wspólnych walk podziemnych.

A jednak, jak wiadomo, Wojciechowski był kandydatem Piłsudskiego na Prezydenta Rzeczypospolitej. Sądzę że mam klucz do tej zagadki. Piłsudski także obawiał się złodziei, tylko trochę innego typu, nie kolejowych, lecz… mienia i grosza publicznego. Znał Wojciechowskiego jako człowieka ultraskrupulatnego. I oto tutaj przychodzimy do historycznego dramatu, który ma za tytuł Stanisław Wojciechowski. Był to człowiek bardzo porządny, prawy. Ale nie tylko chodziło o to, że Piłsudski, opuszczając Belweder, zabrał „klucz od góry, skąd lepiej widać każdą rzecz”, jak pisał Lechoń. Zobaczmy co piszą Francuzi o Polsce powojennej. Taka pani Tabouis na przykład. Nie lubi nas a jednak zachwyca się pięknymi dekoltami naszych pań na rautach dyplomatycznych, i nie tylko dekoltami, lecz i kulturą tych pań. Każda z nich umie coś powiedzieć, odpowiedzieć, zadowcipkować, czymś zabłysnąć, udać że czytała więcej niż czytała, że rozumie więcej niż rozumie. A za pięknymi oknami pięknych pałaców, w których odbywają się rauty, jest jeszcze śnieg i nędza chłopska, t.zn. żywioły, które się same rządzić nie umieją, którymi rządzić trzeba.

Dwudziestolecie Polski niepodległej, to jeszcze arystokracja polska, która rządziła do r. 1919 tam, gdzie Polska rządziła się sama, i która teraz władzę pośpiesznie i bez najmniejszego protestu oddaje, ale z wdziękiem ładnej kobiety szepcze na pożegnanie swoje rozsądne rady, i to młoda, zachłanna, pewna siebie i głupia biurokracja polska, która te rządy przejmuje. Pośrodku są złudzenia wszystkich że państwem, tak jak w Anglii, potrafią rządzić… wybrańcy narodu. W to chcą wierzyć wszyscy. Chce wierzyć i Zdzisław Lubomirski i Piłsudski i Wojciechowski. Tylko Lubomirski bardzo prędko nie ma już nic do gadania, u Piłsudskiego inteligencja i orientacja były większe niż ta wiara, a u Wojciechowskiego upór był większy niż inteligencja, i ten upór go utrzymał przy wierze idealnej, lecz niesłusznej.

Stanisław Mackiewicz.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Close