STANISŁAW KRZEMIŃSKI

Z burzy dziejowej: „Ogniem i mieczem”*

TŁO DZIEJOWE

Nim pomówimy o dziele, dotkniemy w przelocie epoki, którą to dzieło przed oczyma naszymi stawia. Była to epoka straszna, pełna klęsk i błędów, skaz i plam politycznych i moralnych, epoka wojny domowej, niewolna od hańby a dysząca okrucieństwem. Jednakże autor „Ogniem i mieczem”, mimo tych znamion czasu, mimo wysokiego powołania, jakie ma powieść historyczna, nie wahał się z takiej i tej właśnie epoki wysunąć przędzy wydarzeń dla swego utworu. Jest w tym wiele odwagi, która graniczyłaby z zuchwalstwem lub tendencyjną lekkomyślnością, gdyby w tym obrębie przeszłości, do którego zawitała twórcza fantazja autora, nie było nic więcej prócz cech ujemnych: gdyby ją pociągało samo tylko bogactwo życia, wielka rozmaitość zjawisk, przepych kolorytu, ustawiczność ruchu, wszystko co fantazję, że tak powiemy, zmysłową, pociąga. Ale epoka owa jest jeszcze epoką wielkich uczuć, wielkich bólów i radości, trosk i postanowień, wielkiego męstwa i wielkich charakterów – a w treści swej duchowej przedstawia takie same bogactwo, jakim uderza przez formy swoje najpospolitszy nawet umysł. Z takiej epoki, gdzie światła i ciemności ważą się ustawicznie ze sobą, gdzie kataklizmy idą jedne po drugich a spokój ucieka przed nimi, gdzie natura ludzka od piekła do nieba się przerzuca, gdzie nieszczęścia i małości więcej, bo i jednostek małych więcej niż wybranych – wykroić epopeę, jaką powieść historyczna w pewnej mierze być powinna, zadanie to daleko trudniejsze niż wtedy, gdy się ma do czynienia z epoką czystych tryumfów i zgodnych dodatnich dążeń. Ale – jeżeli mam prawdę powiedzieć – dla talentu rzeczywistego zaszczytniej jest z pierwszej aniżeli z drugiej kopalni wyłamywać kamienie do budowy. Prawda że w sztuce dobre chęci nic nie znaczą: trzeba dać koniecznie czyn, to jest życie i piękno; istotny wszakże talent i w tym się zawsze przejawi co pozostało dla niego nieosiągniętym ideałem.

Z epoki 1648 -1659 Sienkiewicz nie tylko tę jedną powieść napisał, ale pisze jeszcze i drugą, którą nazwać zamierza „Potopem”. Miano to jak wraz przysiaje do całego tego straszliwego dwunastolecia, i historyk obrazowy, z formy swej historyk – poeta, jakim być musi każdy kreślący losy narodu dla narodu – całej tej epoki inaczej by nie nazwał. Był to rzeczywiście potop nieszczęść. Przeznaczenie otworzyło na nas wszystkie swe upusty. Chmury, jak fale spienionego oceanu, waliły się jedna przez drugą, a każda przynosiła ulewę, błyskawice i pioruny. Co zajaśniał promyk, to go zaraz nowe mroki chłonęły. Gromy biły nieustannie, groza śmierci wiła się jak wąż po huczącym niebie. Z czeluści Europy, z przestworza ojczyzny wypadały coraz to nowe szatany. Od wichrów przeciwności mdlała i upadała dusza zbiorowa, łamały się podstawy bytu, pękało sklepienie wiekowej budowy. Bez wątpienia, dla Historii nie wystarcza mechaniczne odmierzanie i odważanie wypadków; ilość dla niej nigdy wobec jakości rozstrzygająca być nie może; każdy wypadek ma w jej oczach swoją własną indywidualność – i w tym znaczeniu, mówimy też, że się wypadki nie powtarzają w historii: – spójrzmy jednak na te kilka miesięcy Władysława IV i jedenaście lat Jana Kazimierza: czy tak łatwo znajdziemy w dziejach nowożytnych równie ogromną sumę przeciwności, nieszczęść i klęsk, w jedną chwilę zebranych? I trud też równie ogromny, dla przełamania losu podjęty – podjęty i wykonany?

Lelewel ubolewa, że dotychczas jeszcze epoka tej wielkiej burzy dziejowej nie znalazła godnego siebie historyka, ale sam w swych „Uwagach” kreśli jej obraz wyrazisty, a w jednym ustępie, sumującym wszystkie nieszczęścia i wszystkie nędze, wzbija się, nawet on, pod wrażeniem rzeczywistości na wyżyny prawdziwie szczytnego wysłowienia. Jakże się dopiero rwać musi duch artystyczny, jeśli w siebie tylko dobrze dzieje te wchłonął, tak aby one w nim odżyły; jeśli nieprzeliczone mnóstwo większych i mniejszych szczegółów zebrał w jedną syntezę i wytworzył z całego ogromu wypadków jedną indywidualność, ożywioną już rzeczywiście tchnieniem epoki! Takiego artystycznego ducha potrzeba i historii, która pomimo wszelkich pedanckich deklamacji ex cathedra jako wiedza czysta, krytyczna, nigdy nie przeniknie w powszechność i musi się stać koniecznie umiejętnością i sztuką, aby rzeczywiste swoje zadanie oświecenia umysłów prawdą spełnić mogła. Na takiego historyka czeka jeszcze do dziś dnia epoka pomieniona. Artystycznego odczucia i wydania, żywego uplastycznienia wydarzeń i czynów nie od każdego żądać można; ale do sprawiedliwego sądu każdy jest zobowiązany. Pod tym względem nowsze dziejopisarstwo nasze, w t.zw. szkole krakowskiej zamknięte, krzywdzi przeszłość w ogóle, a w szczególności tę epokę, wobec której właśnie stoimy.

KRZYWDZĄCY SĄD BOBRZYŃSKIEGO

Jeden z przedstawicieli tej szkoły, historyk prawa z powołania, a historyk polityczny z temperamentu, p. Bobrzyński, dał się poznać jako autor improwizacji nazwanej „Dziejami Polski”, improwizacji, w której sam Henryk Szmitt wykazał sto kilkadziesiąt błędów faktycznych a która mimo to dostąpiła zaszczytu wielkiej poczytności. Traktat swój poprzedził p. Bobrzyński schematem pojęć o organizacji państwa, żywcem jakby wziętym z handbuchów niemieckich. Co do schematu nie przypada, to uczony profesor bez miłosierdzia przykrywa, obcina, przycina, aby tylko w ramy z góry sklejone wlazło; wypadki, które okaleczyć się nie dały, uśmierca, to jest wcale o nich nie mówi; na inne, niedogodne dla siebie, rzuca światło własne, aby się odpowiednio wydały; wszystko to zaś czyni dla miłości prawdy, oczywiście – szkoda tylko że bez zgłębienia samoistnego, na które brakło mu nawet czasu. Jest on tu tylko heroldem szkoły, założonej jeszcze w r. 1865 w „Kilku prawdach” przez Szujskiego: miał więc prawo wyniki trudów i przekonania tego historyka, należące do szkoły całej, adoptować i jako swoje własne w świat puścić. W tym tedy pamflecie na przeszłość Polski p. Bobrzyński twierdzi, że upadek zaczął się już w w. XV. Dlaczego? Bo właśnie wtedy powszechność zeszła z tego, co się u p. Bobrzyńskiego jedyną drogą prostą, do zbawienia wiodącą nazywa, i uwikłała się na manowcach, wiadomo zaś czym są wszystkie manowce.

Po takim upadku już za Kazimierza Jagiellończyka i Olbrachta, rzecz prosta, cały wiek XVI musi być wiekiem ułudnej tylko siły, a wiek XVII epoką błędów i grzechów coraz sromotniejszych. Tymczasem historia przekonywa, że właśnie na manowcach p. Bobrzyńskiego działo się wiele rzeczy dobrych, dodatnich, jakie by może na jedynej zbawiennej drodze nie były się nigdy spełniły. Pomijamy tu otchłań sofistyki, jakiej potrzeba było dla dowiedzenia, że nawet rozwój umysłowy XVI w. był tylko blichtrem; staje przed nami z całością wielkich zamysłów swoich przedsięwzięć i czynów spełnionych wiek XVII, staje ta właśnie epoka, nad którą zatrzymuje się myśl nasza zbolała. Czyjąż to było zasługą, że się rzecz publiczna z tego straszliwego potopu wydobyła? Jakież to były i czyje środki, które jej jednocześnie sześć wojen toczyć i ostatecznie zakończyć pozwoliły? Może modlitwami zbudowano arkę jakąś, a potop ją na sobie uniósł, ocalając właśnie tych, których miał zagubić? Może słynna pomoc austriacka ocaliła wtedy rzecz publiczną? Może interwencje Ludwika XIV? Kto pobudzał i rzucał tysiące istnień na krwawe widownie, gdzie zawsze znajdowały się w mniejszości, a gdzie w większej części wypadków odnosiły zwycięstwa? Więc zapewne ta zasada, za którą walczy p. Bobrzyński, wywoływała życie, hartowała serca, skupiała siły? Więc temu czynnikowi dziejów, z którym borykała się nierozumna szlachta, jego inicjatywie, jego cnocie, rozumowi i energii przypisać należy to że pamiętna w dziejach burza przehuczała i zostawiła tyle sił jeszcze ile ich potrzeba było na Chocim w r. 1673, na Wiedeń w r. 1683? Nie, nie – a więc co? Daremne wykręty i mędrkowania! Oto energia stanu szlacheckiego, jego żywotność i samodzielność. Ślepym być potrzeba aby nie dostrzec tego, że w epoce, ogniem i mieczem zaznaczonej, nie inna jakaś siła lub zasada, ale naród sam wydobył Rzeczpospolitą z morza bezprzykładnych nieszczęść.

Najbardziej palące zagadnienie historiozofii naszej: która z dwóch potęg ze sobą ścierających się wewnątrz narodu więcej zrobiła dla ostatecznego nieszczęścia? – dotychczas jeszcze nie zostało rozstrzygnięte szczerze, niepodległe a gruntownie naukowo; nie odpowiedział na nie jeszcze żaden umysł szeroko patrzący, wolny od wszelkich krępujących doktryn i upodobań, sądzący rzeczy świata ze stanowiska świata i sprawy ludzkie ze stanowiska natury ludzkiej. „Uwagi” Lelewela są zanadto dogmatyczne; rozprawa Krzyżanowskiego, pełna trafnych spostrzeżeń, za mało wnika w szczegóły faktów i za mało z nich samych wyprowadza przekonywające dowody. Cały zastęp historyków monarchicznych swawoli szlacheckiej przypisuje wszystko złe. Jest to bardzo łatwa historiozofia, czepiająca się objawów a nie sięgająca przyczyn. Formuła jej, niesłychanie prosta, tą prostotą swoją właśnie zjednywa sobie zwolenników. Sprowadzić pojęcie państwa do pojęcia silnego rządu; przyjąć za pewnik, że jedna z tych potęg walczących, królewskość, dążyła do urzeczywistnienia takiego pojęcia, a druga wszystkie jej w tym celu przedsiębrane roboty systematycznie niszczyła; skutkiem tego przyznać pierwszej wyłączną troskę o dobro publiczne, a drugiej tylko bezmyślne używanie indywidualne tych dóbr, które zapewniało poruszanie się w państwie jako w uprzywilejowanej instytucji społecznej; wziąć bezład, wynikający z braku organizacji i w ogóle z niedostateczności umysłowego rozwoju, za jakiś grzech pierworodny życia politycznego powszechności narodowej; zrobić to wszystko i nie powiedzieć jeszcze, że upadku winna jest szlachta – byłoby to już prawdziwym niedołęstwem umysłowym. Nie patrzy się tu na naród jak na organizm żywy, który żywą też zasadę dla własnego rozwoju z samego siebie wyprowadza i w samym sobie niesie swoje przeznaczenie; nie odpowiada się szczerze faktami samymi na pytanie: czy obok owej troski o dobro publiczne, obok rozumu, nie było osobistych interesów, nie było ciasnego ograniczenia umysłu? Czy królewskość spełniła wszystkie swoje obowiązki; czy, zamiast walczyć, nie mogła prowadzić i poprawiać; czy jej brakło tylko możności czy też i dobrej woli a zdolności działania? Do każdego organizmu narodowego należy jego mózg, jego umysłowość: a któryż z tych historyków monarchicznych bada upadek życia publicznego w związku z upadkiem życia umysłowego i w rozpościerającej się coraz bardziej chmurze fanatyzmu, ma odwagę ukazać jeden z czynników późniejszej niemocy? Gdy się zasiada na tym najwyższym trybunale, jaki świat dać może, gdy się przystępuje do wyrokowania o przeszłości milionów – potrzeba nieomal mieć czystość aniołów a siłę olbrzymów. Umysł bez zupełnej niepodległości nie będzie umiał nigdy uszanować faktów; umysł bez należytej siły nie poradzi sobie z ich mnogością.

Dla filozofii dziejów, która ma przed sobą już ich całość, obojętne są wszystkie kwestie ściśle państwowe; obchodzi ją przede wszystkim kwestia żywotnych sił społeczeństwa, stan jego zdrowia lub choroby w chwili tej katastrofy, która wytrąciła je lub wytrącić miała z naturalnych jego kolei. Historiozof prawdziwy będzie badał zawsze stopień żywotności społeczeństwa, bez względu na formę rządu. Społeczeństwo – naród, będzie dla niego większą, głębszą kopalnią prawd historycznych, niż państwo; bo też jest większym i głębiej czującym organizmem: a stąd potrzeba oglądania się przede wszystkim na żywotne siły społeczno – narodowe, czy by się one w tej lub innej formie państwa czy rządu przejawiały. Tylko pogląd z takiego organicznego stanowiska przeprowadzony mógłby nam bałamuctwa nieprzeliczonych naszych historyków rozwikłać.

„ŚWIADECTWO ŻYCIA”

Z takiego też stanowiska patrząc na epokę wojen kozackich i szwedzkich, nie będziemy się zabawiali w maluczkie dociekania porządku i państwowości, ale patrząc na to, co zrobił stan szlachecki, wystawimy mu, pomimo wszystkich jego błędów i grzechów, świadectwo życia, najwyższe jakie od historii otrzymać może dany stan lub warstwa w narodzie.

Gdyby taka sama żywotność znalazła się była w pięćdziesiąt i w sto lat później – dzieje innym poszłyby torem. Nie życie polityczne szlachty XVI i XVII w., ale jej śmierć polityczna za Augustów – sprowadziła niemoc narodową. Nie publiczne ale prywatne namiętności upodliły stan szlachecki – zamknięcie się w domu, w kaplicy, w szkaplerzu. Bijatyki i hulatyki były koniecznym następstwem politycznej bezczynności, tego strasznego, bagniskowego spokoju, za który nie wynagradzało najlżejsze nawet życie umysłowe, całe w książkach do nabożeństwa, kazaniach i panegirykach zamknięte. Najważniejszą przeszkodą dla ustalenia się silnego rządu, który by porządek z wolnością połączył, było pozostawienie rozdawnictwa dóbr narodowych i urzędów dożywotnich w rękach króla – broń potężna, bo jednająca stronników, stwarzająca dwór i arystokrację w szlachcie, możnowładztwo. Kiedy ostatni raz przed Michałem zamiar odjęcia królom tej prerogaty podniesiono, z czyjejże to stało się pobudki, z możnowładczej czy ze szlacheckiej, i czyjeż to stronnictwo, szlachty czy możnowładców, myśl zbawienną stłumiło? A jakichże to ciężarów nie zwaliła na naród dynastyczna ambicja Wazów? Szlachta polska, państwo polskie płacić musiało rachunki pretendentów szwedzkich, choć jeszcze za Zamoyskiego niedwuznacznie powiedziano Zygmuntowi, iż Polska z jego pretensjami do Szwecji solidaryzować się nie ma zamiaru. Gdyby nie ta ambicja, epoka 1648 – 1659 nie byłaby pociągnęła za sobą tylu ofiar, nie sprowadziłaby tak głębokiego wstrząśnienia, jak nam to ukazuje historia.

Odbiegliśmy daleko od toru, jaki nam wskazywał czysty obowiązek sprawozdawczy. Wiem o tym, ale wiem także, iż przedmiot poruszonych tu wątpliwości i nasuniętych spostrzeżeń logicznych jest nieskończenie ważniejszy i od samej powieści Sienkiewicza, i od krytycznych nad nią uwag – a powieść właśnie przez epokę swoją sama go przed umysł mój wywołała.

HISTORIA I POEZJA

Czasy powieści przypadają na sam początek strasznej epoki. Wypadki zaczynają się na wiosnę 1648, kończą w lipcu 1649. Tam początek ruchów kozackich, tu oblężenie Zbaraża i umowa Zborowska. Umowa ta zakończyła pierwszą wojnę z Kozakami i Tatarami, której zarys, może i z Szajnochy wzięty, występuje w powieści. Autor nie poprzedził go prologiem, bez którego historyk obyć by się nie mógł, ale do którego epika żadne nie zniewala prawo. W historii idzie o prawdę wierną życia, idzie o pełnię i związek wewnętrzny wypadków, o ich przyczynową między sobą zależność, której poznanie niezbędne jest dla wyrozumienia przeszłości. Historyk prawdziwy, a nie prosty tylko badacz historyczny, musi być do pewnego stopnia poetą i artystą, ale to tylko w formie swego opowiadania; w treści powinien on być surowym sędzią śledczym, powinien być prokuratorem układającym akt oskarżenia przeciwko tym wszystkim potęgom i siłom, które za głosem rozumu iść nie chciały lub nie umiały, interes ogólny gwałciły, a z praw moralnych czyniły sobie igraszkę. Powieściopisarz czy poeta – epik nie potrzebuje ani na trybunałach zasiadać, ani wytaczać procesów: przyjmuje on przeszłość z rąk historyka, wybiera z niej co chce, uzupełnia siłą własnej imaginacji i bierze za tworzywo do dzieła, które ma być nie opowiadaniem, ale utworem. Historyk opowiada to co się stało kiedyś, poza nim; powieściopisarz lub poeta jest tylko opowiadaczem tego, co się dzieje w nim samym, skutkiem zapalenia się imaginacji od pierwszej iskry twórczości. Nie prawda faktów, ale piękno w sobie, nie rzeczywisty, ale ideowy świat, z gliny rzeczywistego parujący, staje z prawami pierworodztwa przed inteligencją każdego poety, każdego epika. Któż by się odważył przyjąć „Iliadę” za szczerą historię oblężenia Troi i wierzyć w to że w niej są wszystkie i takie same fakty, jakie były istotnie w życiu? Ale wszyscy wierzymy chętnie że w „Iliadzie” odbija się naród grecki, człowiek ówczesny, i cenimy poemat nie dla jego historyczności, ale dla prawdy siły, życia, piękna człowieczeństwa, które nam przed oczy stawia. Żadnemu utworowi historycznemu nie wolno być historią, każdy musi być pięknotworem. Poeta także opowiada historię, ale w niej są raczej dzieje wiekuistej natury ludzkiej w danym społeczeństwie, niż samego tego społeczeństwa. Francuz, Vitet, pisał dramata, które z kronikarską szczegółowością ukazywały przeszłość polityczną Francji. Cóż z tego? Pozostał między niebem a ziemią: stąd się oderwał a tam go nie przyjęli. Historia jest czym innym, poezja czym innym; brać ich pod jedno wspólne prawo nie wolno. Nie uczyni też tego żadna estetyka, mogąca się wylegitymować prawym pochodzeniem. A najstraszniejsza już bywa estetyka socjologów i ekonomistów.

SPRAWA KOZACKA

Obraz byłby bez wątpienia pełniejszy, gdyby go był Sienkiewicz poprzedził przedstawieniem tego co dało zarówno powód jak i pozór do buntu; bo choć był pozór niegodziwie wyzyskany, choć była rozszalała ambicja i nienawiść, były także i przyczyny poważne i zażalenia słuszne. Bez nich nie podobna było pojąć, jakim sposobem Chmielnicki wywołał z przestworów Ukrainy tak ogromną masę czerni; największa jego powaga u swoich, największa przewrotność nie dokazałaby tego sama przez się: było już gotowe usposobienie, a złożyły się na nie winy samej Rzeczypospolitej. Oto porzucono rozumną drogę, na jaką wprowadził był kozactwo Stefan Batory: zamiast ze wzrostem ludności, z ożywieniem się stepów, powiększać regestr, zmniejszano go, a nieszczęsna komsja kurukowska niewdzięcznością jawną odpłaciła Kozakom usługi, jakie wyświadczali na dalekich nawet Inflantach przez dwadzieścia lat wojen z chwałą prowadzonych. Ograniczenie regestru, skrępowanie wyborów, musiało drażnić przywykłą do wojskowości i wojskowego samorządu Sicz. Prawda że ciągłe łupiestwa narażały na ustawiczne starcia z Turkami, ale i temu dałoby się zapobiec, gdyby wcześniej pomyślano o postawieniu silnej twierdzy pogranicznej, która by nad obu brzegami Dniepru panując, wyprawy na Czarne morze tamowała. Zrozumiano w teorii, ale nie umiano wprowadzić w rzeczywistość przeznaczenia, jakie miała ta anomalia ludu wojennego, zorganizowanego odrębnie od całości i pod społecznym i pod politycznym względem. To co Austria przeciwko Turkom umyślnie zakładać musiała, Polsce wytworzyła niejako sama natura przeciwko Tatarom. Kozacy – toż to gotowy taran do rozbicia Perekopu i Krymu! Przedsięwzięcie nie było do wykonania niepodobne, a raz wykonane dawało rozwiązanie kwestii z istoty swej zawiłej, jaką była od początku kwestia kozaczyzny. Można było ziemie tatarskie zostawić w trwałym ich posiadaniu, zaprowadzając węzeł federacyjny, który by zapewnił użytkowanie z ich sił i zabezpieczył tak granicę południową jak i stosunki handlowe z Południem.

Wojny, prowadzone za Zaruckiego i Konaszewicza, wywarły wpływ dobroczynny. Zaczęło się w Kozakach wyrabiać poczucie wspólności z wielkim ogółem, który ich ogarniał, zaczęli oni sami ciążyć do Rzeczypospolitej i w r. 1632 dopomnieli się udziału w elekcji. Była to chwila stanowcza: możnowładztwo jej nie pojęło, bo znajdowało się od kilku lat na drodze zgubnej reakcji, do której podwaliny rzucił późniejszy pogromca Gustawa Adolfa, Koniecpolski. Nawet już po tej odmowie, nawet w czynach zbrojnej nieprzyjaźni o czymże marzy Pawluk? O rozpędzeniu możnowładztwa, o nowych porządkach. Oczy jego zwracają się ku Warszawie: tu pada środek ciężkości jego zamysłów.

Daleką jest jeszcze chwila ciążenia na zewnątrz.

Niewłaściwe postępowanie z Kozakami regestrowymi i z całą masą ludu zbrojnego, ześrodkowanego na Niżu, ale rozproszonego także ponad Dnieprem, na północ i zachód od porohów, aż pod Kijów, odbiło się straszliwym wpływem na stosunkach agrarnych Ukrainy. Tylko państwo w dzisiejszym pojęciu, z dzisiejszą organizacją mogło bezkarnie myśleć o takim zmediatyzowaniu Kozaków, na jakie się odważyła konstytucja r. 1638: Polska ówczesna przez samo podjęcie takiego zadania wyzywała przeciw sobie los zawistny. Nie zamieniono zbrojnych w chłopstwo: oswojono tylko chłopstwo z myślą że i ono także może być zbrojne. Kozacy, regestrowi i nieregestrowi, siedzący między ludem na Ukrainie, rzucali ciągle zarzewie. Takim Kozakiem był Chmielnicki. Kwestia agrarna, nie znana w Europie całej w XVII w., tam, na ukraińskich kresach, występowała jako żywa i paląca. Najgorsze w niej było to właśnie, że nie wybuchnęła wcześniej i doczekała się zbrojnych ruchów Chmielnickiego. Raz wszedłszy na drogę fałszywą, – ścieśniania swobód kozackich, – wytwarzano coraz więcej wrogich dla Rzeczypospolitej żywiołów. Na Niżu największe niebezpieczeństwo w chwili wybuchu groziło od tych, których nie chciano przyjąć do regestru; na Ukrainie właściwej najgorsi byli ci, których w chłopów obrócić postanowiono. Sąsiedztwo porohów i Niżu podkopywało istotnie pracę rolną na tamtych obszarach, które pracą tylko zaludniały się i cywilizowały, ale musiało ono być daleko gorsze w stosunkach, jakie wytworzyć usiłowała konstytucja r. 1638, niż byłoby w prawidłowych, jakie po dniach Chocima ustalić się były powinny.

Nie ma światła bez cienia: wraz z ożywianiem się stepów ukrainnych zaczęły się zagnieżdżać stosunki podobne do tych, na jakie wiek nasz patrzał w stanach południowych wielkiej rzeczypospolitej amerykańskiej. Przerzedzały się lasy, zaludniały pustkowia, powstawały latifundia, w których coraz więcej ziemi szło pod uprawę; ale wyrabiało się też i lekceważenie człowieka, który za narzędzie do tej uprawy służył. Komisarze i starostkowie pamiętali o sobie i na własną rękę, w widokach własnej korzyści, robili to co im z urzędu nawet dozwolone nie było. Do wszystkiego złego w stosunkach rolno – ekonomicznych przybyło zarozumienie szlachty o sobie, za Władysława IV wybujałe już ponad miarę, i pogarda religijna, zaszczepiana przez fanatyczną reakcję. Te są grzechy, których miłość prawdy, święty względem niej obowiązek, zataić nie pozwala. Ruch roku 1648 in potentia istniał już na dziesięć lat przedtem, bo i największy olbrzym, najohydniejszy szatan, niczego by nie dokazał z czernią, gdyby ta czerń duchowo do buntu przygotowana nie była.

Tu znowu wysławiana przez monarchistów polityka królewska na własną rękę najcięższą dźwiga na sobie winę. Wiem, że historia ścisła nie zna żadnych „gdyby”, z tym wszystkim logika sama stawia pytanie: czy bez samowolnego zaawanturowania się Władysława IV w dalekie widoki polityczne przeciwko Turcji, Chmielnicki znalazłby osobistą pobudkę do czynu? Błędem, już nawet ze stanowiska własnej polityki królewskiej, było dawanie Kozakom od siebie tego co tylko sama Rzeczpospolita przyznać im miała prawo, a czego przyznać później nie chcąc, w Chmielnickim wytworzyła sobie odrazu osobistego wroga. Spór o jakąś swobodę nie dokazałby tego, co w duszy ambitnego człowieka wydać musiał, kiedy go wsparła zawiedziona nadzieja odegrania wielkiej roli w wojsku zaporoskim, w pokoju i w wojnie. Idziemy nawet dalej i twierdzimy, że nieszczęsne rokowania królewskie postawiły Chmielnickiego od razu na trójnogu, wyniosły go na czoło kozaczyzny jako męża zaufania, budziły w nim samym wiarę, że może być czymś więcej niż prostym tylko setnikiem czehryńskim. Bez takiego usposobienia nawet niedorzeczny upór Koniecpolskiego, dającego posłuch zupełny swemu podstarościemu, nie sprowadziłby tego momentu psychologicznego, który potrzebny był do wywołania ruchu.

EPOPEA SZLACHECKA

Takie uwagi nasunęła nam epoka „Ogniem i mieczem”. Przechodzimy teraz do powieści. Jest ona epopeą rycerskiego ducha przodków naszych. Rolę bohatera w niej odgrywa ten stan szlachecki, który tyle zawinił, ale który winy swoje umiał jeszcze energią, męstwem i ostatecznym ocaleniem ojczyzny okupić. Ukazanie tej energii, tego niepożytego jeszcze zdrowia, w szeregu rozpraw bojowych; odmalowanie szlachcica polskiego w życiu obozowym i na polach bitew; przedstawienie całej grozy buntów i uplastycznienie ich czytelnikowi za pomocą wypadków i osobistości historycznych; stałe dążenie do wystawienia owych znojów orężnych z ich strony najkorzystniejszej: wszystko to przebija się w powieści. Przeważający w niej charakter militarny przyniosła w sobie sama epoka; ale niezależnie od tego powiedzieć trzeba, iż zewnętrzna zjawiskowość wojenna silniej pociągała autora niż falowanie wewnętrzne dusz; opisy walk, pochodów bojowych, nawet pojedynkowych rozpraw, są gorętsze, z większym zamiłowaniem oddane, niż opisy innych wydarzeń.

Zdaje mi się, że więcej kobietom, które czytały powieść, niż autorowi samemu, który ją pisał, zawdzięcza Skrzetuski to, że go uważają za bohatera utworu. Pamiętam, jak piękne a załzawione czytelniczki żądały od Sienkiewicza, by się wszystko szczęśliwie skończyło; dla nich przygoda miłosna pana Jana ze Skrzetuszewa była najważniejsza. Fraszka bitwa pod Konstantynowem, fraszka oblężenie Zbaraża, poświęcenie się Podbipięty i samego Skrzetuskiego: chodziło o to, czy się wszystko szczęśliwie skończy, czy Helena będzie żoną a Jan mężem. Małżeństwo, toć to sens moralny życia, i lepszego nie potrzeba! Nie dla takich dusz małych pisał autor swą powieść, nie dlatego wywołał cień wielkiego Jeremiego, nie dlatego tłumy ze stron obu ustawił i morze krwi wylewać im kazał – aby się ostatecznie wszystko na ślubnym kobiercu rozwiązało. Miłość i małżeństwo są tylko epizodami powieści; nie stanowią rdzennej jej treści. Młodość zawsze kochać może, może i musi: kocha się też tych dwoje; ale ich miłość nie występuje naprzód krwawej widowni. Bohaterami powieści są te serca, które wiernie dochowywały męstwa, są te ramiona, które jeszcze sztuki pogromów nie zapomniały. Powtarzamy: energia stanu szlacheckiego na polach bitew, a nie energia rodzajowa tej lub owej osobistości jest rzeczywistym przedmiotem epopei ogniem i mieczem wypowiedzianej. Może być, iż autor zamierzył w początku z miłości indywidualnej uczynić oś obrotową dzieła; ale później w potopie wydarzeń publicznych zamiar ten porzucić musiał, a stąd i Skrzetuskiego w roli bohatera utrzymać już nie mógł. Gdy pana Jana dobrze porównamy z jego rówieśnikami, nie dostrzeżemy w nim zgoła wyższego bohaterstwa. Czymże on lepszy od Podbipięty, od Wołodyjowskiego, od Zagłoby? Nad tym ma wyższość etyczną, ale taką samą posiadają dwaj jego towarzysze z chorągwi księcia Jeremiasza: bohaterstwo Podbipięty lub Wołodyjowskiego niczym nie ustępuje męstwu Skrzetuskiego, o którym nawet powiedzieć trzeba że nie ma tej konstytucyjnej siły, jaką widzimy w „małym rycerzu”. Co więcej, Zagłoba, któremu autor dał zbyt wiele miejsca w powieści, daleko więcej działa nawet w zakresie przygody miłosnej pana Jana, niż on sam, bezpośrednio interesowany. Żywioł liryczny – zniechęcenia a później rozpaczy w duszy Skrzetuskiego -większą posiada siłę od żywiołu bohaterskiego. Dotknięty strzałą Amora, nie mógł on obojętnie patrzeć na to, jak mu kosa śmierci nadzieje wszystkie podcina; chciał zapomnieć, chciał być silnym, walczył cicho, poszedł na śmierć męczeńską, ale wrażenia siły szczególnej po sobie nie zostawił. Jest on jako bohater cząstką wielkiej osoby moralnej z dziesiątków, może i z setek tysięcy złożonej: i nie wzbija się o własnej sile, nie wystaje ponad innych, wzroku do siebie przed innymi nie przykuwa. Powiedzmy prawdę: pierwiastek czynny jest w nim słabszy od biernego.

Nie jest także bohaterem książę Jeremi, nawet w t. IV, który autor poświęca na oblężenie Zbaraża. Dlaczego się to stało? Może autor nie chciał, a może nie podołał. Nam się zdaje, że powieść ta w ogóle ma słabą kolumnę pacierzową. Był duch twórczy, wytrwały i stojący na wysokości opowiadanych wydarzeń: nie było planu niewzruszonego, który by odróżnił rzeczy główne od dodatkowych, bliższe od dalszych, wprowadził perspektywę, wytworzył dla powieści nie tylko rzeczowe, ale i osobiste, psychologicznie jednolite ognisko i wskazał zarazem to, co być musi dla całości odczutego obrazu a co tylko być może bez szkody dla głównych tej całości szczegółów. O księciu Jeremim autor mówi w kilku miejscach, ukazuje nam go z jakie dziesięć razy, przytacza nawet historyczne jego słowa, charakteryzuje go nie zaprzeczanymi przez historię postępkami, składa świadectwo jego wyższości jako wodza, pozwala nam go raz widzieć w całym majestacie, wyniesionym ponad ambicję i żołnierskość, otwiera nawet przed nami jego duszę, a z piersi jego w chwili obrachunku z sumieniem wyrywa rozpaczliwy okrzyk: „Chryste Panie, zmiłuj się nade mną!”: pomimo to wszystko jednak Jeremi nie przykuwa wzroku naszego tak jak postacie drugorzędne, jak jego rycerze, Skrzetuski, Wierszułł, Wołodyjowski, Podbipięta. Wobec realistycznego rysunku tej szlachty rycerskiej, książę występuje już tylko jako abstrakcyjne odbicie żywego człowieka. Autor starał się zebrać i dodatnie i ujemne rysy jego charakteru i działalności, w chwilach stosownych malował nam jego niezłomną energię bojową, jego rozum i przenikliwość wojskową, jego dążności polityczne: ale z tym wszystkim nie są to dzieje strasznego Jaremy; kto inny jeszcze odmalować je będzie musiał, aby potężną tę indywidualność, dotychczas wskrzeszenia w historii i sztuce oczekującą, przed oczy dzisiejszego pokolenia postawić. W każdym razie nie znamy utworu literatury ojczystej, który by z taką nawet wybitnością, jak w tej powieści, odtworzył postać znakomitego żołnierza, ostatniego może wielkiego możnowładcy polskiego, którego potomność przeklinać nie potrzebuje.

DZIEŁO SZTUKI, TO NIE REFERAT BIUROWY

Sienkiewicz, starający się w stosunku do przeszłości być jako syn dobry względem matki i głównie dlatego usuwający genezę ruchu, przekleństwem najdalszych wieków obarczonego – nie miał przecież dla Wiśniowieckiego upojenia, nie zrobił go archaniołem, nie ukazał doskonale czystym, bez plam i błędów. Jego srogość, jego niemiłosierdzie, plastycznie nawet na kilku kartach powieści się malują. Narzekającemu na swawolę innych autor wytyka własne targnięcie się na majestat prawa. Widocznie starał się mu przyjrzeć z niejednej strony, aby nie sfałszować historii; wiedział bowiem, że co innego jest wytwarzanie własnego świata imaginacji ze składowych części świata rzeczywistości, a co innego kaleczenie prawdy.

Bierzemy tu autora wyraźnie w obronę od napaści, jakie go spotkały. Z dodatniego przedstawienia księcia Jeremiasza, z przekleństw i złorzeczeń Zagłoby, z czarnego upostaciowania Chmielnickiego i jego zastępów bojowych – wyprowadzono wniosek: że Sienkiewicz przeistoczył prawdę; że w powieści swojej chciał przeprowadzić jakąś dążność możnowładczą i gnuśnie-szlachecką; że jak tonący chwyta się brzytwy, tak on, tonąc imaginacją w potopie wydarzeń, a nie powodując się wskazówkami krytyki, chwycił się ostrza niebezpiecznej historiozofii i socjologii historycznej. Zarzuty takie wychodzą z tej strony, w której na dzieła sztuki zwykło się patrzeć jak na referaty biurowe. Istne trzęsienie serca wywołuje w takiej krytyce zawsze kwestia tendencji. Dzieło, które im dasz, dramat czy komedia, powieść czy liryka, musi być przede wszystkim wyrazem pewnej prawdy rozumowej w najobszerniejszym znaczeniu socjologicznej. Patrzy się w tym obozie na dzieło, jak na czyn z zamiarem – czyn, który według istoty zamiaru mógłby się okazać kryminalnym. Ta trzeźwa pozytywna krytyka, nie rozumiejąca zgoła artyzmu, nie rozumie i praw artysty do zupełnej niezależności od poglądów, przekonań, sądów, od całego rynsztunku krytycznego epoki tworzeniu współczesnej. Tego, żeby się dzieło w uczuciu autora począć, a w uczuciach czytelników rozpłynąć mogło, nigdy tam nie pojmą. Na rzeczywistą tendencję sztuki, na tendencję uczuciową, nie ma się tam wzroku, zmysłu, rozumu. Sztywność i oschłość są w tej szkole tak wielkie że nie młodzieniaszkowe już wyrocznie, jak swego czasu u nas bywało w „Opiekunie Domowym”, ale prawdziwie tęgie umysły wierzą w możebność jakichś starych naukowych prawideł dla piękna, w jakąś mądrość, która kiedyś, kiedyś w szczęśliwej przyszłości, nie poprzestanie na tym że pozwoli bez zawodu dobrze tworzyć talentom już gotowym, ale nawet i same te talenta przygotowywać będzie. Nic dziwnego że taka estetyka doprowadzić musiała wyznawców swoich do złamania miecza nad Sienkiewiczem. Podsądny chciał być i artystą; sędziowie kazali mu być historykiem, historiozofem, socjologiem, a czemuż by nawet nie ekonomistą politycznym? Jako autor powieści historycznej miał Sienkiewicz obowiązek uszanować historię; krytyka zrobiła mu zarzut z tego że nie poszedł do kuchni historycznej, że nie pisał powieści tak jakby pisał rozprawę z zakończeniem: quod erat demonstrandum.

OBIEKTYWIZM SIENKIEWICZA

Jakąż Sienkiewicz gwałcił prawdę historyczną, gdy ukazywał w Filipowie pięć ściętych głów kozackich, a Suchejręce, wbitemu na pal, kładł w usta straszliwe przekleństwo; gdy Zaćwilichowskiemu kazał boleć nad wojną bratnią; gdy wojewodę kijowskiego Tyszkiewicza ośmielał do rzucenia Wiśniowieckiemu w żywe oczy tych słów, tak doniosłych: „Z męstwa należało ci się słusznie [regimentarstwo], wszelako może i lepiej, żeć go nie oddali, bo ty byś bunt, ale z nim razem i tę nieszczęsną ziemię we krwi utopił”; gdy samemu Chmielowi pozwalał krytykować gospodarstwo możnowładcze na Ukrainie w duchu „Dwóch lat dziejów naszych”: gdy przypomniał Wiśniowieckiemu, że i on sam, narzekający na samowolę innych, uległ był także w danej chwili popędowi samowoli; gdy wreszcie przytaczał instrukcję daną w Pohrebyszczu?

Czyliż tego wszystkiego nie dosyć? Czy mógłby więcej zrobić artysta? Może w jaśniejszych barwach przedstawić miał człowieka, który był „lwem i orłem, wężem i lisem”; może miał nadać mu większą wydatność bohaterską, zrobić go entuzjastą, apostołem, mężem stanu, znakomitym politykiem, dyplomatą? Zostawił to zadanie innym, aby się mordowali nad nim, nie gwałcąc prawdy dziejowej. Sam wolał malować to, cośmy już za artystyczny przedmiot w powieści „Ogniem i mieczem” uznali: energię stanu szlacheckiego. Szukając punktu, z którego by mógł odtworzyć najpiękniejszy obraz dziejowy z tej epoki, tak bogatej w rozmaitość fenomenów i nadzwyczajność życia, stanął Sienkiewicz tam gdzie było serce Polski – i dobrze stanął! Bez wątpienia, mógł był wprowadzić nieco odmiany w jednostajnie czarnym kolorycie, w jakim trzymał stronę przeciwną; ale rysem charakteru Chmielnickiego, obrazami tych narad, tych krzyków, sądów doraźnych, mordów, okrucieństw, pijaństw, gburstw i zabijatyk, wreszcie tej socjologii ciemnoty nie sprzeniewierzył się historii, bo to wszystko było, jako żywo – było, a człowiekowi tworzącemu piękno nikt nie może narzucać pęt, jakimi samo powołanie krępuje historyka. Jeżeli już koniecznie nawet sztuka procesować się musi, wolno artyście w tym procesie być stroną, a nie sędzią. W żadnym razie nie ma on obowiązku dać wszystkiego co było; wolno mu wybrać co zechce, co jego serce, fantazję twórczą najsilniej przyciąga. Jego już rzeczą jest wybrać; rzeczą krytyki patrzeć, czy z tego wyboru skorzystał, czy stworzył dzieło żywe a piękne, czy zdołał obrazy swoje odbić na wyobraźniach czytelników, czy ich zajął, pociągnął, zapalił, czy przemówił do ich serc, ostatecznie – czy wzruszył? – bo powiedzmy to sobie nareszcie, że wzruszenie jest jedynym celem sztuki, tak jak przekonanie – jedynym znowu celem nauki i umiejętności.

ŻYWIOŁ WOJENNY

Przygody wojenne, bitwy, podjazdy, przekradanie się przez nieprzyjaciela, ucieczka przed nim, zniszczenie, mordy i pożogi nie zostawiły w powieści miejsca ani na kobiecość, ani na życie polityczne, ani na cichy byt dworu wiejskiego. Począwszy od t. II kobieta znika zupełnie, a późniejsze zabłyśnięcie Heleny jest tylko krótkotrwałe i nie ukazuje nam kobiecości w dramatycznej grze życia. Żywioł męski, wojenny, awanturniczy, nawet zawadiacki rozpościera się po całym utworze. Szlachta bije się za siebie, za ojczyznę, ale nad ojczyzną nie rozmyśla. Rozmów o Rzeczypospolitej, o jej niedolach, o Kozakach, i czerni, o stosunkach, na które bunt się nawiązał, o spodziewanej elekcji – nie ma wcale, a zaprowadzenie czytelnika do Warszawy służy na to tylko, aby mu ukazać pojedynek Bohuna z Wołodyjowskim. Ramiona tej szlachty i serca działają, umysłowość ani drgnie. Najzdolniejszy ze wszystkich, najroztropniejszy jest samochwał Zagłoba; gadając ciągle, ma on dwie pyszne przypowiastki: jedną o kawalerii i piechocie, drugą o szlachcie, z ust XVII wieku wyrwane. Parę postaci, w głębi obrazu na krótko ukazanych, spełnia za siebie i za innych obowiązek ciążący na umysłowości szlacheckiej; taki jest Zaćwilichowski, taki Grodzicki, a nawet konający Zakrzewski. Scen, w których by się nie zabijano, jest bardzo mało, najwyraziściej przed oczy występuje przygoda w kościele lwowskim. Niekiedy cichnie nawałnica, rozstępują się chmury, widać kawałek błękitnego nieba: to liryka wpada do eposu, ale niedługie jej chwile. Przychodzi znowu niebezpieczeństwo i znowu żywiołom energii daje przewagę nad żywiołami uczucia. Zresztą ciągła burza – ciągły huk i grzmot; a w przerwach nie liryce czystej, ale malarstwu rodzajowemu buława artyzmu się dostaje.

Dawni malarze, gdy im szło o efekt malowniczości, odbijali jedne stanowiska od drugich przez kontrast, przeciwstawność; można było oczekiwać iż w tej powieści piękno zjawiskowe wojny spotęguje się przez ukazanie ciszy i błogości pokoju. Dla pisarza tej miary, jak Sienkiewicz, nie było nic łatwiejszego nad wprowadzenie czytelnika do wnętrza dworu szlacheckiego; ale widocznie twórczość jego nie uczuła w sobie żadnej potrzeby, żadnego popędu. Chwile zbywające od wojen, bijatyk i nadzwyczajnych zaciekawiających przygód oddał autor do rozporządzenia Zagłoby, który bawi szlachtę, drwi z Podbipięty, przeklina w pień Kozaków, rozpowiada swoje przygody na Wschodzie, kłamie na gruby kamień a pije za sześciu, ale czy w ten sposób jako przedstawiciel stanu szlacheckiego w pokoju dobrze korzysta z czasu? – o tym bardzo wątpię. Wysunięcie go na czoło powieści, oddanie mu literalnie największej ilości jej kart byłoby właściwsze w utworze, w którym by się nie przewijały wypadki tak wielkie i straszne. Powiedzieliśmy że Zagłoba za wiele miejsca zajmuje w powieści; powiemy więcej: on na powieści, jako epopei ciąży, rozrywa ją i jest jednym z głównych gwałcicieli jej właściwego poetycznego charakteru.

SKRZETUSKI, ZAGŁOBA, PODBIPIĘTA

Powieść obyłaby się bez niejednej przygody, którą w niej znajdujemy: tak, na przykład, zbyteczna wydaje nam się cała jazda Jeremiego do Warszawy. Bohuna można było zetknąć z Wołodyjowskim na drodze z Zamościa, a z miejsca w inny sposób skorzystać. Zaskoczenie Zagłoby przez wesele chłopskie a później przez Bohuna, zamknięcie szlachcica w chlewie, nie wynagradzają czytelnika materialną nadzwyczajnością swoją za utracone psychologiczne motywy, jakie rozwijać się musiały, choćby tylko w duszach Skrzetuskiego, Heleny czy Bohuna. Pewna zamaszystość rysunku nie pozwoliła autorowi zachować właściwej miary w charakterach. Pomijamy to, że Skrzetuski na Siczy, pod Żółtymi Wodami i w Korsuniu nie daje się już dostrzec w Skrzetuskim późniejszym: formy jego rozpraczy nad pogorzeliskiem Rozłogów są trochę teatralne. Myśl że mimo woli przyczynił się do nieszczęścia przez oswobodzenie Chmielnickiego powinna była od razu przyczepić się do wysłańca księcia Jaremy, by właśnie z początku być najsilniejsza – jak zwykle dzieje się z podobnego rodzaju wyrzutami sumienia. Zagłoba tak już okłamał szlachtę że ją zupełnie ogłuszył, uczynił niezdolną do najmniejszego zaprzeczenia: nawet palące kłamstwa przechodzą mu bezkarnie. Szlachta nie daje niczym poznać że nie wierzy, nie zdradza się nawet z domniemaniem rzeczywistej wartości człowieka. „Miles gloriosus”, samochwał i ostatecznie tchórz w bitwie, odważny tylko w awanturze, gdzie można przytomnością umysłu i bezczelnością nadrobić – postać tak wstrętna dla rycerza, dla każdej duszy bohaterskiej, w tych rycerzach księcia Jaremy nie obudza żadnego wstrętu, nawet drwin: lubią jego towarzystwo, słuchają go, nie czują, że kłamie i tchórzy. Przekształtowanie Zagłoby, pijaka i kłamcy, w Zagłobę rozpaczającego po Helenie, jakoby zamordowanej w klasztorze Dobrego Nikoły, żadną logiką usprawiedliwić się nie da, dla żadnego celu nie było potrzebne. Jest to szczery błąd, wynikły tylko z owej zamaszystości, która nie dała ściśle charakterów określić i wnikliwie przez wypadki przeciągnąć.

Większa jeszcze krzywda stała się Podbipięcie, którego prześliczna dusza przez uporne trzymanie się owych trzech głów przodka Stowejki ściąga na siebie śmieszność. Dla takiego czystego, anielskiego bohaterstwa, potrzebne było przynajmniej minimum głowy ludzkiej, inteligencji: bez tego anielstwo może mieć tylko znaczenie ironii. Podbipięta jest człowiekiem tak już ograniczonym, że trzech słów nawet złożyć nie zdoła. Zagłoba ciągle się z niego natrząsa – i ma wielką słuszność, ale nie ma słuszności autor, który go do tego upoważnia. Literalne ścięcie trzech głów wielką machiną wojenną dawnych wieków mogło być marzeniem Podbipięty przed zakosztowaniem krwi, przed wszystkimi świetnymi czynami bojowymi, jakie spełnił pod Konstantynowem; później takiego marzenia mógł się trzymać tylko jakiś młodzieniaszek lub maniak, a właśnie Podbipięcie, który tak wierzy, tak walczy i tak umiera, nie wolno być ani maniakiem, ani młodzieniaszkiem z ducha. Cięcie koncerzem w beluardę kozacką pod Zbarażem jest prostą naiwną zabawką, a nie czynem poważnej twórczości.

BITWY I POJEDYNKI

Opisami bitew jaśnieje ta powieść. Ze stanowiska techniki wojennej, znajdzie zapewne specjalista niejedno do zarzucenia; przypuszczamy, że i badacz historyczny nie na wszystkie szczegóły się godzi: grzechy jednak, jakich pod obu tymi względami dopuścić się mógł autor, są raczej uchybieniami ubocznymi: powieści samej, jej budowie, jej malowniczości, nie przynoszą krzywdy.

Gdybyśmy mieli historię swych wojen, swej wojskowości, – a wstyd ciężki, że jej nie mamy, – zadanie powieściopisarzów byłoby znakomicie ułatwione: dziś jest ono bardzo trudne. Historyczności w głównych tylko rysach wymagać można, a o ile nam wiedza nasza starczyła, nie dostrzegliśmy nigdzie w tych głównych właśnie rysach przeniewierzenia się prawdzie. Poważny zarzut spotkać może autora tylko za oznaczenie miejscowości bitwy pod Żółtymi Wodami. Badania, przeprowadzone przez miłośnika przeszłości, p. Mariana Dubieckiego, podane w t. XII „Rozpraw i Sprawozdań Wydziału Historyczno -Filozoficznego Akademii Umiejętności”, nakazują dziś już zerwać z domniemaniem, jakoby Żółte Wody leżały bliżej Dniepru, a pochód Stefana Potockiego miał kierunek równoległy z biegiem rzeki. Pobojowisko klęski leży istotnie daleko od Dniepru, a stąd pobudki działania w dowództwie polskim nie mogły się osnuwać na łączności strategicznej z oddziałem Krzeczowskiego. Ostatecznie bitwy jako wytwory powieściowe są znakomite, a w nich poruszanie masami, przerzucanie ich, nacieranie, łamanie się jednych o drugie, mniej przedstawia plastyczności niż rozprawy pojedynkowe, występujące żywo, gorąco, z całym bogactwem ważących się kolei i zasobnością pomysłów, które wydają z siebie ciągle zjawiska imponujące lub niespodziewane. Obrazowość tych opisów przechodzi wszystko cośmy w tym rodzaju mieli w literaturze naszej. Nie potrzebujemy wybierać pojedynczych przykładów: wszystko tu jest zajmujące i piękne. Oblężenie Zbaraża samo przez się, oddzielone od powieści, stanowi arcydzieło. Jakże umiejętnie skorzystał autor z ówczesnych obyczajów wojennych i ówczesnego ducha! Oto patrzymy na procesję pod gradem kul, widzimy księdza Jaskólskiego z rusznicą w ręku, gdzieś w samotnej baszcie strzelającego do Tatarów, umyślnie by nie strzelać do chrześcijan; słyszymy narzekania szlacheckie na herezję Firlejów i ostre docinki wymierzane ku ministrowi protestanckiemu; a oto i Podbipięta, padający od strzałów tatarskich wśród litanii, swoją „Królową anielską” przypominający „Różę złotą” Słowackiego; potem na widok ciała męczeńskiego rzuca się bohaterstwo i wyrywa je z rąk nieprzyjaciół; a potem odbywa się ten pogrzeb cudowny z kazaniem księdza Muchowieckiego, odbijającym w sobie całą naiwność i religijny materializm wieku – a trzymanym w stylu, nad który nic doskonalszego wymyśleć nie podobna. W podobnym stylu umiera także i stary Zakrzewski.

PRAWIE ARCYDZIEŁO

Pomijając wady kompozycji, uważając powieść nie za epos skończone, ale za szereg epizodów eposu, obracających się naokoło osi wielkich wypadków 1648 – 1655, biorąc rzeczy jak są, i nie uciekając się do porównań, których duchowej siły najwspanialsza retoryka nie spotęguje; zamykając się w sferze rzeczywistych faktów artystycznych, ujemnych i dodatnich – uznać musimy powieść Sienkiewicza za utwór, który jest i będzie i pozostanie już w literaturze naszej. Jeśst to dziś najwybitniejsze dzieło w kierunku, któremu zarówno życie jak i literatura najuczciwszej i najwytrwalszej wiary dochowywać powinny, dzieło zupełnie oryginalnie odczute i oryginalnie wykonane – nie robota, ale rzeczywisty utwór. Gdyby nie wady kompozycji, z rozproszenia i niepewności wynikające, gdyby nie zbytnie przywiązanie do rzeczy mniejszej, jaką jest nadzwyczajna, zaciekawiająca przygoda, ze szkodą większej, jaką powinno było być rozwijanie się dusz w ruchu i działaniu; gdyby nie ta wątłość kolumny pacierzowej, wyżej zaznaczona, powieść „Ogniem i mieczem”, przy stylu autora, przy jego talencie, wykształceniu i powadze, jaką umie zachować wobec przyszłości – byłaby brylantem czystej wody w literaturze, juz nie tylko naszej ale i powszechnej.

Stanisław Krzemiński.

———
*) Z „Nowych szkiców literackich” (Warszawa 1911); str. 225 – 255, 257 – 258. Drobne skróty i subtytuły wprowadzone przez „Wiadomości”.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close