Z tragicznych dni (6)
Reakcja Niemców na akt oskarżenia*

Odprowadzono mnie do Gestapo, stamtąd do więzienia. Nazajutrz odbyło się pierwsze przesłuchanie. Trwało ono siedem godzin. Przede wszystkim spisano moją biografię, właściwie opisano całą moją działalność polityczną, nawet poprzedzającą wygnanie syberyjskie, szczegółowo przepytywano o działalność przed wybuchem pierwszej wojny światowej oraz w państwie polskim. Przesłuchującego interesowało ile egzemplarzy mego memoriału odbito na roneo, kto otrzymał owe egzemplarze, gdzie są pozostałe, kto przełożył memoriał z polskiego na niemiecki. Na wszystkie te pytania odmawiałem odpowiedzi, lecz przesłuchujący nie zrażał się tym i bezustannie zadawał pytania w nieco zmienionej formie. Przesłuchanie prowadził bardzo grzecznie, lecz siedmiogodzinne zmaganie się tak mnie zmęczyło, że zrobiło mi się niedobrze, wezwany lekarz powiedział, że na dziś przesłuchiwanie trzeba przerwać, i dał mi jakieś krople.

Nazajutrz już nie jeden, ale trzech urzędników Gestapo rozpoczęło badanie, wracając do pytań z dnia wczorajszego, kiedy, ile, gdzie. Przerwałem im, powiedziawszy:

– Widzę że panowie sprawy nie rozumieją, proszę dać papier i pióro, ja napiszę rzecz zasadniczą.

I napisałem:

„Jestem znany za granicą jako pisarz polityczny propagujący przymierze polsko-niemieckie. Pisała o tym prasa paryska, wspominano w parlamencie francuskim, ideę zbliżenia polsko-niemieckiego łączono z moim nazwiskiem. Jakaż będzie radość prasy francuskiej i angielskiej, gdy się dowie, że ów Studnicki siedzi w waszym więzieniu. Będzie to dowodem waszego bankructwa politycznego w Polsce. Jeżeli wygracie wojnę, będziecie musieli wejść w kontakt w mymi przyjaciółmi politycznymi w sprawie organizacji państwa polskiego; jeżeli przegracie, moje istnienie może mieć dla was jeszcze większe znaczenie. Uważam bowiem za nakaz geografii i historii przymierze polsko-niemieckie. Dlatego będę przeciwny aneksji waszych prowincji. W więzieniu nie przeżyję i roku, więc wobec politycznego znaczenia mego życia dla was powinniście mnie zwolnić”.

Tę moją notatkę kierujący śledztwem kazał maszynistce przepisać w ośmiu egzemplarzach. Niebawem wobec mego kategorycznego oświadczenia, że na pewne pytania, na które raz nie odpowiedziałem, nie będę odpowiadał i nadal, badanie przerwano i odesłano mnie z powrotem do więzienia w gmachu Gestapo. W nocy zachorowałem, odczuwałem duszności, pomimo mroźnego dnia żądałem otworzenia okna. Dozorca doniósł o tym zwierzchności, przyjechał referent i odwiózł mnie do szpitala „Charité”, który znajdował się pod opieką profesorów i docentów uniwersytetu. Znakomity specjalista od chorób sercowych, prof. Curtius, i jego asystent zajęli się mną z całą troskliwością i przychylnością. Znali oni z prasy niemieckiej mój memoriał przeciwko wojnie z Niemcami. Dowiedzieli się, że wystąpiłem w obronie swego narodu przed okupantami. Młodzi asystenci odznaczali się naiwnością polityczną. Mówili mi, że gdy Führer przeczyta mój memoriał, każe mnie zwolnić i zmieni politykę okupacyjną. Chorzy, należący do inteligencji niemieckiej, podobnie jak przeciętni Niemcy, z którymi rozmawiałem w Berlinie po moim przyjeździe, nie byli jeszcze zatruci propagandą i nie ujawniali niechęci do Polski, ubolewano: „Biedna Polska, Anglicy wciągnęli ją do wojny”. W tym samym czasie radio niemieckie, rysunki wystawione w oknie mówiły o gwałtach popełnionych przez Polaków na Niemcach w Polsce, dodając szczegóły wysnute z wrogiej wyobraźni.

Po pewnym czasie z kancelarii Goebbelsa zatelefonowano, zapytując, czy zdrowie moje pozwala przyjechać do ministerstwa propagandy.

Posłuchanie odbyło się w sali reprezentacyjnej ministerstwa w obecności dwóch dyrektorów departamentu. Goebbels wygłosił następujące przemówienie:

– Führer miał dobre zamiary względem Polski; pragnął rozpocząć nową erę stosunków polsko-niemieckich. Zgłoszone przezeń postulaty były tak umiarkowane, że żaden rząd nie posiadający autorytetu Führera nie mógłby z nimi wystąpić. Polacy nie tylko ich nie przyjęli, ale spowodowali wojnę.

Tu Goebbels rozpoczął długo rozwodzić się nad masakrą Niemców w Polsce. Mówił o Bydgoszczy z wielką przesadą. Potem zrobił zwycięski gest i dodał:

– I co pan na to?

– Pan minister wie, że byłem przeciwny wojnie polsko-niemieckiej, uważając że będzie ona zgubą dla obu stron a przyniesie korzyść Rosji sowieckiej. Postulaty Hitlera byłyby przyjęte gdyby nie przyszły w chwili nieodpowiedniej, bo w chwili wielkiego zaniepokojenia z powodu zaboru Czechosłowacji. Uważano że zgłoszone postulaty, to tylko pierwszy etap, że potem przyjdą dalsze żądania i że skończy się na utracie niepodległości. Pan minister mówił dużo o gwałtach popełnianych przez Polaków na początku wojny na Niemcach, głosi to stale niemiecka propaganda, chcąc zmobilizować opinię niemiecką przeciwko Polsce i uczynić wojnę popularną, ale jest w tym dużo przesady.

Goebbels rozgniewał się i zawołał:

– Nie, nie ma przesady, jest tylko prawda!

– Ale to co się stało w Bydgoszczy było rezultatem psychozy wojennej, podczas gdy to co wyście zrobili w Aninie, – kiedy za zabicie dwóch waszych żołnierzy przez bandytów rozstrzelaliście stu mężczyzn, – to był mord, i to mord demoralizujący żołnierzy.

– Znamy dobrze historię porozbiorową Polski, – zawołał Goebbels, – musimy starać się zapobiec czemuś gorszemu.

Następnie mówiłem o niszczeniu dóbr kulturalnych, szkolnictwa, o dezorganizowaniu życia gospodarczego przez zabieranie mienia polskiego, w końcu o olbrzymiej aneksji ziem zachodnich.

– Co nam pozostawiacie, to nie jest Lebensraum für polnische Nation, das ist nur Sterberaum.

– Na co pan liczy w przyszłości? – zapytał nagle Goebbels.

– Będziecie mieli wojnę z Rosją i wasze aneksyjne apetyty będą musiały ulec bardzo znacznemu zmiejszeniu.

– Wiem że pan był zawsze przeciwnikiem Rosji. Znamy prace pana. Przekładaliśmy je na język niemiecki, ale dziś jest pan dla nas niedogodny, może pan być szkodliwy i nawet niebezpieczny. Dlatego nie może pan ani wrócić do Polski, ani wyjechać za granicę. Musi pan pozostać w Niemczech, być izolowanym w jakimkolwiek sanatorium. Niech je pan sobie sam wybierze.

– Nie znam waszych sanatoriów, nie mam na nie pieniędzy. Pozwólcie mi wrócić do kraju. Jeżeli nie mogę mieszkać w Warszawie, zamieszkam w małej mieścinie.

– Ta mała mieścina, w której pan zamieszka, stanie się politischer Mittelpunkt in Polen. Będzie pan korzystał z otrzymywanych wiadomości, opracowywał je, pisał, i to pójdzie za granicę.

– Ale zagranica dobrze wie co robicie w Polsce.

– To co plecie jakiś angielski gaduła ma mniejsze znaczenie niż to co się zjawia podpisane imieniem i nazwiskiem pana, gdyż jest pan dobrze znany jako pisarz polityczny, który zawsze był zwolennikiem zbliżenia polsko-niemieckiego. Co do sanatorium, sami je znajdziemy, ministerstwo propagandy poniesie koszta. Do widzenia.

Na tym skończyła się rozmowa.

W tydzień potem odwieziono mnie do pierwszorzędnego sanatorium w Babelsberg. Dano mi pokój o dwóch oknach, mogłem uczęszczać do kawałka zagrodzonego ogrodu, sprowadzać książki, pisać co mi się podobało, ale listy moje tonęły w Gestapo. Ani żona, ani syn, ani nikt nie wiedział, gdzie się znajduję. Krążyły rozmaite fantastyczne pogłoski, m.in. i ta, że na posłuchaniu u Hitlera tak ostro napadłem na jego politykę, że Hitler dostał ataku sercowego a jego adiutant zastrzelił mnie na miejscu.

Brat mój Wacław przyjechał do Berlina i przy poparciu Moltkego dotarł do wyższego urzędnika Gestapo; powiedziano mu, gdzie jestem, lecz widzenia nie otrzymał.

Gdy po pokonaniu Francji Niemcy byli pijani zwycięstwem, zwolniono mnie i odwieziono do Warszawy w wagonie sypialnym drugiej klasy. Musiałem podpisać zobowiązanie, że gdziekolwiek zamieszkam będę się meldował komendantowi Gestapo i że nie będę się widywał ani z dziennikarzami zagranicznymi ani z przedstawicielami obcych państw.

Władysław Studnicki.

——-
*) por. „W przededniu drugiej wojny światowej” w nr. 58, „W Krakowie i w Łodzi” w nr. 61, „W Warszawie do końca 1939″ w nr. 64, „Psychologia okupanta” w nr. 67, „Akt oskarżenia polityki okupacyjnej” w nr. 70 „Wiadomości”. – W jednym z numerów najbliższych: „Moje interwencje”.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close