Z tragicznych dni (2)
W Krakowie i w Łodzi*

W sierpniu 1939 pojechałem do Rabki, gdzie przebywał mój syn Konrad. Ultimatum Hitlera przyszło 28 sierpnia. Szło ono znacznie dalej niż poprzednie żądania. Plebiscyt miał rozstrzygnąć o przynależności Pomorza do Niemiec lub do Polski, przy czym Gdynia, która jeszcze nie była Gotenhafen, miała pozostać przy Polsce, nawet w razie przegranego plebiscytu. Najbardziej niepokojące było to, że wśród państw mających roztoczyć nadzór nad owym plebiscytem była Rosja sowiecka. W ten sposób Hitler akcentował porzucenie wrogiego stanowiska wobec Rosji i zaproszenie jej do spółki. Był to dla Polski sygnał ostrzegawczy, z którego ani rząd ani społeczeństwo nie skorzystało.

Przed wojną mówiono u nas o trójkącie bezpieczeństwa. Odpowiadałem: – absurd. Polska nie ma punktu bezpieczeństwa. Otóż ów trójkąt bezpieczeństwa został najpierw zaatakowany. Na drugi dzień wojny Niemcy byli w Rabce. 6 września padł Kraków. Udałem się tam natychmiast, ale mało kogo zastałem. Poszedłem do Polskiej Akademii Umiejętności: zastałem prof. Stanisława Kutrzebę, prezesa Akademii, i prof. Stanisława Estreichera. Gdy powiedziałem im, że nie tylko nastąpi obcięcie Polski na zachodzie, ale że wkrótce wystąpi Rosja sowiecka, która zagarnie nasze ziemie za Sanem i Bugiem, obaj jednogłośnie zaprotestowali:

– Nie. Rosja tego nie uczyni. Ona ma tyle ziem, że nie potrzebuje naszych wschodnich województw…

Ujawniło się tu niezrozumienie tendencji zaborczych Rosji, urobionych przez jej historię, niezrozumienie znaczenia geograficzno-politycznego Małopolski Wschodniej. Dzięki Małopolsce Wschodniej Rosja z dwóch stron otacza Rumunię, szachuje Węgry, zdobywa węgierską Ruś Karpacką, otwiera sobie drogę do Europy środkowej. A nasze ziemie wschodnie, to podstawa do zaboru państw bałtyckich. Po aneksji naszych ziem wschodnich państwa bałtyckie upadną i staną się republikami Rosji sowieckiej. Panowie profesorowie nie rozumieli tych argumentów. Zniecierpliwiony powiedziałem:

– Są głowy wzmocnione nauką, są głowy obciążone nauką. Nie mam z wami o czym gadać.

Kilku profesorów przyrodników zgadzało się z moją argumentacją, lecz byli to ludzie nie biorący udziału w życiu politycznym.

Wobec tego że przyjechałem do Krakowa niemieckim autobusem wojskowym z listem od władz wojskowych w Rabce, władze krakowskie zainteresowały się moją osobą. Naczelnik wydziału propagandy i przedstawiciel ministerstwa spraw zagranicznych namawiali mnie bym udał się do Berlina. Wymówiłem się, mówiąc, że nie mam gwarancji, czy będę przyjęty przez Hitlera lub Göringa, że pojadę o ile zostanę zaproszony.

Naczelnik wydziału propagandy prosił mnie bym pisywał do „Gońca Krakowskiego”, organu władz okupacyjnych. Powiedziałem, że pisać nie będę, gdyż to jest pismo niemieckie.

– Ale pan pisywał do pism niemieckich.

– Co innego pismo niemieckie dla Niemców, co innego pismo niemieckie dla Polaków, – odpowiedziałem, – niepotrzebnie nas obrażacie, drukując w „Gońcu Krakowskim” artykuły piętnujące rząd polski. Byliśmy z niego niezadowoleni i mogliśmy mu wymyślać, lecz to nie była obraza narodu. Gdy kto zrobi głupstwo, może sobie powiedzieć: „Jestem dureń”, ale jeżeli kto inny to powie, będzie to obraza wymagająca satysfakcji honorowej.

Okupacja niemiecka nie od razu wysunęła pazury. Były już jednak pewne objawy charakteryzujące politykę Gestapo. Gestapo aresztowało kilku młodych ludzi. Były poseł polski w Pradze Zygmunt Lasocki interweniował w sprawie aresztowania. W odpowiedzi Lasockiego także aresztowano i przetrzymano go przez tydzień w więzieniu. Gdy go wypuszczono, dowiedział się, że aresztowanie było przestrogą dla wszystkich, iż Gestapo nie będzie tolerowało żadnej interwencji. Aresztowano byłego prezydenta miasta Karola Rollego za to, że był prezesem sekcji krakowskiej Tow. Ziem Zachodnich, która nawiasem mówiąc żadnej akcji antyniemieckiej nie prowadziła, wybudowała tylko dom dla akademików śląskich. Pani Rolle zwróciła się do mnie o interwencję. Udałem się do naczelnika wydziału propagandy, prosząc go by dał mi kartę polecającą do Gestapo. Poradził mi, bym tam nie szedł, i obiecał, że sam będzie prosił o zwolnienie Rollego. Prośba jego nie odniosła skutku.

Chciałem pojechać do Wincentego Witosa, by się z nim porozumieć co do akcji politycznej. Już w Krakowie zgłosiło się do mnie kilka osób, proponując abym tworzył rząd. Powiedziałem, że stosunki do tego nie dojrzały, że możemy tylko stworzyć komitet, którego zadaniem będzie restytucja państwa, że dla tego komitetu niezbędny jest Witos, za nim bowiem stoją nasi chłopi. Gdy zawiadomiłem naczelnika propagandy, że pragnę zobaczyć się z Witosem, pojechać do niego pod Tarnów – dał mi samochód i szofera. Nie zastałem Witosa, gdyż on także wyjechał. W kilka tygodni potem dowiedziałem się, że jest aresztowany. Naczelnikowi wydziału propagandy wytłumaczyłem, że zwolnienie Witosa jest niezbędne, że nie powinni prowokować chłopów. W pewnych warunkach będę mógł przeprowadzić akcję polityczną, której dziś sprecyzować nie mogę, ale twierdzę, że Witos jest do tej akcji niezbędny – Witos wolny, niepokrzywdzony. Na trzeci dzień naczelnik wydziału propagandy doniósł mi, że rzecz przedstawił gubernatorowi i że mogę za dwa dni pojechać do Witosa, a będzie wolny. Pojechałem i znowu nie zastałem Witosa. Okazało się, że Gestapo czy też S.S. założyło swoje veto.

Przed 15 października 1939 Niemcy nie były zdecydowane, jaką politykę prowadzić w Polsce. Ścierały się dwie koncepcje: 1) pozostawienie bytu politycznego Polsce okrojonej na zachodzie; 2) znaczniejsza aneksja i stworzenie generał-gubernatorstwa, wzorowanego na koloniach angielskich w murzyńskiej Afryce. Tę koncepcję poparł Hitler, entuzjastą jej był Himmler, autorem Frank. Przed wyjazdem do Berlina przedstawiciel propagandy oraz przedstawiciel ministerstwa spraw zagranicznych zapewniali mnie, że stosunki ułożą się korzystnie dla obu stron, obiecywali samochód do Warszawy. Po przyjeździe z Berlina byli nadal uprzejmi, ale twierdzili, że do Warszawy nie mam po co jechać, że Warszawa została zburzona, że od Goebbelsa otrzymam list. Otóż żadnego listu nie otrzymałem.

W drugiej połowie października na własną rękę pojechałem do Łodzi, by stamtąd przedostać się do Warszawy. Po drodze spotkałem wagony wysiedleńców z Gdyni i z innych miejscowości na Pomorzu. Położenie zaczynało być tragiczne. Łódź zmieniła swoją fizjognomię. Część Niemców łódzkich manifestowała swą niemieckość, wystawiała w sklepach i oknach portrety Hitlera.

Widziałem się z dwoma przemysłowcami Robertem Geyerem i Kindermanem; byli krwi niemieckiej, kultury polsko-niemieckiej, politycznie czuli się Polakami. Niewielu równie sympatycznych ludzi spotkałem w życiu.

Geyer został w kilka tygodni po moim wyjeździe zastrzelony przez Gestapo. Brata jego aresztowano za to, że oświadczył, iż nie może spełnić rozkazu usunięcia Polaków z fabryki: dowodził, że w Łodzi trudno przeprowadzić granicę, kto jest Polakiem a kto Niemcem. Robert Geyer zwrócił się o interwencję do generała niemieckiego, który uprzednio mieszkał w jego pałacu. Był on humanitarny, usposobiony życzliwie dla Polaków. Zażądał uwolnienia brata Geyera. W odpowiedzi do Roberta Geyera przyszło dwóch gestapowców i na miejscu zastrzeliło jego i jego szwagra.

Kindermanowi kazano pod groźbą zarekwirowania fabryki wypisać dzieci z gimnazjum polskiego. Wprawdzie to uczynił, ale zaangażował natychmiast nauczycieli Polaków do nauki w domu.

Geyer opowiadał mi, że w czerwcu on i jego brat mieli zatargi z władzami województwa, które, na rozkaz Sławoja-Składkowskiego, domagały się usunięcia z fabryki Niemców: robotników, majstrów i urzędników administracji. W ten sposób niejeden Polak, wyrzucony z fabryki za swe pochodzenie niemieckie, stawał się Niemcem. Tak Geyer jak Kinderman mówili mi, że nawet czujący się Niemcami przemysłowcy są przeciwnikami odłączenia Łodzi od Polski, że akcję za odłączeniem prowadzą narodowi socjaliści, półinteligenci, rozgoryczeni z powodu wydalenia z fabryki i uprzednich tumultów antyniemieckich.

Wśród pastorów Niemców w Polsce miałem dużo sympatii z powodu mego artykułu przeciwko nowej ustawie o kościele ewangelickim w Polsce, uzależniającej duchowieństwo ewangelickie od wojewodów. Jeden z pastorów odwiedził mnie i doniósł, że w pierwszych dniach października przyjechał do Łodzi wysoki urzędnik niemiecki. Urządził zebranie poufne dla Niemców i zapowiedział, że Polska pozostanie państwem niepodległym, ale pierwszy naczelnik państwa będzie wyznaczony przez rząd niemiecki. Do rozważania dano kilka kandydatur: Janusza Radziwiłła, moją i jeszcze kilku osób. Niemcy łódzcy uznali, że ja najbardziej nadawałbym się na to stanowisko. Otóż pogłoska, która dostała się do prasy zagranicznej, że proponowano mi objęcie rządów, powstała prawdopodobnie w rezultacie tego zebrania.

W rzeczywistości ani ja, ani Radziwiłł, ani Adam Ronikier nie otrzymaliśmy żadnych propozycji. Zaczęła się bowiem, jak pisałem, realizować inna koncepcja – koncepcja generał-gubernatorstwa.

Władysław Studnicki

———–
*) por. „W przededniu drugiej wojny światowej” w nr 58 „Wiadomości”. – W jednym z numerów najbliższych: „W Warszawie do końca 1939″

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close