ALEKSANDER BREGMAN

Zagadka Roosevelta

Wiemy już dzisiaj, że człowiekiem, który ponosi odpowiedzialność za tragiczną w skutkach politykę appeasementu wobec Rosji, jest Roosevelt. On wymusił na Churchillu zrezygnowanie z inwazji Bałkanów, co pociągnęło za sobą oddanie Europy środkowej Rosji. Rezultatem tego była kapitulacja najpierw teherańska, a następnie jałtańska, do której także Roosevelt zmusił Churchilla. Zagadką było natomiast do tej pory, dlaczego Roosevelt tę katastrofalną politykę obrał. Jak się stało, że Roosevelt nie widział, do czego ona prowadzi? Gdzie przyczyny tego potwornego zaślepienia?

Książki, które niedawno ukazały się w Ameryce, dają klucz do tej zagadki. Przede wszystkim cenna jest książka Elliotta Roosevelta „As He Saw It”*), dalej wspomnienia o Roosevelcie pani Frances Perkins, ministra pracy w jego rządzie, „The Roosevelt I Knew”, wreszcie rewelacje o Roosevelcie w książkach dwóch ludzi blisko z nim związanych: b. podsekretarza stanu Sumner Wellesa „Where Are We Heading?” i b. ambasadora Bullitta „The Great Globe Itself”.

Książkę Elliotta bierze się do ręki z nieufnością. Wiadomo, że był to typowy syn nieudany, którego sprawki dużo zdrowia Prezydenta kosztowały. Dzisiejsza postawa Elliotta nieufność tę powiększa. Jego podróż do Moskwy i poczynione tam wynurzenia świadczą, że jest to jeśli nie komunista, to w każdym razie „fellow-traveller”. Mogłoby więc nasuwać się podejrzenie, że jako świadek konferencji międzynarodowych ojca Elliott nie jest bezstronny, że mógł przeinaczyć zwierzenia ojca czy zasłyszane rozmowy. Ale – niestety – czyny Roosevelta zbyt wyraźnie potwierdzają te słowa, by wątpić o ich autentyczności. Może nie jest to cała prawda, ale odrzucić tego jako kłamstwa nie podobna.

*

W wersji Elliotta, Roosevelt jest człowiekiem, który największe niebezpieczeństwo dla pokoju świata i dla postępu ludzkości widzi w istnieniu wielkich imperiów kolonialnych, w szczególności zaś imperium brytyjskiego. Zapatrzony w zło systemu kolonialnego i niedolę tybulców w Indiach czy w Afryce, zdaje się nie widzieć tysiąckrotnie większej krzywdy milionów Europejczyków zaprzedanych w niewolę sowiecką.

W czasie konferencji w Kairze Roosevelt mówi do syna: „… system kolonialny oznacza wojnę. Eksploatując zasoby Indii, Burmy, Jawy, wydobywając z nich całe ich bogactwo, a nie dając im ani oświaty, ani przyzwoitego poziomu życia, ani minimalnych urządzeń zdrowotnych -gromadzi się jedynie tego rodzaju zło, które prowadzi do wojny”.

A później w Casablance przekładał: „Nie myśl ani przez chwilę, Elliocie, że Amerykanie umieraliby dziś na Pacyfiku, gdyby nie krótkowzroczna chciwość Francuzów, Brytyjczyków czy Holendrów. Czy mamy im pozwolić aby zaczęli wszystko od początku?”.

Wynikałoby z tego, że winy za wojnę na Dalekim Wschodzie nie ponosi Japonia, lecz imperia kolonialne. Na temat wojny w Europie brak jest tego rodzaju rewelacyjnego oświadczenia. Znajdujemy tylko stwierdzenie, że doniosłym czynnikiem wojny w Europie była dokonana przez Niemcy próba opanowania handlu w Europie środkowej. Nie próba opanowania tych krajów, lecz tylko ich handlu.

Że idee Roosevelta na temat przyczyn wojen były przynajmniej osobliwe, świadczy również wzmianka w książce Sumner Wellesa dotycząca sprawy zbrojeń. Jak się okazuje, Roosevelt stał na stanowisku, że utrzymywanie przez małe państwa dużych armii wikła je w ciągłe wojny, które w końcu wciągają wielkie mocarstwa. Dlatego też w r. 1941 tezą Roosevelta było, że „zanim będzie można stworzyć trwałą i skuteczną organizację międzynarodową, pewne mocarstwa muszą najpierw podjąć zadanie rozbrojenia mniejszych państw, w ten sposób uwalniając świat od zbytecznego ciężaru, a zarazem niebezpieczeństwa dla pokoju”. Wynikałoby z tego, że dla Roosevelta nie rywalizacja mocarstw prowadziła do konfliktów, ale te niewinne mocarstwa były wciągane do nich przez małe państwa; niebezpieczne były tylko zbrojenia Grecji czy Bułgarii, tak jak niebezpieczne było istnienie kolonii holenderskich… Natomiast zbrojenia wielkich mocarstw, zbrojenia Rosji np. niebezpieczne nie były. Przeciwnie, wystarczyłoby, aby Rosja wraz z innymi wielkimi mocarstwami rozbroiła mniejsze narody, by pokój zapanował na świecie. Nic dziwnego, że przy tego rodzaju poglądach Roosevelt nie mógł zdawać sobie sprawy z niebezpieczeństwa rosyjskiego.

*

Dochodziło do tego, że Roosevelt wierzył w „misję” Stanów Zjednoczonych, polegającą na pośredniczeniu między Wielką Brytanią a Chinami oraz pomiędzy Rosją a Chinami. Po powrocie z Teheranu miał powiedzieć Elliottowi: „Najważniejszą rzeczą było wykazać Stalinowi, że Stany Zjednoczone i Wielka Brytania nie są sprzymierzone w jednym bloku przeciw Związkowi Sowieckiemu. Sądzę, że skończyliśmy z tą ideą raz na zawsze. Mam, nadzieję, że tak jest. Jedyną rzeczą, która może wywrócić wszystko po wojnie, jest nowy podział świata, z Rosją przeciw Anglii i nam. Oto nasze wielkie zadanie na dziś i na jutro: musimy upewnić się, że będziemy nadal działali jako arbiter, jako pośrednik pomiędzy Rosją a Anglią”.

Oczywiście, w tym punkcie szczególnie silnie podejrzewać można, że Elliott nadużywa autorytetu ojca dla celów doraźnej polityki. Fantastyczna idea pośrednictwa jest dziś zawołaniem wszystkich appeaserów świata. W Ameryce wołają oni o pośredniczenie pomiędzy imperializmem brytyjskim a rosyjskim, w Wielkiej Brytami ich koledzy z grupy Crossmana domagają się pośredniczenia pomiędzy kapitalizmem amerykańskim a rosyjskim komunizmem, pomniejsze zaś płotki we Francji czy Skandynawii ofiarowują swe pośrednictwo pomiędzy Zachodem a Wschodem.

Być może tedy, że Elliott przesadza, ale tak czy inaczej, faktem jest, że w czasie wojny Roosevelt rzeczywiście odgrywał na różnych konferencjach rolę pośrednika. W szczególności wiemy dziś, że tak traktował swą rolę, gdy w Teheranie i w Jałcie toczyła się walka o Polskę pomiędzy Stalinem a Churchillem.

Ba, w szeregu wypadków sprzymierzał się ze Stalinem przeciwko Churchillowi. Jadąc do Teheranu chichotał na myśl, że znajdzie w Stalinie sojusznika dla idei inwazji Europy od zachodu – przeciwko idei Churchilla inwazji od południa. Ponieważ Stalinowi o nic innego nie chodziło, porozumienie nie było trudne. Rezultatem wspólnego frontu Roosevelt-Stalin było także zaniechanie wciągnięcia Turcji do wojny.

Teheran był niewątpliwie punktem zwrotnym w losach Europy, gdyż tam ostatecznie przegrał Churchill batalię o inwazję Bałkanów. Relacja Elliotta na temat tej konferencji jest dramatyczna. Zarazem jest tragiczna, gdyż chodzi tu o wyrok wydany nieświadomie na Europę.

Okazuje się, że Churchill nie próbował już w Teheranie zwalczać samej idei ataku na zachodzie, czyli t.zw. drugiego frontu, lecz usiłował jedynie lansować ideę jednoczesnej inwazji Francji i Bałkanów. Gdy tłumaczył na plenarnych posiedzeniach konferencji konieczność inwazji Bałkanów, „dla każdego z obecnych było rzeczą oczywistą, co miał na myśli. Był przede wszystkim zatroskany o to by wedrzeć się do środkowej Europy, tak aby utrzymać czerwoną armię z dala od Austrii, Rumunii i nawet Węgier”. Wszyscy wiedzieli, o co chodzi, ale nikt oczywiście nie poruszył tych politycznych aspektów sprawy – ani Churchill ani Stalin. Roosevelt wyraźnie tę stronę zagadnienia lekceważył. Elliott wkłada mu w usta słowa następujące: „Kłopot polega na tym, że P.M. [Churchill] zbyt wiele myśli o okresie powojennym i co będzie z Wielką Brytanią. Boi się, by Rosjanie nie stali się zbyt silni.

„Być może, że Rosjanie staną się silni w Europie. Od mnóstwa czynników będzie zależało, czy to będzie rzeczą złą.

Jednego jestem całkiem pewny: jeżeli droga do uratowania istnień amerykańskich, droga do możliwie najszybszego wygrania wojny, prowadzi z zachodu i tylko z zachodu, bez marnotrawienia sprzętu desantowego, ludzi i materiału wojennego w górach bałkańskich, jak o tym przekonani są nasi szefowie wojskowi, trzeba ją obrać… Nie widzę powodu narażania życia żołnierzy amerykańskich, aby ochronić prawdziwe czy imaginowane interesy brytyjskie na kontynencie Europy. Jesteśmy w wojnie, i naszym zadaniem jest wygranie jej możliwie najszybciej i bez ryzykownych przygód”.

Nie wątpię, że Roosevelt szczerze głosił tę tezę. Sprawa oszczędzania istnień amerykańskich była dlań decydująca. Może byłoby inaczej gdyby rozumiał niebezpieczeństwo rosyjskie. Ale jak już świadczą cytowane słowa, nie chciał nawet myśleć o tym niebezpieczeństwie. Z innych zaś relacji wynika, że w ogóle miał fantastyczne złudzenia na temat Rosji, której zupełnie nie znał.

*

Wspomnienia pani Perkins pozwalają może najlepiej ocenić, do jakiego stopnia Roosevelt w ogóle nie znał Rosjan. Po Teheranie, gdzie Roosevelt wpadł na oryginalny pomysł, że najlepszą metodą dla zjednania sobie Stalina będzie dokuczanie wszelkimi sposobami Churchillowi w jego obecności, Roosevelt zwierzał się swemu ministrowi pracy: „Tak bym chciał lepiej poznać Rosjan. Chciałbym, żeby mi ktoś o nich mówił. Nie umiem rozróżnić dobrego Rosjanina od złego. Mogę rozróżnić dobrego Francuza i złego, dobrego i złego Włocha, wiem od razu, że to dobry Grek, gdy z nim rozmawiam. Ale Rosjan nie rozumiem… Droga Frances, może byś potrafiła odkryć, co nimi porusza… Tak, ustal co możesz i powiedz mi od czasu do czasu. Lubię ich i chciałbym ich zrozumieć”.

Cóż za tragiczny obraz! Oto prezydent najpotężniejszego państwa na świecie, w którego rękach jest los świata i który ma na zawołanie tak znakomitych znawców Rosji, jak David S. Dallin, jak William Henry Chamberlin, jak Max Eastman, jak Louis Fischer, jak William Bullitt, a który szuka rady u poczciwej kobieciny, wyznającej, że wprawdzie nie miała czasu przeprowadzić studiów, ale że przeczytała parę książek i że porozmawiała z paru ludźmi, „którzy byli w Rosji” – prawdopodobnie z wycieczką „Inturista”. I na tej podstawie prezydent Stanów Zjednoczonych wyrabiał sobie pogląd o Rosji!

Nic dziwnego, że w rezultacie – jak stwierdza Bullitt – Roosevelt liczył na przerobienie Stalina na demokratę za pomocą następujących sposobów:

1) przez ofiarowanie Stalinowi bez ograniczenia wszystkiego czego żąda dla prowadzenia wojny i nie żądania niczego w zamian;
2) przez nakłonienie Stalina do przestrzegania oświadczeń o charakterze ogólnym, takich jak karta atlantycka;
3) przez poinformowanie Stalina, że Biały Dom używa swego wpływu na rzecz zajęcia przez opinię publiczną Ameryki przyjaznego stanowiska wobec rządu sowieckiego;
4) przez spotkanie się oko w oko ze Stalinem i nakłonienie go do przyjęcia zasad chrześcijańskich i demokratycznych.

Również tylko skrajna ignorancja i niezrozumienie istoty systemu sowieckiego może wytłumaczyć poglądy, którym Roosevelt w r. 1944 dał wyraz w rozmowach z Sumner Wellesem. Oświadczył wówczas, że jeżeli tylko powstanie organizacja międzynarodowa, – byle jaka organizacja, – nie będzie powodu obawiać się komunizmu. Między systemem amerykańskim a systemem sowieckim powoli następuje wyrównanie. System bowiem sowiecki ewoluował w kierunku socjalizmu państwowego, podczas gdy system amerykański poczynił postępy ku ideałom sprawiedliwości politycznej i społecznej. Konflikt zasadniczy nie jest wcale nieunikniony, pod warunkiem wszakże, że komunizm sowiecki na zawsze porzuci doktrynę rewolucji światowej. Roosevelt wyraźnie uważał za możliwe, że komunizm rosyjski wyrzeknie się swej naczelnej idei, swej racji bytu.

*

A przecież parę lat wcześniej Roosevelt jasno zdawał sobie sprawę z nierealności złudzeń tego rodzaju. Przecież 10 lutego 1940 po usunięciu Sowietów z Ligi Narodów z powodu ich napaści na Finlandię, oświadczył publicznie: „Wraz z wielu spośród was miałem nadzieję, że Rosja rozwiąże swe zagadnienia i że jej rząd stanie się w końcu rządem miłującym pokój i obranym w wolnych wyborach, który nie naruszy całości swych sąsiadów. Nadzieja ta rozpadła się dziś w gruzy, czy też poszła na skład w oczekiwaniu na lepsze dni. Jak wiadomo każdemu, kto ma odwagę spojrzeć prawdzie w oczy, Związek Sowiecki rządzony jest przez dyktaturę równie absolutną jak którakolwiek inna na świecie”.

Tej odwagi spojrzenia prawdzie w oczy zabrakło mu w trzy lata później i wyciągnął z lamusa stare groteskowe nadzieje na to, że Rosja porzuci dyktaturę na rzecz rządów demokratycznych. Wmawiał w siebie, że byle by mógł rozmówić się szczerze ze Stalinem, przekona go o wyższości demokracji.

Gdyby żył, być może znowu zmieniłby zdanie i zrozumiał swój błąd. Dzisiejsze stanowisko pani Eleanor Roosevelt, która ongi również uprawiała swoisty salonowy komunizm i mówiła, że „Rosjanie muszą się bronić przed polskim imperializmem” a teraz wygłasza płomienne przemówienia w obronie uchodźców w U.N.O. i patronuje organizacji liberalnej o charakterze zdecydowanie antykomunistycznym, jest wskazówką, że zapewne i Roosevelt wyzbyłby się złudzeń czasu wojny.

Nie zmienia to jednak faktu, że skutków nie mógłby odrobić. Za jego tragiczne złudzenia płacimy dziś wszyscy, i płacić będą przyszłe pokolenia.

Aleksander Bregman.

—————————-
*) Elliott Roosevelt. As He Saw It. With a Foreword by Eleanor Roosevelt. Nowy Jork, Duell, Sloan and Pearce, 1946; str. XVIII i 270.

Wydawany w Londynie w latach 1946 – 1981 emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny. Założycielem pisma był Mieczysław Grydzewski a stałymi współpracownikami byli min. Marian Hemar, Marian Kukiel, Stanisław Stroński, Jan Lechoń, Józef Mackiewicz, Tymon Terlecki, Józef Wittlin. Tygodnik był kontynuacją londyńskich „Wiadomości Polskich” a tradycją nawiązywał do przedwojennych „Wiadomości Literackich”.

Close